Poprzedni wpis był po miesięcznej przerwie, ale teraz… pół roku. Jak to możliwe, że kiedyś bez pudła co tydzień były wpisy, a teraz wychodzą dwa na rok? Postaram się poprawić (i Gosia też).
Zaczniemy od początku. Marysia od września zaczęła kolejny etap przygody przedszkolnej. Jest teraz starszakiem w grupie 3/4 latków i przez ostatnie półtora roku co rusz zadziwia nas jak wspaniale się rozwija. Rysowanie już własnych obrazków (w tym całej naszej rodzinki), wypowiedziami słownictwem i wymową (nawet potrafi powiedzieć Kontantynopolitańczykowianeczka i zadziwia dorosłych), a nawet ruchowo już tak bardzo nie odstaje od innych dzieci. Tylko dalej jest aż za ostrożna i grzeczna. Od listopada uczy się też w nowym przedszkolu. Znaczy tym samym przedszkolu, ale nowym budynku. Gosia postarała się też, żeby była w odpowiednim miejscu i czasie i Marysia nawet przecinała wstęgę podczas otwarcia!
Zdążyła też być na kolejnych wykopkach u dziadka Mirka (i spotkać się ze śliczną modliszką), nie wiadomo tylko czy nie jednych z ostatnich, bo Dziadek z uprawy przesiadł się na kręcenie sękaczy ze swoją nową partnerką Jolą.
Całą rodziną (bo my, Miłosze z dziećmi i rodzice) udało nam się zostać zaproszonymi i nawet wybrać się na wesele pod Ostrów do Mateusza Puściana i Dominiki. Fajnie pobawić się ze śliczną żoną w pieknej sukni mimo tego, że się ululała razem z córką jeszcze przed oczepinami. Marysia też zadowolona z imprezy, tańcowała z kuzynką i bawiła się często sama.
Mieszkanie wynajmowało się na poziomie dobrym, ale już nie będzie. Od tego roku Gosia wpadałaby w “normalny” ZUS i nie wiadomo, czy przez nasz mazurski krótki sezon zarobiłaby na tyle, żeby na resztę roku mieć na Zus. Co jest całkowitym idiotyzmem naszego systemu… ale co zrobić. W związku z tym od października wynajęliśmy mieszkanie na dłuższy termin jakiejś dalszej koleżance Gosi, zawiesiliśmy działalność Złotej Bramy i rozglądamy się za sprzedażą mieszkania. Gosia trochę się też wdrożyła do pracy, bo mimo zakończonego sezonu turystycznego znalazła sobie stałe sprzątanie domu w Oraczach. Jeden dzień w tygodniu, w godzinach przedszkola Marysi, ale na waciki zawsze coś wpadnie.
Ja też trochę dłużej pracuję, bo mimo całkowitej posuchy projektowej, udało mi się dorwać jeden z nielicznych projektów. Tylko parę godzin tygodniowo, więc kasa niezbyt duża, ale trochę pomaga. I pozwala też na spędzenie kilku wieczorów z żoną oglądając brytyjskie wypieki (z nostalgią wspominając Londyn) na kanapie którą zabraliśmy z Ełku.
Skoro już od sierpnia mieszkamy na swoim, to zgodnie z tradycją zorganizowaliśmy parapetówę (chociaż akurat parapetów nie mamy). Najbliżsi znajomi (co i tak oznacza ponad 15 osób) bawili się dobrze, my bez strat i świetowaliśmy sobie szczęśliwe mieszkanie. Świętowaliśmy też hucznie 40tkę Mateusza na wynajętej sali. Powtórka delikatna z 18tki Gosi, ale jest co wspominać i się pośmiać.
Trochę smuteczków niestety też wpadło, pod koniec listopada zmarł tata Mateusza, więc pogrzeb wśród innych spotkań też trzeba było zaliczyć.
I tak nadszedł Grudzień i czas wielkich przygotowań na święta oraz wigilię. U nas… 14 osób… Puściany w osobach cioci, wujka, Krzysia, Moniki i Maćka, plus oczywiście cała nasza szóstka z dziećmi. Trzeba było 221 pierogów, żeby nas wykarmić.
U nas też zorganizowaliśmy Sylwestra. Tutaj już na szczęście w minimalnym gronie i bardzo tradycyjnym u nas – z Martyną i Karolem. Co ciekawe, jednocześnie obok imprezowali rodzice z Zawiszami i Balcerkami w klubowym. Nie zabrakło atrakcji: saunowanie z tarzaniem się w śniegu, planszówki, świętowanie Nowego Roku o 22 i awaryjna poprawka elektryki (bo nam bezpieczniki wywalało).
Na koniec, od 28.12 powiększyła nam się liczba domowników. Marysia zażyczyła sobie rybkę i mieszka z nami śliczny bojownik o ślicznym imieniu Pimpuś.