• Rośniemy

    Oj czuję się już Marysię na rękach po dłuższym czasie. We wtorek Gosia zabrała na na spóźnione szczepienie i udało się ją zważyć. Prawie osiem i pół kilogramów szczęścia. Nasz pulpecik :)

    Zapomnieliśmy wspomnieć w poprzednim tygodniu, ale trochę spanikowaliśmy z sytuacją na świecie i pojechaliśmy do Ełku wyrobić paszport Marysi. Nie byliśmy jedyni, bo normalnie kolejki na wielogodzinne czekanie – ale jakoś psim swędem odwiedziliśmy urząd przed zamknięciem i się okazało, że z jakiegoś powodu akurat tego dnia kolejki nie było. I w zasadzie bez problemu zrobilismy zdjęcia i złożyliśmy wniosek.

    Kolejny tydzień “sami” w domu – babcia dalej wypoczywa w sanatoriu. Po kilku pierwszych cięższych dniach się zaaklimatyzowała chyba i przedłużyła o tydzień minimalny pobyt. Jakoś sobie radzimy – na przykład dzisiaj zamiast gotować wybraliśmy się do knajpy :D. To była też pierwsza wizyta Marysi w takim przybytku i zachowywała się całkiem ładnie. Zjadła, zesrała, pokrzyczała :D

    Pogoda wiosenna, budowy się posuwają. Razem z tatą przygotowaliśmy kotłownię do zalania posadzki, a ja w międzyczasie przygotowuję otwory okienne w domu. A na rozbudowie na parę dni zjawili się chłopaki i przykleili styropian. Ciepełko już nie ucieka – chociaż aktualnie w ciągu dnia to cieplej na zewnątrz się zrobiło.

  • Wiosna i kolejne umiejętności

    Marysia co i rusz uczy się kolejnych umiejętności. A to popiskiwanie, a to wczoraj przy próbie nakarmienia kaszką zaczęła wystawiać jęzora. I tak się spodobało, że teraz prezentuje się ciągle. Przynajmniej wiadomo, że nie ma problemów z wędzidełkiem.

    Niestety nie wszystko jest idealnie, bo w poniedziałek musieliśmy pojechać do dermatologa – Gosia zauważyła placki wysuszonej skóry i czerwone krostki. Okazało się, że to możliwe uczulenie na jej emolienty więc na razie kąpiemy w czystej wodzie, aplikujemy maści no i zobaczymy czy się rozwinie, czy nie.

    Mama dalej w sanatorium, więc musimy ogarniać dom sami. Gosia częściej musi odkładać Marysię do fotelika, ja w przerwach lunchowych jeździć na zakupy, a ociec walczyć ze sklerozą i z Bałamutowa wracać do Ełku po zamówione pizze na obiad. I wieczorami trochę pogadać z Marysią, bo ja dalej ciągnę projekt kanaryjski i pracuję.

    Na budowach na razie spokój. Dachówki nie ma i nie wiadomo kiedy będzie, w rozbudowie powolutku z tatą działamy i przygotowujemy kotłownię do zalania posadzki.

    A dzisiaj w ramach odpoczynku wybraliśmy się odwiedzić Ewę i Kamila i ich najnowszą pociechę Ninę. Sprowadzili się z Gdańska z powrotem na Mazury i też się budują – tylko z drugiej strony Ełku. Dość szybko im to idzie, zaczęli później niż my, a dach już mają! Posiedziliśmy trochę, pogadaliśmy… teraz już tylko na dwa tematy – budowy i dzieci.

  • A więc wojna…

    Się narobiło na świecie. W zeszły czwartek, 24 lutego Rosja najechała na Ukrainę. Na szczęście nie jest to wojna w Polsce, ale wszyscy chodzą podminowani, gospodarka się sypie. Jedyna łyżka miodu jest taka, że Ukraina z pomocą w zasadzie całego świata nadal się broni. I oby tak zostało, bo nawet tata dzisiaj nam zaczął wspominać, żebyśmy na wszelki wypadek mieli gotowe paszporty i plany jak i gdzie uciekać… Ja tam jak zwykle optymista i na razie to myślę jak dom skończyć, a nie martwić się ruskimi.

    I w ten sam czwartek Marysia skończyła nam pół roku – błyskawicznie rośnie.

    Mama we wtorek odwieziona została do sanatorium do Gołdapi, żeby sobie odpocząć. Więc korzystając z ostatnich dni ładnej pogody wsiadły z Gosią do samochodu i zabrały się do Ostrowi, żeby pokazać Marysię rodzince. A w weekend, zrobiła jeszcze urodzinowy obiad Gosi i Oli. No i będzie odpoczywać “przynajmniej” do 19 marca – ale ile wytrzyma? Nikt nie wie.

    A ten weekend urodzinowy mocno. W piątek urodziny Gosi i kolacja urodzinowa z Miłoszami. W sobotę obiad u Oli z okazji jej urodzin, a wieczorem kolacja z tatami. A w niedzielę, na obiad zjawili się wszystkie Czaplickie. Tylko Marysia trochę poszkodowana, bo ze względu na ilość roboty trochę mniej miała mamy, a emocji tak dużo, że w niedzielę nie mogła zasnąć.

  • Karaibskie sklepy

    Od wtorku zacząłem pracę na projekcie karaibskim. Ciężko trochę, bo mam całe pół godziny wolnego po skończeniu jednej pracy. Ale im więcej wyrobię w ciągu tygodnia, tym więcej czasu wolnego zostaje na weekend. Na trzecią pracę… bo się i trochę Nowy Jork zaktywizował i tam też muszę trochę pomóc. Ale cóż… kasa potrzebna, żeby pokończyć wszystkie budowy.

    W walentynkowy poniedziałek w zasadzie bez żadnego świętowania Walentynek, okazało się jednak, że Miłosze zachorowali na covida. Znaczy się Ola zachorowała, w jakiś sposób mimo dwukrotnych testów Miłosz i Leon negatywni. Ale ona na izolacji, Leon na kwarantannie i tylko Miłosze dzięki szczepieniu wychodzi z domu. Ale mają naszą sytuację świąteczną odtworzoną u siebie.

    Jako, że nazbierała nam się lista zakupowa do Makro rozważaliśmy wieczorny poniedziałkowy wyjazd z mamą, ale po przejrzeniu kalendarza okazało się, że tazem z tatą w środę i tam mieli zaplanowany wyjazd do Białegostoku. I wrócili wieczorkiem – z samochodem pełnym zakupów i uśmiechniętą mamą z nowym zębem.

    Powolutku zbliża się też termin wymiany Proceeda na kolejny samochód, bo w listopadzie kończy się 3 letni wynajem – ależ to zleciało. Ja bym znowu wybrał coś delikatnie usportowionego, ale Gosia postawiła sprawę jasno. Z psem i córką samochód ma być większy. No to się w piątek przymierzyliśmy do kolejnej Kii, nowego Sportage. Fajny, nowoczesny, wyższy. Ale nie daje w zamian dużo więcej szerokości lub miejsca w bagażniku, więc decyzja dalej niepodjęta.

    Weekend jak zwykle przy pracy. Urozmaicała ją tylko wichura która przyszła nad Mazury. Pełno powalonych drzew na drogach, brak prądu. Na szczęście nad dotknęło tylko to drugie, a samych szkód niewiele – może jedna obalona paleta przy rozwalającym się płocie sąsiadów. Ale to się naprawi.