• Katar przekleństwem ludzkości

    I przepowiedziałem, w zasadzie cały tydzień spędzony na kichaniu. I nawet od pracy nie odpocząłem, bo z domu to i z katarem można pracować. Tylko co to za praca…

    Z Karmelem ciągle jeździmy do weta i leczymy zapalenie bakteryjne oka. Gupi psies, narobił paniki, bo inny pies narobił hałasu. A ciężko już go nosić.

    W piątek mama kończyła 60 lat. Zrobiła sobie imprezkę urodzinową i się spili razem z Elą. W końcu skorzystali z wolnej chaty, bo razem z Gosią pojechaliśmy do Warszawy na pierwsze USG. I mamy już drugie zdjęcie, małej kropki, i pokazali Gosi jak bije serduszko.

    Na noc zostaliśmy u Miłoszów, taki relaksacyjny pobyt, trochę pogadaliśmy, pograliśmy, nic wielkiego. Do domu w sobotę, zahaczając o Makro.

    Nawet w niedzielę nie da się wyspać, kiedy trzeba z psem jechać na szkoło/zabawę. Tym razem przebieżka po polach z 3 innymi psami. Fajnie, ale po spacerze we trójkę padliśmy do dalszego spania…

  • Nowy rok, nowe możliwości?

    Chciałem napisać, że po świętach, ale ostatnia niedziela już była po. Teraz już tylko Sylwester, który spędziliśmy w ciszy i spokoju ledwo docierając do północy. Nawet nie wyszliśmy na zewnątrz popatrzyć na fajerwerki. Mogło to też być delikatnie spowodowane obostrzeniami które nasz kochany rząd wprowadził w ramach walki z koronawirusem…

    Dzień Sylwestrowy spędziliśmy na przerzucaniu ton piachu do środka rozbudowy w ramach wyrównywania poziomów pod posadzki. Ale czuję, że chyba się mi to odbije na zdrowiu bo mnie już teraz coś gardło pobolewa.

    Na Nowy rok zabraliśmy się wszyscy razem z psami i poszliśmy na bardzo długi spacer. Psy się wybiegały, my też. Odpuściliśmy przerzucanie piachu, bo skoro mówią, że cały rok będzie jak pierwszy dzień roku to nie chcieliśmy cały rok robić…

    Wczoraj po dwutygodniowym (chyba?) pobycie – do domu wrócili Miłosz z Olą. Trochę spokojniej i ciszej się zrobiło, ale jakoś bardzo nie możemy narzekać na ich świąteczną wizytę. A dzisiaj się wykończyliśmy, trafiła nam się rezerwacja Sylwestrowa… na początku się cieszyliśmy, ale ilość sprzątania i strat odrobinę nas przygasiła. Jakieś ełckie młodziaki zrobiły sobie imprezę, jak się napili to zaczęli wariować. Więc mamy teraz zbity klosz w lampie, wgięte drzwi do lodówki, wypaloną dziurę w narzucie na łóżko, zaginioną poszewkę na kołdrę, zbite jakieś szkło i już za nami generalne sprzątanie mieszkania. Gdyby nie to, że przedłużyli trochę pobyt, to by się nam ten Sylwester w ogóle nie opłacał – następnym razem damy minimalny pobyt 5 nocy, żebyśmy wiedzieli za co tak sprzątamy.

  • Święta, święta i…

    Krew potwierdza! Sprawiliśmy sobie z Gosią wcześniejszy prezent na święta. Nie mamy pojęcia jak liczyć w którym tygodniu ciąży jesteśmy, dowiemy się i potwierdzimy stuprocentowo na wizycie w klinice w pierwszym tygodniu nowego roku. Powolutku się cieszymy, ale chyba dalej do nas nie dochodzi. Pewnie dojdzie za jakiś czas, jak brzuch Gosi się będzie robił coraz większy. Zaczynami mówić znajomym i rodzinie, ale na razie trzymamy to w kręgu tych którzy wiedzieli o naszych staraniach. Pozostali dowiedzą się trochę później.

    Niestety, mimo swojego dość ostrożnego stanu Połowianiuk nie chciał przedłużyć Gosi zwolnienia aż do świąt, więc 3 dni musiała pochodzić. Rozbestwił się nad doktor na swoje ostatnie dni – bo podobno odchodzi na emeryturę od nowego roku. Ciekawe, czy znajdą nowego lekarza, czy cała gmina będzie musiała jeździć do Wydmin, albo Ełku do najbliższego lekarza rodzinnego…

    Przedświąteczne porządki i gotowania zakończyły się dość wczesną Wigilijną porą ze względu na konieczność wizyty Miłoszów na SORZE z powodu utrzymującej się od kilku dni wysokiej temperatury u Młodego.

    Zasiedliśmy nad standardowym zestawem dań (wliczając w to 148 pierogów), wręczyliśmy prezenty (najwięcej oczywiście otrzymał Leon) i zaczęliśmy lenienie się. Święta spędzone przed serialem For all Mankind, drinkami, kartowymi Escape Roomami i spacerami z psami. Dzisiaj jeszcze tylko dodatkowo odwiedziliśmy Martynę z Karolem.

  • Idzie, ale idzie!

    Od kiedy przy budowie robią budowlańcy, to idzie ona aż miło. W ciągu tygodnia, czy dwóch postawili ściany, zalali wieńce i chyba jeszcze przed końcem roku chcą zacząć stawiać więźbę… Niesamowite. Tylko teraz jest problem z kasą, bo idzie szybciej niż daję radę ją zarabiać. Staram się.

    Skoro już o pracy, to ja pierwszy tydzień spędzony w domu. Na razie spoko, aczkolwiek nie był to tydzień miarodajny, bo Gosia też spędziła go w domu na zwolnieniu. Więc i Karmelem się miał go zająć i coś pomóc mamie w gotowaniu. Zobaczymy pewnie po nowym roku jak będzie mi szło.

    Skoro już o Karmelu, to bydlę waży już ponad trzydzieści kilogramów, zacząłem chodzić na jego tresurę, żeby odciążyć Gosię, a ona zaczęła ze mną na spacery zabierać Bezę, żeby i drugi pies nie czuł się samotny. I wszystkim było dobrze.

    Sezon świąteczny zaczął się pełną parą, zjechali już Miłosze w czwórkę. Zostało kilka dni do Wigilii, które na pewno wypełnione będą sprzątaniem, gotowaniem i wszystkimi innymi niezbędnymi rzeczami przygotowawczymi.

    Na sam koniec roku, mimo wszystkich ograniczeć koronawirusowych udało nam się trafić jeszcze dwie krótkie rezerwacje mieszkaniowe. Fajnie, bo zapłacą chociaż za parę miesięcy opłacania składki zdrowotnej. I mamy nadzieję na więcej.

    I na koniec bardzo optymistycznie. Po dzisiejszych testach wyszły nam dwie blade kreski. Potwierdzimy jutro, ale może na święta sprawimy sobie największy prezent z możliwych. Nie chcę zapeszać, ale czekamy z niecierpliwością…