• Idzie, ale idzie!

    Od kiedy przy budowie robią budowlańcy, to idzie ona aż miło. W ciągu tygodnia, czy dwóch postawili ściany, zalali wieńce i chyba jeszcze przed końcem roku chcą zacząć stawiać więźbę… Niesamowite. Tylko teraz jest problem z kasą, bo idzie szybciej niż daję radę ją zarabiać. Staram się.

    Skoro już o pracy, to ja pierwszy tydzień spędzony w domu. Na razie spoko, aczkolwiek nie był to tydzień miarodajny, bo Gosia też spędziła go w domu na zwolnieniu. Więc i Karmelem się miał go zająć i coś pomóc mamie w gotowaniu. Zobaczymy pewnie po nowym roku jak będzie mi szło.

    Skoro już o Karmelu, to bydlę waży już ponad trzydzieści kilogramów, zacząłem chodzić na jego tresurę, żeby odciążyć Gosię, a ona zaczęła ze mną na spacery zabierać Bezę, żeby i drugi pies nie czuł się samotny. I wszystkim było dobrze.

    Sezon świąteczny zaczął się pełną parą, zjechali już Miłosze w czwórkę. Zostało kilka dni do Wigilii, które na pewno wypełnione będą sprzątaniem, gotowaniem i wszystkimi innymi niezbędnymi rzeczami przygotowawczymi.

    Na sam koniec roku, mimo wszystkich ograniczeć koronawirusowych udało nam się trafić jeszcze dwie krótkie rezerwacje mieszkaniowe. Fajnie, bo zapłacą chociaż za parę miesięcy opłacania składki zdrowotnej. I mamy nadzieję na więcej.

    I na koniec bardzo optymistycznie. Po dzisiejszych testach wyszły nam dwie blade kreski. Potwierdzimy jutro, ale może na święta sprawimy sobie największy prezent z możliwych. Nie chcę zapeszać, ale czekamy z niecierpliwością…

  • Światłowód!

    Zapomniałem zupełnie wspomnieć o tym ostatnio. Mamy światłowód! Działający i śmigający aż miło. Już mam komputer w domu ustawiony, od jutra praca z domu. Tylko Gosia biedna, bo się zima zaczęła i będzie musiała sama do Ełku jeździć…

    Albo i nie będzie, bo cały zeszły tydzień od środy wieczorem spędziliśmy w Warszawie na trzeciej próbie in vitro. Zarodek udało się przetransferować w piątek rano – najładniejszy ze wszystkich dotychczasowych, więc możliwe, że ze względu na leki, stres i dbanie o Gosię przełkniemy jej mniejszą wypłatę grudniową, ale Gosia do świąt posiedzi na zwolnieniu.

    Ze względu na naszą nieobecność rodzice musieli zajmować się Karmelem. Prawie wszystko było dobrze, uszy i oczy wyglądają lepiej. Tylko niestety się zrobił taki wielkie i silny, że przy którymś spacerze pociągnął mamę i teraz boli ją ręka. Miejmy tylko nadzieję, że nie zerwał jej żadnych więzadeł i boleć przestanie.

    Inne wiadomości zwierzakowe nie są już niestety bardzo szczęśliwe. We wtorek mama zawiozła Pcimcię do weterynarza do uśpienia. Męczyła się już strasznie, leki przeciwbólowe nie pomagały. To była pewnie najlepsza możliwa decyzja, ale smutno i tak.

    W ramach budowy wyszliśmy już ponad ziemię! Już nie my, a ekipa budowlańców w ciągu tygodnia postawiła ściany zewnętrzne – teraz będą szalowali słupy i przegotowywali szalunki na wieniec, ale jest dobrze! Tylko muszę na to zarabiać, a tu koszty lecą w takim tempie, że chyba nie nadążę. Dobrze, że teraz zima, może zrobimy trochę przerwy i uda mi się coś odkuć…

    Wpis z dwóch tygodni – nie wiem dlaczego, ale zeszła niedziela, jako że w Warszawie przeszła całkowicie niepostrzeżenie. Zresztą, to taki delikatny wypoczynek. Wieczorami jakieś planszówki, albo z Filipem i Magdą, albo z Olą i Miłoszem. Spotkaliśmy się z Markiem (i też uskuteczniliśmy planszówko/karciankę), Gosia obejrzała pół serialu (tylko musiałem jej ściągnąć resztę, bo nie zdążyła dokończyć), kolejny raz zrobiliśmy sushi, odwiedziliśmy wujka z ciocią w Borowej Górze na proszonym obiedzie. No i odwiedzaliśmy klinikę co 2 dni.

  • Wielki i chory prosiak

    Nasz prosiak waży już ponad 27 kilogramów! Przecież to aż niemożliwe. Szkoda tylko, że już się załapał na jedną z typowych chorób swojej rasy i ma zapalenie uszu. I oczu. I teraz musimy mu zapuszczać kropelki i wstrzykiwać mazie do ucha. Oby tylko ładnie wyzdrowiał.

    Na początku tygodnia pojechaliśmy do Novum na badania i ustalenie dalszych kroków – i wychodzi, że od połowy przyszłego tygodnia, na tydzień jedziemy do Wawy. Kolejna próba, trzymamy kciuki.

    Od środy tata bral urlop i samemu zapieprzal przy rozbudowie – głupio i ciężko. Na tyle, że po zakończeniu dzisiejszego etapu resztę będzie robiła ekipa. Może i drożej, ale nie ma sensu się zajeżdżać. Bo właśnie wczoraj i dzisiaj kończyliśmy zalewanie fundamentów i basenu – teraz już wystarczy wyrównać podłoże i od następnego tygodnia będziemy budować ściany!

    W międzyczasie roboty i roboty w piątek wybraliśmy się na małą imprezkę urodzinową do Kuby, spotkaliśmy się łącznie z siódemkę, razem z Patrycją, Kubą, Hanią, Maćkiem i Alą. Zaserwowali nam drinki, żarcie – i było fajnie, bo Gosia prowadziła a drinki były dobre.

  • Dwutygodniowy marazm

    Jakoś się nie zabrałem w zeszłą niedzielę za wpis do dziennik. Ale nijak nie pamiętam dlaczego… Zmęczenie chyba, bo całe weekendy spędzamy z tatą na budowie i staramy się kończyć szalunki i basen, a Gosia przygotowuje podwórka na zimę i walczy z liścmi.

    W międzyczasie natomiast – skończyłem kolejny rok, odwiedziliśmy małego Oskara, zawieźliśmy Milę na szczepienie do weterynarza, zaczęliśmy szukać okien, zainstalowaliśmy światłowód i odwiedzili nas “Miłosze”.

    Może jednak, nie taki marazm, a po prostu skleroza?