• Zaszczepieni

    W poniedziałek wybrałem się z Gosią do Pisza na szczepienie. Poszło “dość” sprawnie, ale najważniejsze, że we wtorek mimo straszenia o skutkach ubocznych czułem się całkowicie dobrze. Tylko delikatnie ręka bolała.

    Dzięki temu, mogłem towarzyszyć Gosi na pierwszym spotkaniu szkoły rodzenia we wtorek wieczorem. Dużo słuchania w większości dla kobiet, dlatego prawdopodobnie będę potrzebny na wyłącznie dwóch – kąpaniu i ratowaniu. I dobrze, bo spotkania zaczynają się wcześnie. Ale Gosia chodzi i się uczy. I trochę panikuje ;)

    W czwartek chyba poczułem pierwsze kopnięcie Maryśki. Tak mi się przynajmniej wydaje, ale Gosia każe notować :)

    Weekend zapowiadał się deszczowy, ale prognozę pogody można potłuc o kant dupy, bo przez cały weekend nie padało w ogóle. Dało nam to okazję do popracowania na podwórku. Najpierw przygotowanie warzywniaka, a później z tatą zajęliśmy się kortem. Rozłożyliśmy trawę, zaczęliśmy ciąć linie. Zaczyna wyglądać jak boisko. W sobotę wieczorem posiedzieliśmy przy drinku z tatą Gosi.

  • Dobra świnia

    Weekend majowy minął, ale przedłużyłem go sobie o jeden dzień na wyprawę do Warszawy. Początkowo mieliśmy razem z Gosią pojechać odwiedzić Ewę Korzeb, bo umówiliśmy się na odkupienie od niej fotelika samochodowego. Ale różne powody sprawiły, że fotelik przywieźli do nas Miłosz z Olą… ale do Warszawy się i tak wybraliśmy. Odwiedziliśmy Ostrowską rodzinkę i w końcu pokazaliśmy Gosiowy brzuch babci, odwiedziliśmy Przemka z Elą w Borowej Górze i zrobiliśmy trochę zakupów w Makro i Ikei. I cały dzień zleciał.

    Karmel nam przechodzi bunt nastolatka. Hormony szaleją i pies też szaleje. Grupowe treningi idą tak źle, że chyba będziemy się uczyli indywidualnie do momentu kiedy nadejdzie uspokojenie.

    W sobotę moje pierwsze świniobicie. Nie było źle, trochę makabrycznie – ale świniak ubity, rozebrany. Całe mięcho wydzielone, poporcjowane i w zamrażarkach. Jeszcze tylko zrobić smalec, bo wytapia się dłużej, ale i to załatwione.

    W niedzielę, korzystając z dobrej pogody (nareszcie!) zabraliśmy się z tatą za rozkładanie kortu. Ambitne plany znalezienia pomocników jak zwykle spełzły na niczym i wszystko rozłożyliśmy we dwójkę. Na razie tylko wstępnie, brakuje jeszcze dobrego weekendu cięcia, układania, klejenia, a później zasypania piaskiem kwarcowym. Ale już mamy nawierzchnię! Niebieska strasznie.

    Na wczesny wieczór zajechaliśmy jeszcze do Martyny i Karola. Ich Róża miała trzecie urodziny. Samą imprezę urządzali w sali zabaw dla dzieci, ale z tego akurat zrezygnowaliśmy i po prostu posiedzieliśmy razem z nimi w domu.

  • Dachowanie zakończone

    Niby Gosia na zwolnieniu, ja praca z domu, ale do Ełku trzeba było codzinnie jeździć. Jednego dnia po otwarciu fryzjerów, innego zawieźć mamę na rentgena, kolejnego badania Marysi (już na pewno). Badania “połówkowe”, już w zasadzie jesteśmy bliżej końca niż początku. Szybko leci, Marysia rośnie. Jeszcze spać daje – przynajmniej mi.

    W czwartek i piątek kolejny raz do Ełku, bo właśnie rozpoczęliśmy nasz drugi sezon wynajmowania mieszkania. Ubrać pościel, ostatnie zmywanie i dopieszczanie szczegółów i chyba dało to efekt, bo wczoraj goście wstępnie zarezerwowali kolejny tygodniowy pobyt na koniec sierpnia. Może trafią lepszą pogodę, bo tegoroczna majówka ze śniegiem, deszczem i wiatrem. Do roboty aż czapkę zakładałem. W maju!

    W środę rodzice do Warszawy w dwojakim celu. Niestety, parę dni wcześniej zmarła Teresa – partnerka Dziadka Zbyszka. Niedługo po nim… Więc rodzice na pogrzeb, a po pogrzebie mama zdjęła szwy i but ortopedyczny. Dalej kuśtyka, ale coraz mniej. Dalej za to na L4 siedzi zadowolona.

    Sama majówka, tak jak pisałem wcześniej mocno jesieniowa, spędzona na kończeniu basenu – przycinaniu, sprzątaniu i boiska – gładzeniu, ugniataniu. Coraz lepiej to wygląda, ale roboty jeszcze od cholery. Ale tam gdzie za robotę się płaci – tam leci błyskawicznie. Na agroborze, starej i nowej części mamy już piękne dachówki. W sobotę rano odrobinę zaskoczeni przez telefon rzeczoznawcy. Wpadł młody chłopak, porobił milion zdjęć wszystkiego telefonem i będzie liczyć wartości. Oby dobre, bo to kolejny krok do dostania kredytu…

  • Przymrozki…

    Prawie maj, a tu piździ jak nie przymierzając w Suwałkach. Śnieg, przymrozki – no zgłupiała nam pogoda.

    Ale na podwórku się dzieje. Przymierzamy się do rozkładania trawy na boisko, w końcu mamy suchy basen który powolutku osypujemy, chłopaki dach robią i chyba w następnym tygodniu skończą. Geodeci wyznaczyli nowe poprawione miejsce na dom i może niedługo uda nam się wykopać jakieś fundamenty.

    Mieszkanie już prawie wróciło do porządku po ostatnich przebojach gościowych. Przyszedł boczek kanapy i już ładnie wymieniony i jak nowy. Prawie mielibyśmy gości, bo zapowiadała się Ewa Korzeb z dziećmi, że wpadną na weekend w ramach handlu barterowego – oni w mieszkaniu sobie weekend pobędą, a nam dadzą fotelik dziecięcy – ale pogoda ich zniechęciła, więc barter zostanie gotówkowy.

    Gosia rośnie i mówi, że zaczyna delikatnie czuć poruszenia w brzuchu, ja jeszcze nie czułem ;)