Niestety, nie obyło się bez szpitala. Już na czwartkowej wizycie u ginekologa lekarz powiedział, że szpital będzie stuprocentowo konieczny. Pytanie było tylko na jak długo. W piątek rano po odwiezieniu Marysi do przedszkola, zawiozłem Gosię na izbę przyjęć i się zaczęło czekanie. Czekaliśmy cały piątek, całą sobotę i dopiero w niedzielę koło południa leki zadziałały na tyle, żeby Gosia mogła przejść zabieg. Przynajmniej wypisali ją już tego samego dnia. A ja spędziłem weekend z Marysią, o tyle dobrze, że mała jakoś zrozumiała gdzie jest mama i nie sprawiała problemów. I teraz to już zupełnie po wszystkim. Fizycznie nieźle, tylko sami musimy się jakoś pogodzić i zapomnieć. A z tym ciężej.
Już się wydawało, że nic nie jest w stanie zamknąć buzi Marysi. A jednak. W sobotę Gosia po raz pierwszy w życiu zrobiła z pomocą teściowej pączki. I kiedy Marysia dostała domowego pączka to zapadła cisza. Wżerała z takim zachwytem, że coś czuję że domowe pączki częściej będą teraz robione.
Mama po raz któryś już chodzi o kulach. Na szczęście nie z powodu wypadku (a przynajmniej nie bezpośrednio), a z powodu artroskopii kolanowej którą sobie zrobiła, żeby poprawić kolano. Zabieg się powiódł techniczne, ale czy kolano będzie działało lepiej dowiemy się dopiero za kilka tygodni – po zdjęciu szwów, ortezy i rehabilitacji.
Mimo kul dziadkowie wspólnie dzielnie odwiedziali przedszkole, żeby oglądać wnuki w przedstawieniach z okazji Dnia Babci i Dziadka. Najpierw w czwartek u starszaków Leona, a później w piątek Marysię.
Tata korzystając z kredytu prężnie działa na basenie. Wyrównał już nieckę w przygotowaniu na marcowe foliowanie, zakupił wszystkie sprzęty do maszynowni i planuje montaże, a nawet przymierza się do wyklejenia bloczków do plamiarni. A ja powolutku w domu – prawie wszystko już przyszykowane na malowanie, prawie wszystkie kabelki w patch panelach. Coraz bliżej moment przeprowadzki.