Ktoś tu zapomniał o przypomnieniu mi, że trzeba dziennik napisać… i tym oto sposobem minął już cały miesiąc.
Na początek zrobiliśmy sobie pierwszy dalszy wyjazd z Marysią, odwiedzając Gdańsk. Podróż w obie strony w zasadzie bez problemów, Marysi nie przeszkadzały też zupełnie niedomowe warunki. Natomiast bardzo zadowolona z oglądania zwierzaczków w zoo i pomoczenia nóżek w Bałtyku.
W ostatniej chwili przed wyjazdem musiałem zabrać Karmela do weterynarza, wsadził sobie coś w oko i zaczęło ropieć. Na szczęście parę dni smarowania maścią i przeszło.
W tym samym czasie kiedy oglądaliśmy zwierzaczki w zoo, tata Gosi zdążył trochę posiwieć. Podczas tracy pracowej o czwartej nad ranem w płomieniach stanął samochód który prowadził. Nikomu nic złego na szczęście się nie stało, ale jak się później okazało, to dali mu auto bez ważnego przeglądu instalacji gazowej – więc i tak dobrze się skończyło…
W zeszłym tygodniu rodzice wybyli na kajakowanie z Balcerkami. Słabo dość trafili, bo Gołdapa im wyschła i mieli mocno ekstremalne przeżycia. Ale dali radę. A my się cieszyliśmy kilkoma dniami z pustą chatą ;)
Gosia chwali sobie lipiec pod względem rezerwacji mieszkania ełckiego. Niestety to też oznacza, że musi poświęcać czas na sprzątanie i przygotowywanie kolejnych gości. A to oznacza, że musi się z teściową dogadywać, żeby mogła zostawić z nią Marysię.
W zasadzie przez cały okres, w domu pracowali tynkarze i właśnie w ten weekend zakończyli tynki w domu. Kolejny duży etap zakończony. Teraz musimy się rozejrzeć za sufitami.
I jeszcze w międzyczasie wyszły jakieś szczepienia Marysi, udało się spotkać z Miłoszami na burgerach (i na żarciu meksykańskim). Życie się dzieje :)