No i się zaczęliśmy starać. Jak to jest, że jak inne pary chcą dziecko to przyjemność i po sprawie. A Gosia ma listę 33 badań… i jeszcze ja muszę jakieś genetyczne zrobić. Ciekawe czego się z tego wszystkiego dowiemy. Ale pierwszy kroczek zrobiony. Tylko cii, tajemnica. Dopiero jak się uda to powiemy.
I staramy się też pamiętać. W sobotę wieczorem pojechaliśmy do Martyny i Karola na imprezę. Spotkaliśmy się w 11 oO. Nasza czwórka + Justyna z Michałem i Ilona z Rafałem. I piątka dzieci pomiędzy nami wszystkimi.
Nawaliliśmy się wszyscy tak, że Martyna jako jedyna pamięta całą noc. A ja osobiście wolałbym nie pamiętać niedzieli. Pierwszy raz cały dzień odpadłem, wymiotowałem i w ogóle. Nie lubię tego. Pić tak, ale chyba jednak przyjemniej z umiarem.
Korzystając z wolnej chwili, zamontowanego licznika i kupionych żarówek podjechaliśmy do mieszkania zobaczyć chociaż niektóre pomieszczenia w świetle. No i oczywiście problemy. W toalecie jedno światło nie działa. A w łazience na lustrem światła działają bez przerwy… Aby tylko się to dało naprawić bez kucia…
Samochodu dalej nie ma, mamy zamiar upominać się o zastępczy, bo coraz więcej problemów jest z tylko jednym. Dobrze chociaż, że rodzice Gosi nam mogą pożyczać czasami, bo nie wiem jakby to było inaczej.
I przez to też, w weekend do Warszawy pojechaliśmy firmowym Berlingiem. A po co? A bo się nam Miłosz zestarzał i własną trzydziestkę obchodził. Najpierw zaczęliśmy od escape roomów, a później przejechaliśmy na alkoholizację, planszówki kończąc na Ktulu. I w niedzielne przedpołudnie powrót do domciu.
W zasadzie powinienem otagować ten wpis jako Dzienniki Londyńskie, nie Perypetie Mazurskie, ale skoro tamtą część zakończyliśmy to nie będziemy zmieniać.
A czemu? No bo w Liskach Gosia z rodzicami musieli sobie po prostu radę dawać beze mnie. I podobno nie działo się nic. Niezbyt to prawda, bo samemu wiem, że Gosia jeździła caly tydzień samochodem Krzysia (pożyczonym z posesji rodziców), pomagała Damianowi w lekcjach, ogarniała mieszkanie (mamy kuchnię, mamy licznik!) i w ogóle dzielna była.
A ja tymczasem? Piłem codziennie z tej tęsknoty. A spotkania ze znajomymi to tylko pretekst był na pewno. Oprócz codziennej pracy w biurze, jeszcze w niedzielę spotkaliśmy się z Jasonem w pubie na rugby, później w poniedziałek wieczór przy grach z Alex, we wtorek kolacja firmowa i poznanie nowego pracownika, w środę Magicowy wieczór w Michaelem i Simonem (zakończony szybką wizytą Ellen), czwartek kolacja i drink z Robertem gdzieś w centrum, piątek wyjście do pubu z Richem, Anną, Nickiem podczas którego poznaliśmy dwójkę znajomych Richa i odwiedził nas Matt Kempster, a na sam koniec w sobotę rano podczas kolejnego meczu rugby spotkałem się kolejny raz z Jasonem i tym razem na świeżo wracającą z Australii Chantelle. Uf. Intensywnie, ale co dość wyjątkowe nie pominąłem chyba nikogo. A nawet udało mi się załatwić wymianę baterii w telefonie.
Pogoda mnie nie rozpieszczała, codziennie deszcz, zimno – w przeciwieństwie do Polski. Na szczęście jeszcze dzisiaj udało mi się skorzystać z tej pogody. Taki gorąc, że podczas roboty tylko się rozbierałem. Najpierw kurtka, później ocieplacz, później bluza. Skończyłem w t-shircie! No, ale i roboty sporo, jak to na jesień i jak to na te wszystkie nasze plany.
I też ze względu na te plany oraz zbliżającą się zimę zacząłem znowu szukać projektów Waszyngtonowych. I chyba nawet znalazłem, co niestety oznacza kolejne wieczory i weekendy spędzone przed komputerem. Ale chociaż stan konta się będzie zgadzał ;)
No i zostawiłem Gosię samą w Liskach na cały tydzień. W końcu po 10 miesiącach z niewielkimi przygodami wróciłem na tydzień do Londynu. Niewiele się zmieniło, drobnostki bym powiedział. Na lotnisko w Szymanach odwiozłem siebie sam, Gosia musiała wrócić. I to Carensem, bo niestety ze względu na opóźnienia w produkcji dalej czekamy na nowy samochód…
Gosia od zeszłego tygodnia cieszy się już umową o prace. Niestety czas określony (2 lata), ale mimo wszystko to jednak jakieś zabezpieczenie jest.
Mieszkanie idzie sobie powolutku. Podatki już wyliczone, prąd umówiony, a stolarz zaczął wstawiać na miejsce meble. Niedługo zostanie tylko własnoręczne doposażanie i wykanczanie…