Niby mieszkamy w zasadzie po sąsiedzku, ale kolejne choroby kolejnych dzieci sprawiły, że z Martyną i Karolem ostatni raz się widzieliśmy w listopadzie… Dopiero dzisiaj udało się wyzdrowieć wszystkim na tyle, że mogliśmy wpaść i pogadać. Z samą Martyną co prawda, bo Karol od początku stycznia siedzi w Norwegii i dorabia. Ale coraz bliżej wiosny, więc i chorób mniej.
Oprócz Martyny z dziećmi odwiedziliśmy też Magdę i Marka oraz ich nowonarodzoną Maję (znowu same emki). Malutka dwutygodniowa i niesamowitą różnicę widać z Marysią. Nasza już taka duża i reagująca, a tamta na razie tylko spać i jeść. I przewinąć.
Wczoraj z tatą też zdrowi, więc dalej do roboty. Nieźle całkiem nam poszło, kotłownia ma już drzwi – nasze starutkie domowe, z dachu wystaje też komin do kozy w saunie. Jeśli ten weekend pozwoli, to może uda się trochę pouszczelniać dziury i odpalić kozę. Chłopaki w domu też do przodu, widać już ścianki działowe wszystkich pomieszczeń i nareszcie na żywo widać jakie mamy pokoje.
Pogoda znowu zimowa, napadało śniegu. To dobrze, bo w zeszłym tygodniu kupiłem Marysi sanki. Przynajmniej przydadzą się jeszcze w tę zimę. A z innych szybszych wiadomości, zostałem zaakceptowany do nowego pobocznego projektu – tym razem na Karaibach. Szkoda, że tylko zdalnie bo można by polecieć. A tak tylko znowu praca po pracy, ale jakoś trzeba zarobić na dom. Mama natomiast się zapisała do sanatorium i pojedzie do Gołdapi na dwa tygodnie na początku marca. Trzeba będzie sobie radzić bez niej, przede wszystkim z gotowaniem. I nie będzie komu sprzedać Marysi na parę minut.

