• Jesiennie

    Październik zleciał, jesień już w pełni. Grzybów jak co roku nie ma, znaleźliśmy jakieś pojedyńcze sztuki. Dobrze tylko, że ciocia Tereska z grzybów nic nie robi, a wujek te grzyby zbiera. Więc mama ich własne suszonki przywiozła z Ostrowi i na święta pierogi i zupa będą.

    Marysia w przedszkolu już w pełni zasymilowana. Z własnej inicjatywy w zasadzie zostaje już do 14 i tylko z niewielkimi problemami wstaje rano. Gdyby jeszcze tylko jadła lepiej, bo niestety bywa że wraca głodna. A po mamie ma złość na głodniaka…

    Przyszły wyniki z polipa i okazało się że zdiagnozowany i wycięcy na czas. Jeszcze trochę i mógł się przerodzić w jakiegoś raka, a tak na spokojnie można żyć dalej.

    Pomierzyliśmy kuchnię do mieszkania, ale finansowo chyba niestety nie damy rady jej kupić od razu, dlatego przesunięta na marzec. Co daje mi też jeszcze trochę czasu na dokończenie salonu do malowania (reszty domu zresztą też).

    W domu rodzice zmienili samochód i jakoś wyszło, że po wielu latach jeżdżenia Kia i my i oni przesiedliśmy się na inne marki. Carens poszedł do Gabrysia, a oni jeżdża teraz koreańskim SssangYongiem Torresem. Wielka krowa, ale całkiem wygodna.

  • Dalej sołtysówna

    Marysia do przedszkola pochodziła trzy tygodnie. Dwa z płaczem, a trzeci już bez. Myślimy, że pomogło znalezienie pierwszej przedszkolnej przyjaciółki – Judyty. I niestety zaczęliśmy chwalić jaka to dzielna i zdrowa, więc córka błyskawicznie się pochorowała. Czwarty i piąty tydzień spędzone już w domu z zapaleniem krtani.

    Rodzice wybyli na tydzień na coroczną wyprawę z Balcerkami. Przynajmniej w tym roku nie pojechali do Sandomierza, tylko zmienili kierunek na zachodni. Roboty w domu na tyle dużo, że nawet nie poczuliśmy, że ten tydzień minął… mogliby jeździć na dłużej. A w sobotę kiedy wrócili, Gosia razem z mamą wybyły na nocną imprezkę z okazji 50-tki Agnieszki. Pierwszy całonocny wypad i daliśmy sobie z Marysię radę.

    Dalej doprowadzam się do porządku. Po ostatniej kolonoskopii wyszedł polip i po kolejnej rundzie czyszczenia się, w poniedziałek zgłosiłem się do szpitala. Polipa usunęli w znieczuleniu, nastraszyłem pielęgniarki, bo im zemdlałem podczas pobierania krwi (pierwsze moje zemdlenie w życiu), ale po kilku dniach w domu doszedłem do siebie. Teraz ostatnie kilka badań i mam nadzieję, że na jakiś czas będzie spokój. Nawet przy wyjściu ze szpitala przygody, bo tak leciałem do samochodu, że zgubiłem teczkę z dokumentacją. Dobrze, że uczciwy znalazca oddał do rejestraji i nie było problemu z odzyskaniem. Dzień pełen wrażeń niekoniecznie przyjemnych.

    We wsi wybory na sołtysa. Mamy chyba jakiś skok świadomości obywatelskiej, bo nie dośc, że rekordowa frekwensja w ostatnich wyborach parlamentarnych, tak i rekordowa ilość osób na wyborach na wsi. Chociaż i tak się nic nie zmieniło, bo tata Gosi został sołtysem na kolejną kadencję. W radzie się znalazła Agnieszka i Józek Trzcianowski.

    Zmiany i perturbacje rodzinne natomiast nadchodzą, bo tata Gosi zapoznał nową kobietę – Jolę która zapowiada się na tyle poważnie, że będzie ją przedstawiał dzieciom. I o ile dzieci w zasadzie nie mają nic przeciwko, o tyle babcia robi straszne larum…

  • Nasz przedszkolak

    Parę lat minęło odkąd pierwszy września coś dla nas znaczył… i nie wiadomo skąd znów oznacza koniec wakacji. Tylko już nie dla nas a dla Marysi, która dzielnie poszła pierwszy raz do przedszkola. Znaczy pierwszy dzień był dzielny, bo kolejne już troszkę mniej. Serce się kraje jak słyszmy jak płacze, bo nie chce zostawać bez mamy, ale musimy być twardzi. Ja już Marysi nie odwożę, bo chyba bym ją przywiózł z powrotem… Minął pierwszy tydzień chodzenia, podobno po miesiący ma być lepiej – ja tylko odliczam do tego dni.

    Zeszły weekend był bardzo intensywny. W piątek zabetonowaliśmy szklarnię. Sporo stresu i sporo nowych sprzętów budowlanych, ale wykorzystanych z sukcesem. Wózek do transportu betonu, śmigłowiec do polerowania i na koniec dnia jesteśmy całkiem zadowoleni z efektu.

    W niedzielę dożynki gminne. Mimo wyczuwalnej niechęci chyba wszystkich do organizacji przedsięwzięcia, trzy wioski z naszej gminy – Liski, Kaltki i Olszewo – ostatecznie przygotowały bardzo ładną oprawę mszy i nawet wystarczyło na wieczorne integrowanie się nad jeziorem. Szewczyków reprezentowali tym razem rodzice, bo my w podskokach bawiliśmy się na urodzinach Letycji.

    Mimo tego, że na wsi już sporo lat mieszkam, z Gosią już też sporo lat razem to na wykopkach wiele razy nie byłem. Nie wiem czy nie wystarczyłyby palce jednej ręki, żeby policzyć i możliwe, że na tym się skończy. W tym roku wykopki błyskawiczne, bo tata zasadził tylko kilkanaście rządków, a nawet odgraża się, że już w przyszłym roku nie posadzi. No cóż, pożyjemy zobaczymy…

    Skoro kolonoskopia mi nie wyszła, to tym razem rurkę mi wsadzili z drugiej strony. (Mam tylko nadzieję, że nie tą samą?). I znów nie wyszło nic bardzo złego, aczkolwiek wykryli jakieś tam bakterie, a skoro to one mogły powodować moje problemy żołądkowe, to trzeba je eksmitować. Dostałem antybiotyków na 2 tygodni i się faszeruję baterią tabletek dzień po dniu… trzeba mieć zdrowie, żeby wyzdrowieć.

  • Refundowane rodzieństwo

    Niestety nieudane. Pełna próba kolejnego in vitro zakończyła się bardzo szybko, bo już na etapie tworzenia zarodków. Nie mamy niestety nawet co implantować. Mamy jeszcze jedną ostatnią już zamrożoną próbkę nasienia, w środę dowiemy się od lekarza kiedy byłaby możliwa jeszcze jedna próba i czy byłaby refundowana i od odpowiedzi będzie zależała nasza decyzja.

    Z Gosią świętowaliśmy naszą dziesiątą już rocznicę ślubu. I w przeciwieństwie do zeszłego roku, tym razem udało się wybrać poza dom – na krótki rejs po Raspudzie i kolację w Augustowie.

    Z Marysią natomiast świętowaliśmy trzecie już urodziny. Podwójnie, najpierw z dziećmi na sali zabaw, a później z dorosłymi przy ognisku. Obydwa w temacie mocno jednorożcowe, populacja jednorożców w domu podwoiła się.

    Korzystając z kilku ostatnich weekendów wakacji dwa razy odwiedziliśmy wieczorem Giżycko. Wieczorem, bo temperatury mimo połowy sierpnia dość tropikalne. Bardzo dumni jesteśmy z Marysi bo sama zaproponowała przejażdżki w wesołym miasteczku, powiedziała że będzie dzielna – i taka właśnie była. Nawet dzielniejsza chyba od mamy podczas przejażdżki na diabelskim młynie.

    Budowlanie znowu do przodu. Gładziarze skończyli ściany które teraz wyglądają już w zasadzie na skończone. Kominek w salonie już stoi na wysokościach (odpowiednich) i pracuję nad jego obudowaniem trwają. Wybór stolarzy do kuchni też już zakończony, a ja dalej pracuję powolutku nad elektryką.

    Po dobrych kilku latach w końcu też przyjechali do nas na kilka dni Przemek z Elą. Niestety bez Filipa. W zasadzie jedyni nasi goście na dłużej w tym roku i bardzo przyjemnie było się z nimi zobaczyć. Szczególnie, że my też w Warszawie już pewnie nie będziemy często witać.