• I tak się żyje na tej wsi

    Praca, po pracy coś porobić przy domu.

    W weekend zamiast pracy to porobić przy domu trochę dłużej. Wieczorem jakiś bilard, jakiś drink, jakiś serial/film.

    I tak leci.

  • Mulatka

    Tydzień minął szybko i w zasadzie z 3 wartymi wspomnienia wydarzeniami.

    Po pierwsze, w mieszkaniu mamy już drzwi i pierwsze sprzęty – lodówka, piekarnik i mikrofalówka. Niestety łazienka dalej niedokończona i dalej czekamy na wyniki reklamacji stelaża pisuaru.

    Po drugie, tytułowa Mulatka. Razem z Gosią kupiliśmy karnety i od czwartku co wieczór chodziliśmy się pośmiać. W sobotę dołączyli do nas tata z Damianem na ostatni finałowy koncert. Świetny ale tak długi, że końcowy występ Łowców.B oznaczał masową ucieczkę prawie całego amfiteatru – późno, zimno, no i niestety poziom trochę im się obniżył.

    Po trzecie – matka wróciła. Tym razem samolot tylko się opóźnił, ale się udało. W sobotę wieczorem doleciała do Warszawy, a tata przywiózł ją wczesnym wieczorem w niedzielę do Lisek. I już się przygląda domowi, kwiatkom i wynajduje rzeczy do roboty na najbliższe 3 lata. I chyba więcej nie będzie nigdzie jeździć.

  • Ile trzeba, żeby mieć dość Włoch

    Gosia miała tydzień nostalgiczny, dużo picia, wakacje, grille. Tylko chyba się człowiek zestarzał… w środę grill i do domu wróciliśmy przed północą. W czwartek popiła z Emilą wino. I byłoby bardzo blisko młodości, tylko wino wytrawne i włoskie. A w piątek imieniny teścia – czyli też picie…

    Oprócz picia? Razem z tatą kontynuujemy przygotowanie boiska, poszło już kilka drzewek a także część płotu. Płot okazał się być godnym przeciwnikiem – nie wystarczyła sama koparka, musieliśmy do tego dołożyć młot i sporo potu… Ale mamy nadzieję, że teraz pójdzie już trochę lepiej.

    Z Pawłem w mieszkaniu rozebraliśmy płytkę do stelaża pisuaru. Konsensus jest – wina oczywista firmy stelażowej, więc będzie reklamować dalej. Dalsze czynności mieszkaniowe kontynuujemy już w przyszłym tygodniu, kiedy zamontują nam drzwi wewnętrzne.

    W sobotę mama miała wracać do Polski, ale po 3 godzinach czekania na lotnisku… lot odwołali… I pół nocy + pół niedzieli spędzone były na organizacji jej powrotu. Niestety, ze względów finansowych i innych, zdecydowali się na powrót za tydzień. I właśnie ten tydzień to chyba limit, bo mama już mocno zmęczona i bardzo mocno chce się jej do domu (a my wcale się jej nie dziwimy). A my zamiast do Warszawy wybraliśmy się tylko do Ełku pooglądać niewielką wystawę AGD i zakupić kilka elementów wykończeniowych kociłapki.

  • Kolejne przetwory

    Tym razem tylko weekend, bo nikt nie pamięta co się działo w tygodniu.

    W piątek pojechałem do chirurga odebrać wyniki i dowiedzieć się co siedziało w moim kolanie. Na pięciominutową wizytę czekałem 4 godziny… Znamię się okazało niegroźne, blizna brzydka, ale dopóki się nic nie pojawi to i tak się cieszę.

    Zdecydowaliśmy wcześniej, że jednak zrezygnujemy z usług Grzesia i w sobotę rano spotkaliśmy się z architektem ełckim. Konkretny facet, pogadaliśmy o planach domu i rozszerzenia agrobory i teraz czekamy aż gość zaproponuje koncepcję elewacji. Zobaczymy jak to pójdzie.

    Dalsza część weekendu była mocno pracowita. W sobotę zaczęliśmy wycinkę drzew pod boisko, co okazało się pracą mocno ciężko – ale mamy nadzieje, że tylko z powodu rozpoczęcia prac od największego drzewa. Wielkie, pełno gałęzi… Ciężko.

    W sobotę również do domu nie wróciła mama. Niestety, wujek złapał jeszcze jedną bakterię i znów z gorączką. Mamy nadzieję wszyscy, że to już ostatni tydzień. Mają już kogoś do pomocy, wujek na antybiotykach, dreny wyjęte, wszystko się goi. Idzie ku lepszemu.

    Teście w niedzielę zarzucili nas ogórkami. Chcieli oddać 30 kilo, ale udało się połowę. I od razu część do słoików na krokodylki (pierwsze w życiu), część na ogórki curry (też pierwsze). Cały dzień nam się zszedł, ale chyba nawet wszystko wyszło.