Tydzien… zastanawiam sie nad punktowanie bo strasznie duzo tego wszystkiego, mam nadzieje tylko ze nie zapomne niczego.
Poniedzialek: Elk, gdzie zostawilem telefon do naprawy (i okazalo sie, ze Polsce lepsze fachury, bo prawdopodobnie jednak naprawia). A oprocz tego troche lapania Pokemonow i wiecej czekania na Gosie, ktora sie upiekniala robiac paznokcie. Piekne, dlugie i czerwone. Lubie to! A wieczorem spotkalismy sie na krociutko z Edyta z Belgii po czym pospiesznie wrocilismy do domu, gdzie juz czekal na nas Kuba. Obejrzelismy zdjecia australijskie i pogralismy w karteczki z Galazkami i Mazurkiewiczami
Wtorek: Bialystok. Wszyscy dzieciaci. Normalnie czlowiek az jakas wewnetrzna presje odczuwa. Anka w ciazy, Maliny z Miska, Justyna z Leosiem. I niby tylko 3 pary a caly dzien nam zlecial. No i do tego wizyta w Makro aby sie w ser zaopatrzyc.
Sroda: nikt nie pamieta… ale jak przez mgle kojarzy mi sie wizyta Puscianow z Ostrowi z wujkiem Tadkiem i Witkiem. Nie wiem tylko, czy to na pewno sroda byla… ano byla :)
Czwartek: i tu sie zaczyna wszystko. Od samego rana w podrozy do ktorej zglosilem sie jako kierowca, zeby troche czcigodnego ojca odciazyc. Z samego rana Gosia z mama udaly sie do fryzjerow, a pozniej czekalo nas ponad 6 godzin jazdy do Ilzy (z przystankiem Warszawowym po Milosza). Wszystko zalatwialismy na styk idealnie – nigdzie sie nie pospoznialismy. A samo wesele? Swietne! Kasper z Edzia sliczni, zabawa przednia, tance do czwartej rano.
Piatek: Znowu w podrozy, tym razem zaczetej pozniej (no trzeba bylo troche odespac i pozwiedzac zamek skoro juz byl) i zakonczonej tez pozniej bo po 23. A bo trzeba bylo zahaczyc o Ostrow i z dziadkami sie przywitac i jeszcze jakies stopy sie nam trafily. A ruch przeogromny niestety, bo sie dlugi weekend zaczynal i cala Polska wyjezdzala jak zwykle na Mazury…
Sobota: Zabralismy dzieciaki Gosi do kina. Znaczy Damiana i Marzenke. Epoka Lodowcowa ktoras z kolei czesc. Ot odcinanie kuponikow, bo film jakos bardzo nie zachwycal. Dzieciakom sie przynajmniej podobal. A wieczorem na ognisko z Miloszem do Kuby, gdzie obejrzywszy mecz siatki (wygrany!) i zjadlwszy kielbaske oddalismy sie rozmowom na tematy wazne i te mniej tez.
Niedziela: Elcki targ, gdzie zaopatrywalismy sie w sekacze na droge. Anglicy uwielbiaja tower cake. Przy okazji przyjechal wujek Mariusz z Jagoda, wiec troche tez pogadalismy.
No i dzisiejszy poniedzialek. Znow w podrozy warszawskiej i dlugiej i znojnej. Samochodow znow pelno, bo tym razem cala Polska wracala z Mazur po weekendzie, ale jakos udalo nam sie dotrzec na lotnisko, pozegnac sie i z bardzo niewielkim opoznieniem dotrzec do domu. Nawet czysto, wiec Gosia sie chyba nie bedzie wydzierala na chlopakow. I od jutra do pracy na 9,
a tak bardzo sie nie chce…








