• Wiecha!

    W zeszły wtorek dopadło mnie jakieś choróbsko. Grypa żołądkowa, zatrucie… nie wiadomo. Dość, że cały dzień miałem wyjęty z życia. Na szczęście nie zaraziłem nikogo w domu i przechorowałem sam.

    W tym tygodniu czuć wiosnę w powietrzu. Niektóre dni już ciepłe, żurawie i gęsi się wydzierają, śnieg zniknął. Przyjemnie :)

    Rodzice sprawdzają, czy im serducho dobrze bije. I w zasadzie dobrze, ale jakieś próby wysiłkowe w lecie zrobią, żeby się upewnić.

    Budowlanie idzie do przodu. Z tatą w weekend skończyliśmy ściankę w saunię, zamontowaliśmy komin i kozę, zgrzewaliśmy rurki do rozdzielacza i przykleiliśmy styropian, żeby nam ciepłe powietrze nie uciekało. Więc mocno pracowicie.

    A chłopaki w zasadzie kończą dom. Ściany wewnętrzne postawione, dach odeskowany, zaczęli już kłaść membranę i pewnie w przyszłym tygodniu skończą. I zostanie czekanie na dachówki… A tymczasem korzystając z lepsze pogody i obecności wszystkich zainteresowanych – posiedzieliśmy przy ognisku, kiełbasce i alkoholu, żeby opić wiechę.

  • Dzieciowe spotkania

    Niby mieszkamy w zasadzie po sąsiedzku, ale kolejne choroby kolejnych dzieci sprawiły, że z Martyną i Karolem ostatni raz się widzieliśmy w listopadzie… Dopiero dzisiaj udało się wyzdrowieć wszystkim na tyle, że mogliśmy wpaść i pogadać. Z samą Martyną co prawda, bo Karol od początku stycznia siedzi w Norwegii i dorabia. Ale coraz bliżej wiosny, więc i chorób mniej.

    Oprócz Martyny z dziećmi odwiedziliśmy też Magdę i Marka oraz ich nowonarodzoną Maję (znowu same emki). Malutka dwutygodniowa i niesamowitą różnicę widać z Marysią. Nasza już taka duża i reagująca, a tamta na razie tylko spać i jeść. I przewinąć.

    Wczoraj z tatą też zdrowi, więc dalej do roboty. Nieźle całkiem nam poszło, kotłownia ma już drzwi – nasze starutkie domowe, z dachu wystaje też komin do kozy w saunie. Jeśli ten weekend pozwoli, to może uda się trochę pouszczelniać dziury i odpalić kozę. Chłopaki w domu też do przodu, widać już ścianki działowe wszystkich pomieszczeń i nareszcie na żywo widać jakie mamy pokoje.

    Pogoda znowu zimowa, napadało śniegu. To dobrze, bo w zeszłym tygodniu kupiłem Marysi sanki. Przynajmniej przydadzą się jeszcze w tę zimę. A z innych szybszych wiadomości, zostałem zaakceptowany do nowego pobocznego projektu – tym razem na Karaibach. Szkoda, że tylko zdalnie bo można by polecieć. A tak tylko znowu praca po pracy, ale jakoś trzeba zarobić na dom. Mama natomiast się zapisała do sanatorium i pojedzie do Gołdapi na dwa tygodnie na początku marca. Trzeba będzie sobie radzić bez niej, przede wszystkim z gotowaniem. I nie będzie komu sprzedać Marysi na parę minut.

  • Okna

    Kolejny duży etap budowy zakończony – nareszcie mamy okna. Jeśli dobrze liczę, to koło miesiąca opóźnienia, ale od razu w budynku cieplej. Mamy też już prawie całą wieźbę na domu, a z powodu niezbyt sprzyjającej pogody mamy też ścianki działowe w części dziennej. I nareszcie dokładnie widać, co tam będziemy mieli.

    Marysia dalej rośnie, niestety ostatnio miała zaczerwienioną skórę na którą nie pomagały zwykłe maście. Gosia już zaczęła panikować, ale na szczęście specjalna maść przepisana przez zwykłego doktora zadziałała idealnie i znowu skóra śliczna. Oprócz tego nadrabianie zaległości kwarantannowych, bo i szczepienie zaległe trzeba było odbębnić i sprawdzenie bioder. Wszystko dobrze. A dzisiaj z racji aury pogodowej i napadania sporej ilości śniegu – pierwsze sanki. Na razie na kolanach mamusi. Marysię po raz pierwszy odwiedziła też koleżanka, bo w zeszły wtorek wpadła Letycja z mamą na plotki.

    Z innych wieści, to już datowo. W poniedziałek odwiedził nas ksiądz na kolędzie. Kobiety same go przyjęły, tata w biurze, a ja w pracy. Dobrze, że mama zdążyła ze spa wrócić. I jeszcze nam się rodzina powiększyła, bo Magda urodziła zdrową Maję.

    W zeszły weekend popracowaliśmy z tatą przy budowie ścianek i wygląda na to, że znowu się dorobiłem jakiegoś kataru. Poniedziałek i wtorek z gorączką, na szczęście po paru dniach przeszło i nawet katar nie męczył mnie cały tydzień. Tata był zdrowy aż do czwartu i wzięło go na ten weekend. I taka to nasza robota.

    Na szczęście jeszcze przed chorobą udało nam się zaliczyć aktywności niedzielne. Najpierw wizyta w Suwałkach zakończona kupnem kozy do sauny, a później wprosiliśmy się na obiad u Miłoszów i zostaliśmy na planszówkach.

    Przeżyliśmy też z sukcesem pierwszy dzień babci i dziadka. Prezenty zakupione i przekazane (z niewielkimi tylko pomyłkami) i chyba nawet się spodobały.

  • Praca po długiej przerwie

    Po chyba najdłuższym moim dotychczasowym urlopie powrót do pracy. Na szczęście okres świąteczny jest zazwyczaj wolniejszy i nie ma tak dużo rzeczy do roboty więc wystarczyły mi tylko dwie godziny żeby nadrobić wszystkie wiadomości i e-maile. A później w zasadzie bez żadnych większych nowości, oprócz bardzo miłego i niespodziewanego e-maila z bonusem na koniec roku.

    Marysia w końcu skończyła kwarantannę i Gosia mogła ją zabrać do dziadka. I to nie na króciutko, cały dzień spędziła robiąc gołąbki, a dziadek musiał nosić małą. Ale chyba nie był mocno niezadowolony z tego powodu.

    Weekend pod znakiem dość imprezowym, wczoraj mama zorganizowałą niewielką imprezę urodzinową z Olafami i Lewickimi – zresztą do dość późnych godzin, bo mocno się wciągnęli grą w tajniaków, a dzisiaj może nie imprezowo, ale bardzo miło spędzona niedziela z Malinami, którzy po drodze na weekend we dwoje (pierwszy od lat) wstąpili na obiad i winko do nas.

    Budowa domu ruszyła po przerwie świąteczno-noworocznej-covidowej. Chłopaki wrócili, stemple ze stropu powoli znikają, a drewno przenosi się do góry. Ja próbuję dostać gdzieś dachówki, a Gosia zaczęła kontrolować montaż okien, bo niestety dalej czekamy…