a mąż pracuje… Bo w ciągu ostatnich paru tygodni Gosia zaliczyła imprezę dawno-firmową na kręglach, a tydzień później wybrała się na wykopki do rodziny z których wróciła na tyle późno że to ja musiałem małą kłaść spać… Na szczęście już cyca nie trzeba i ciepłe mleczko do spania wystarcza z kubeczka. Tata na szczęście też nie taki zły.
Marysia rośnie ładnie – potwierdzone przez dwie wizyty u lekarza. Nie wiemy, czy to dzięki zabawce “małego doktora”, czy po prostu wydorośleniu córki, ale obydwie – pierwsza na szczepieniu, a druga na bilansie odbyły się bez żadnego płaczu. Marysia waży już 13 kilo, idealnie w średniej. Mierzy 82 centrymetry, trochę poniżej średniej, ale zupełnie się tym nie przejmujemy.
Ciągniemy tematy budowlane i dwa tygodnie temu w sobotę wybraliśmy się do Białegostoku na spotkaniem z Mańkiem – znajomym Olafa. Sprzedają płytki łazienkowe, zazwyczaj hurtowo, ale dość niedawno otworzyli salon detaliczny. No i chyba skorzystamy ze znajomości. A wracając, korzystając z wolnego wieczoru i braku gila u dzieci zajechaliśmy do Czaplickich.
Oprócz tematów budowlanych ciągniemy też oczywiście tematu remontowe – powolutku do przodu idzie łazienka i w tę samą sobotę jak my do Białegostoku, to tata powiesił i odpalił nową termę (całą przyczynę w zasadzie rozpoczęcia remontu). Odpalił, a później razem z mamą poszli do Juch na imprezę. Szkoda tylko, że kiedy my wróciliśmy do domu z Ełku, to okazało się, że ciepła woda co prawda jest… ale nie spływa do kanalizy. Cała następną niedzielę spędziliśmy na jej odtykaniu, poważnie się przytkała i wymagała nawet odpalenia koparki i odkopania przyłącza. Ale już wszystko z powrotem działa.
Sezon wakacyjny co prawda skończył się definitywnie, ale pogoda w dalszym ciągu letnia. Zdarzał się ciepły wrzesień – w końcu w ten sposób jeszcze jako studenci korzystaliśmy z żagli, ale nie pamiętam, żeby w połowie września temperatury dalej oscylowały w okolicach 25 stopni… W kwestii wynajmy wrzesień też niezły, bo od niedzieli przyjechał Konrad z Olą na cały miesiąc. Oczywiście nie w cenach krótkoterminowych, ale mimo wszystko lepiej jest mieć mniejszą kasę niż nie mieć w ogóle.
Od zeszłego czwartu Gosia została też wygoniona ze wspólnego łóżka. Tak jej kiedyś zapowiedziałem i taką decyzję musiałem podjąć. Wzięła i ścięła włosy. Tyle lat chodziła z długimi, a teraz ledwo do ramion…
Jako, że zeszłoroczna wyprawa rodziców z Balcerkami okazała się ogromnym sukcesem to i w tym roku wybrali się na powtórkę. Rejony podobne – wschód Polski. Wyjechali w zeszłą niedzielę, a wrócili dopiero w tą, więc mogliśmy skorzystać z wolnej chaty.
Korzystanie rozpoczęliśmy od razu od niedzieli, imprezując na sali zabaw i świętując urodziny Letycji, a później zajadając burgery w knajpie z Miłoszami i Konradami. Kolejne korzystanie już w czwartek, bo wpadła do nas Martyna z dziećmi na obiad, a później Renata (już bez dzieci) po pracy na kolację.
Rodzice wrócili w sobotę – wcześniej niż się spodziewaliśmy. Spryciarze akurat ominęli wykopki u teścia. Ja niestety nie ominąłem i czułem w kręgosłupie kilogramy przerzuconych kartofli. A słabe niestety te pyry w tym roku, oj słabe.
No i między innymi z powodu wykopków jakoś nie chciało nam się dziś żadnego obiadu robić, a do tego rodzice zażyczyli sobie wizyty Konrada z Olą, żeby pogadać – więc razem też wybraliśmy się do Upałt. Jak zwykle bardzo pysznie.