• Nareszcie kredyt

    Nasza wspólna saga kredytowa wreszcie dobiega końca i nareszcie z sukcesami. W poniedziałek wybraliśmy się do Suwałk do oddziału banku ING podpisać umowę i związać się już ostatecznie na 30 lat… Ale przynajmniej postawimy dom. Kredyt w ostatniej chwili, bo już trzeba kupować materiały, majstry wchodzą w przyszłym tygodniu! Oczywiście nie obyło się bez niewielkich dodatkowych komplikacji, ale na szczęście rozwiązaliśmy je szybko i już w czwartek po kolejnej wizycie w Suwałkach uruchomiliśmy pierwszą transzę na spłatę obecnego kredytu.

    Pępek Marysi cały czas sprawia nam problemy, różni doktorzy mówią różne rzeczy. Konsultowaliśmy się z Giżycku, gdzie wszystko wyglądało ok, a we wtorek Gosia pojechała do Grajewa gdzie w zasadzie też wszystko ok, ale pępek posmarowali na srebrno – tak na wszelki wypadek. I tak dobrze, że udało się dostać do lekarza praktycznie z dnia na dzień, bo umawiając się w Ełku termin nam dali dopiero na kolejny tydzień.

    Kredyt przyda się też żeby pociągnąć finansowanie rozbudowy, w środę pojechałem pogadać o montażu okien i mam nadzieję, że po pomiarach i zapłaceniu zaliczki zamkniemy pierwszy budynek.

  • Inauguracja kortu (oficjalna)

    Gosia mnie uświadomiła, że już tytułowałem wpis inauguracją kortu, ale wczoraj mieliśmy taką oficjalną z piłkochwytem, zasypaną w całości piaskiem, oblaną i przetestowaną na okoliczność siatkówkową i tenisową z goścmi (ale zdanie złożone mi wyszło). Wpadli do nas Olafy, Miłosze, Balcerki i Ala. Razem z inauguracją prawdopodobnie zakończyliśmy też sezon letnio-grillowy, który po dłuższej przerwie smakował bardzo dobrze.

    Gdyby tylko nie choróbsko. Wszyscy w domu w zasadzie kaszlemy i kichamy – łącznie z Marysią. A ta ma najgorzej, bo nie rozumie pewnie czemu tak ciężko się oddycha. Tylko tata się dzielnie trzyma, a ja z mamą brychamy już prawie 2 tygodnie . Jakoś trzeba żyć.

    Marysia nam rośnie, już waży cztery i ćwierć kilo. Chociaż nie rośnie tak jak Letycja – tamta to dopiero… tydzień młodsza, a już cięższa od naszej. W poniedziałek mieliśmy robione pierwsze usg bioder – tutaj wszystko w porządku. Niestety, trochę mniej w porządku jest z jej pępkiem. Ciągle jakaś wydzielina, jeden doktor mówi, że wszystko dobrze, drugi, że może być coś nie tak. Widzimy, że brzuszek ją męczy więc będziemy badali dalej.

    W domu rodzice już na poważnie przymierzają się do remontu łazienki, mają wybrane płytki, projekt. Skoro boisko skończone, to niedługo zacznie się kolejna robota…

  • Chud

    ziak. Chudzi nie jesteśmy dalej. Chociaż chcielibyśmy.

    Na szczęście w innych rejonach wygląda dobrze. W czwartek zalali chudziak na wszystkich budowach. O ile przyjemniej się chodzi po twardym betonie, a nie piasku.

    Pies nam w zasadzie wyzdrowiał z kaszlu, niestety znowu ma problemy żołądkowe. Nie tak gwałtowne jak kiedyś, ale weterynarz zarządził pre i probiotyki – możliwe, że już na stałe.

    Wczoraj wybraliśmy się na imprezę. “Parapetówkę” w swoim własnym mieszkaniu. Miłosze zorganizowali spotkanie z kilkoma znajomymi. Zaczęliśmy od laser-taga, bardzo fajnej, choć męczącej zabawy przypominającej paintballa, a skończyliśmy na planszówkach i grach imprezowych na konsoli w mieszkaniu. Fajnie było, ale dziwnie kończyć imprezy i wracać do domu o 22, bo dziecko musi iść spać…

    A dzisiaj… epicka wyprawa po naprawiony skuter do Borowej Góry zakończyła się w Łomży. Skuter wziął i zgasł, a po odpaleniu usterka wróciła… Na szczęście udało się nam załatwić jego garażowanie u znajomego księdza, musieliśmy go tylko przepchnąć kawałek. I zamiast wrócić do domu na skuterze, wróciliśmy samochodem. Bardzo się cieszyłem, że tata jednak ze mną pojechał, samemu miałbym spory problem co zrobić. Teraz już tylko zostało załatwienie w serwisie, żeby po niego przyjechali i naprawili – tym razem ostatecznie.

  • Kaszlący psies

    Nigdy wcześniej nie słyszałem psa który kaszle. Aż do poniedziałku, kiedy Karmel zaczął kaszleć tak, że jeszcze tego samego dnia trafił do weterynarza na szczepienia i leki. Na szczęście wiedzieliśmy, że możemy się spodziewać, bo kilka dni wcześniej bawił się z innym psem który miał to samo. Choróbsko zaraźliwe straszliwie, więc Beza też dostała szczepionkę.

    Ja sam też coś chyba złapałem i pokasłuję od dwóch dni, pewnie mnie pies zaraził.

    Marysia rośnie jak na drożdżach (zbliża się już do 4 kilogramów). Zapewnia ciągłą dawkę rozrywki i zajmowania się. I trochę paniki, bo w zeszły czwartek położna wysłała nas na SOR z podejrzeniem zapalenia pępka. SOR odesłał nas z kwitkiem, pępek odpadł 3 dni później i na szczęście wszystko już dobrze. Zaliczyliśmy ppierwsze wizyty u pediatry, umawiamy się na pierwsze szczepienia. I pierwszy razm samodzielnie zmieniłem pieluchę.

    Niestety, od kilku dni, tak się nam dawała we znaki ciągłym szukaniem cycka, że ugięliśmy się i daliśmy jej smoka. Nie było to oczywiście tak proste, bo zaakceptowała dopiero 4 smoczka który kupiliśmy… Teraz mamy trochę spokoju, chociaż dalej staramy się nie dawać smoka ciągle.

    W zeszłą sobotę kolejne wykopki u teścia. Na mniejszym polu, mniej osób, ale roboty też mniej. Chociaż i tak zajęło to nam cały dzień. Ale jak się chce ziemniaki, to trzeba pomóc kopać.

    Tacie po dłuższym czasie udało się sprzedać silnik do paralotni (wisiał już od lat nieużywany w magazynku). Kasa się przyda, bo skoro skończyliśmy boisko, teraz trzeba będzie się zająć łazienką. A kiedy ja siedziałem w ziemi i kopałem kartofle, rodzice bawili się na weselu u Lewickich. Ale ktoś musi pracować, żeby ktoś mógł się bawić.

    Korzystając z pięknej choć wietrznej pogody w zeszłą niedzielę złożyliśmy też wyzytę nowo narodzonej sąsiadce Letycji. I spały dwa takie małe skrzaty w wózkach obok siebie nawet nie będąc się świadome. Ale się to zmieni, bo dwie w tym samy wieku i z tej samej wioski – nie będą miały innego wyjścia jak bawić się razem ;)