• Lato w kratkę

    Takie dość dziwne lato w tym roku. Parę dni po trzydzieści kilka stopni, które w ciągu nocy potrafią się zmienić w kilkanaście. To spowodowało, że udało nam się raz razem wybrać nad jezioro i zamoczyć coś więcej niż nogi. Ale raz się udało i podobało się wszystkim :).

    Na szczęście mimo pogody w kratkę wynajem naprawdę dopisuje i nasz króciutki mazurski sezon pozwoli na opłacenie chociaż części rachunków mieszkaniowych. Tylko Gosia się narobi bo i sprzątać trzeba. Na szczęście Marysia już bez problemu zostaje albo ze mną, albo z babcią na kilka godzin sprzątania.

    Mimo ogromu pracy budowlanych staramy się wybierać się gdzieś w weekendy. I tak, zaliczyliśmy pokazy balonowe w Ełku, imieniny teścia, oglądanie babci śpiewającej w deszczu na pikniku jaćwieskim i jakieś spotkania z Miłoszami.

    Babcia na swoje śpiewania ledwo zdążyła wrócić, ostatni tydzień spędziła w Ostrowi opiekując się babcią. Na szczęście nic złego się nie stało – po prostu ciocia Tereska z wujkiem postanowili spędzić kilka dni nad morzem.

  • Gdańsk we troje

    Ktoś tu zapomniał o przypomnieniu mi, że trzeba dziennik napisać… i tym oto sposobem minął już cały miesiąc.

    Na początek zrobiliśmy sobie pierwszy dalszy wyjazd z Marysią, odwiedzając Gdańsk. Podróż w obie strony w zasadzie bez problemów, Marysi nie przeszkadzały też zupełnie niedomowe warunki. Natomiast bardzo zadowolona z oglądania zwierzaczków w zoo i pomoczenia nóżek w Bałtyku.

    W ostatniej chwili przed wyjazdem musiałem zabrać Karmela do weterynarza, wsadził sobie coś w oko i zaczęło ropieć. Na szczęście parę dni smarowania maścią i przeszło.

    W tym samym czasie kiedy oglądaliśmy zwierzaczki w zoo, tata Gosi zdążył trochę posiwieć. Podczas tracy pracowej o czwartej nad ranem w płomieniach stanął samochód który prowadził. Nikomu nic złego na szczęście się nie stało, ale jak się później okazało, to dali mu auto bez ważnego przeglądu instalacji gazowej – więc i tak dobrze się skończyło…

    W zeszłym tygodniu rodzice wybyli na kajakowanie z Balcerkami. Słabo dość trafili, bo Gołdapa im wyschła i mieli mocno ekstremalne przeżycia. Ale dali radę. A my się cieszyliśmy kilkoma dniami z pustą chatą ;)

    Gosia chwali sobie lipiec pod względem rezerwacji mieszkania ełckiego. Niestety to też oznacza, że musi poświęcać czas na sprzątanie i przygotowywanie kolejnych gości. A to oznacza, że musi się z teściową dogadywać, żeby mogła zostawić z nią Marysię.

    W zasadzie przez cały okres, w domu pracowali tynkarze i właśnie w ten weekend zakończyli tynki w domu. Kolejny duży etap zakończony. Teraz musimy się rozejrzeć za sufitami.

    I jeszcze w międzyczasie wyszły jakieś szczepienia Marysi, udało się spotkać z Miłoszami na burgerach (i na żarciu meksykańskim). Życie się dzieje :)

  • Katamaran zwodowany

    W końcu pogoda się zrobiła odpowiednia na wodowanie katamaranu w poprzednią niedzielę. Po niewielkich przygodach z masztem i wiatrem wypłynęliśmy na Łaśmiady. Bardzo fajna łódeczka którą do tej pory nie potrafimy zrobić zwrotu przez sztag. Na pewno nie ostatni rejs!

    Trochę wcześniej, z racji szybko zbliżającego się terminu tynkarskiego wziąłem trzy dni wolnego, żeby pociągnąć prace na budowie. I całkiem mi to wyszło, chociaż jak zwykle zostały jeszcze jakieś drobiazgi do których staram się wracać w czasie przerw lunchowych. Urlop przydał się też ze względu na zajęcia weekendowe uniemożliwiające pracę.

    W zeszłą sobotę Gosia wyprawiła niewielkiego grilla imieninowego – którego z racji strasznej suszy naprawdę zrobiliśmy w grillu, a nie standardowo na ognisku. W tę niedzielę spędziliśmy w Ełku świętując czwarte urodziny Leona. Najpierw dwie godzinki na sali zabaw, a później obiad u Miłoszów.

    Dobra wiadomość zdrowotna, Gosia miałą konsultację telefoniczną z neurolożką i potwierdziła przypuszczenia. Na EEG wszystko ok, Marysia całkowicie zdrowa i wszelkie “opóźnienia” wynikają po prostu z jej urody. Zresztą, o jakich opóźnieniach nie da się gadać, bo Maryśka przegaduje wszystkich. I mówi już nie pojedyńcze sylaby tylko, a całe słowa, dwa słowa a nawet próbuje składać coś więcej. I buzia się nie zamyka…

  • Kontrolujemy

    Trochę podróży po lekarzach ostatnio było. W zeszły wtorek pojechaliśmy z Gosią i Marysią do Białegostoku do neurologa. Doktor stwierdziła, że w zasadzie wszystko jest ok ale dla pewności zarządziła EEG. Termin błyskawiczny, bo już w następny piątek byliśmy znowu w Białymstoku. Badanie dość ciekawe, bo Marysia miała podczas niego spać. I żeby się powiodło to już od piątej rano Gosia prowadzała ją na spacerki. Skutecznie zresztą, bo mała padła mimo czujników na głowie. Wyniki poznamy dopiero po rozmowie telefonicznej niestety.

    Oprócz neurologa, Marysia zaliczyła też logopedę. I też w zasadzie ok, ale mała mówi trochę zbyt mało jak na swój wiek. Będzie trzeba ćwiczyć sylaby. Chociaż z tym mówieniem też mi się wydaje, że nie jest źle, bo chociaż większość słów to dalej jedna sylaba, to zaczęła je łączyć i mówić już dwa słowa.

    W ostatni czwartek Gosia, Marysia i mama zapakowały się do samochodu i pojechały odwiedzić rodzinkę w Ostrowi. Babcia od kilku dni z powodów zdrowotnych trafiła do domu opieki i w tym samym czasie z Włoch na kolejną rocznicę święceń przyjechał wujek Tadzik. Babcia bardzo ucieszona Marysią, szczególnie że ta uruchomiła pełną moc swojej słodkości i się dała wozić, całować, przynosiła kwiatki. Pełen serwis.

    Z cieplejszą pogodą zaczynamy też sezon wynajmowania. Niestety niezbyt dużo tych wynajmów (przynajmniej z tego co wiem), ale oprócz odrobinę cieknącej bidetki w toalecie, mieszkanie wypucowane na przyjęcie gości. Łącznie z uszczelkami w prysznicu – w końcu udało się umówić z facetami ze Szkła i to załatwić.

    A weekendy oprócz standardowych czynności budowlanych dość imprezowo. W zeszłą sobotę imieniny (?) cioci i grill w Oraczach , a w tę niedzielę spotkanie na grilla z Martyną i Karolem w Ełku.