• Ocieplanie i chłodzenie

    Zasób słownictwa córki się powiększa, jest już mama i baba. Teraz czekamy na tatę i dziadzię które już czasami jakby słychać. Wygląda na to, że rozwój też jest w porządku, bo po początkowej ciszy Marysia zaczęła sama siadać i tylko patrzeć jak się zacznie chodzenie. Ale skoro wizyta u fizjoterapeuty już zaklepana to i tak się wybierzemy.

    Zeszły weekend dość nietypowy i zajęty. Razem z tatą i Olafem zapakowaliśmy się w sobotę w samochód i ruszyliśmy do Włoch nawiązywać kontakty biznesowe z firmą produkującą klimatyzatory do pomp ciepła. Fajne i zgrabne urządzenia i chyba nawet w domu sobie zamontujemy jedno, albo dwa. Tylko podróż trochę męcząca, łącznie ponad 30 godzin w samochodzie (i dwie na skuterze!)

    Zaraz po przyjeździe wpadli do nas Zawisze na krótki dwudniowy wypad kajakowy z okazji urodzin Ewy Balcerek. Na to już się nie wybralismy, pojechali sami rodzice, a po powrocie Zawisze zostali aż do niedzieli.

    W międzyczasie chłopaki skończyli kleić ocieplenie (za które niestety trzeba zapłacić), w końcu po miesiącach oczekiwania dostaliśmy telefon, że są dachówki (za które też trzeba zapłacić), a w sobotę powiesiliśmy z tatą rekuperator pod sufitem na basenie (przynajmniej to już opłacone). A kiedy my z tatą wciągaliśmy dwieście kilo pod sufit, Gosia z Marysią odwiedziły kolejny z serii kinderbali Liskowych, urodziny starszej Marysi.

  • Mama!

    Od zeszłego poniedziałku Marysia mówi “mama”. No w zasadzie to bardziej płacze niż mówi, ale wyraźnie i celowo. Więc się cieszymy i czekamy na kolejne słowa. Troszkę mniej się cieszymy niestety z postępów ruchowych, bo troszkę za wolno to idzie (a w zasadzie problem z tym, że właśnie nie idzie). Na tyle wolno, że Gosia od przyszłego tygodnia będzie próbowała fizjoterapeutów.

    I jak zacząłem od Marysi (jak zwykle ostatnio i pewnie przez długi czas) to wczoraj udało się ją nam ochrzcić. Wujek przyleciał (z Donatellą) i przyjechali razem z wujkami. Szybka msza, obiad w knajpie w Wydminach i posiadówka u nas. Sama najbliższa rodzina, a i tak zebrało się 19 osób licząc razem z szarańczą dzieciakową. Trafiliśmy też na początek pierwszego gorącego tygodnia w to lato, 27 stopni a tu się trzeba było wymęczyć pod muchą.

    W związku z przygotowaniami ja od środy na wolnym. Ale w zasadzie zakończone same przygotowania do uroczystości, bo albo ja sprzątałem, ale zajmowałem się małą w czasie jak Gosia latała. Na szczęście udało mi się trochę czasu poświecić na sprzątanie rozbudowy bo…

    Na budowach się dzieje! Co prawda na dachówki dalej czekamy, ale już w przyszłym tygodniu na basen wchodzą pianowacze i będziemy już w pełni zaizolowani. Dom też się szykuje, już cały ocieplony i prawie cały zaklejony. I nie tylko nasze budowy idą, Miłosze zaczęli swoją i już przed weekendem mieli zalane ławy fundamentowe.

    No i a propos Miłoszów, w zeszła sobotę w ramach testowania tortów wyprawiliśmy Leonowi obiad urodzinowy. Zadowolony chrześniak bardzo (i tak nie zapamięta, ale teraz szczęśliwy). Pełno prezentów i wielki tort tylko dla niego – oprócz paru kawałków którymi się z nami podzielił.

    Oprócz poniedziałkowej “mamy” ja się też mogę pochwalić piękną sklerozą. Zapomniałem iść do lekarza… Z jakiegoś powodu byłem przekonany, że mam wizytę dopiero na wtorek. Na szczęście udało mi się dostać po godzinie wizyty. I wszystko jest dobrze.

    Dzisiaj rozpoczęliśmy sezon kortowy (a w zasadzie Gosia z tatą rozpoczęli), zakończyliśmy sprzątanie i pierwszy raz posadziliśmy Marysię w basenie. A jak podrośnie, to już będzie czekał na nią większy basen.

  • Nopy

    Znów z dwóch tygodni wpis, aczkolwiek teraz nie jestem pewien czemu w zeszłym nie napisałem, bo troszkę się działo.

    Cały tydzień sami, rodzice się grzali na wczasach, a my niestety mokliśmy w deszczu. Jeden plus słabszej pogody jest taki, że budowlańcy, żeby się schować przed deszcze to przyjechali do nas ocieplać dom. No i poszło im sprawnie, tak że już tylko pół basenu jest zajęte przez styropian i kolejny etap budowy zrobiony. Musieliśmy tylko na gwałt szukać parapetów zewnętrznych, ale też się udało.

    W sobotę wybraliśmy się na pierwsze wesele we trójkę, Marcin z Natalią brali ślub cywilny. Całkiem przyjemnie, zjeść, pogadać. Gosia mogła trochę od Marysi odpocząć, bo sobie z nią pochodziłem na jeziorem i też bardzo przyjemnie.

    Natomiast w tym tygodniu skupienie na małej. We wtorek wyszły górne jedynki, więc Marysia może się pochwalić już czterema zębami. A w środę Gosia zawiozła ją na szczepienie na menigokoki i niestety kolejne dwa dni walka z gorączką. Na szczęście przeszło, gorzej, że wszyscy w domu trochę przeziębieni.

  • Nieudane wyjazdy

    Wpis z dwóch tygodni, bo wcześniejszy tydzień był tak nudny, że nikt nie pamięta co się działo. Oprócz nawiązania weekendowego, w sobotę z tatą żeśmy mocno pociągneli na budowie cały dzień – dokończyliśmy ścianki, sufity w kotłowni, parę kabli i skończyliśmy zadowoleni.

    A w niedzielę odwiedziliśmy Karola na urodziny. Imprezę miał co prawda w sobotę, ale teraz w ciągu dnia ja zajęty, a wieczorem Marysia śpi. I tak jesteśmy trochę uwiązani. Mieliśmy się wyrwać w ten weekend na wielką rodzinną wyprawę do Malin. Z córką i psem. I wszystko już szło na dobrej drodze, a tutaj w czwartek Malina zadzwonił i oznajmił, że Monia trafiła do szpitala z bliżej nieokreślonego powodu. No i odpoczywać musi, więc goście odpadają. I dalej się nigdzie nie ruszyliśmy…

    Zamiast się napić z Malinami, w sobotę starałem się pomagać z Marysią, żeby Gosia mogła ogarniać dom, a w niedzielę ruszyłem do roboty, a Gosia zaprosiłą koleżankę z dawnej pracy na plotki. No i aktualnie jesteśmy sami przez cały tydzień. Rodzice od piątku wieczór, do następnej soboty na luksusowym rejsowaniu gdzieś po Morzu Śródziemnym (i kawałku oceanu?).

    W czwartek obchodziliśmy Dzień Matki. Gosia swój pierwszy w życiu – i nawet kwiatka dostała!