• Odpieluchowanie czas zacząć

    Jeszcze lata całe pierwszy i najważniejszym tematem dziennika będzie Marysia. Ale tego się należało spodziewać. No to od tego tygodnia Marysia już potrafi zawołać wszystkich domowników. I mama i tata i baba i dziadzia. Tylko Karmela i Milę jeszcze niezbyt. W piątek mama z zakupów wróciła z nocnikiem. No to posadziliśmy małą bez nadziei na sukces. A tu zaskok całkowity, siku na nocniku jest robione bez najmniejszego problemu i nawet raz się kupa trafiła. Jak kot wie, że na nocniku się załatwia :D.

    Gosia na wtorek się umówiła z Martyną i mimo tego, że lało cały dzień to dziewczyny z dzieciakami spędziły go razem. Się okazało później, że ostatnia chwila na spotkanie, bo już dzisiaj, kiedy chcieliśmy wpaść do Martyny żeby jej złożyć życzenia urodzinowe to już Róża z gorączką i kaszlem się nie nadawała na przyjmowanie gości. Musimy czekać, aż dzieciaki pozdrowieją, żeby się spotkać.

    A wczoraj w ramach prezentu rocznicowego rodzice wybyli do Ełku na Mulatkę którą im załatwiliśmy. I mimo dość jesiennej aury bawili się dobrze.

  • Ocieplanie i chłodzenie

    Zasób słownictwa córki się powiększa, jest już mama i baba. Teraz czekamy na tatę i dziadzię które już czasami jakby słychać. Wygląda na to, że rozwój też jest w porządku, bo po początkowej ciszy Marysia zaczęła sama siadać i tylko patrzeć jak się zacznie chodzenie. Ale skoro wizyta u fizjoterapeuty już zaklepana to i tak się wybierzemy.

    Zeszły weekend dość nietypowy i zajęty. Razem z tatą i Olafem zapakowaliśmy się w sobotę w samochód i ruszyliśmy do Włoch nawiązywać kontakty biznesowe z firmą produkującą klimatyzatory do pomp ciepła. Fajne i zgrabne urządzenia i chyba nawet w domu sobie zamontujemy jedno, albo dwa. Tylko podróż trochę męcząca, łącznie ponad 30 godzin w samochodzie (i dwie na skuterze!)

    Zaraz po przyjeździe wpadli do nas Zawisze na krótki dwudniowy wypad kajakowy z okazji urodzin Ewy Balcerek. Na to już się nie wybralismy, pojechali sami rodzice, a po powrocie Zawisze zostali aż do niedzieli.

    W międzyczasie chłopaki skończyli kleić ocieplenie (za które niestety trzeba zapłacić), w końcu po miesiącach oczekiwania dostaliśmy telefon, że są dachówki (za które też trzeba zapłacić), a w sobotę powiesiliśmy z tatą rekuperator pod sufitem na basenie (przynajmniej to już opłacone). A kiedy my z tatą wciągaliśmy dwieście kilo pod sufit, Gosia z Marysią odwiedziły kolejny z serii kinderbali Liskowych, urodziny starszej Marysi.

  • Mama!

    Od zeszłego poniedziałku Marysia mówi “mama”. No w zasadzie to bardziej płacze niż mówi, ale wyraźnie i celowo. Więc się cieszymy i czekamy na kolejne słowa. Troszkę mniej się cieszymy niestety z postępów ruchowych, bo troszkę za wolno to idzie (a w zasadzie problem z tym, że właśnie nie idzie). Na tyle wolno, że Gosia od przyszłego tygodnia będzie próbowała fizjoterapeutów.

    I jak zacząłem od Marysi (jak zwykle ostatnio i pewnie przez długi czas) to wczoraj udało się ją nam ochrzcić. Wujek przyleciał (z Donatellą) i przyjechali razem z wujkami. Szybka msza, obiad w knajpie w Wydminach i posiadówka u nas. Sama najbliższa rodzina, a i tak zebrało się 19 osób licząc razem z szarańczą dzieciakową. Trafiliśmy też na początek pierwszego gorącego tygodnia w to lato, 27 stopni a tu się trzeba było wymęczyć pod muchą.

    W związku z przygotowaniami ja od środy na wolnym. Ale w zasadzie zakończone same przygotowania do uroczystości, bo albo ja sprzątałem, ale zajmowałem się małą w czasie jak Gosia latała. Na szczęście udało mi się trochę czasu poświecić na sprzątanie rozbudowy bo…

    Na budowach się dzieje! Co prawda na dachówki dalej czekamy, ale już w przyszłym tygodniu na basen wchodzą pianowacze i będziemy już w pełni zaizolowani. Dom też się szykuje, już cały ocieplony i prawie cały zaklejony. I nie tylko nasze budowy idą, Miłosze zaczęli swoją i już przed weekendem mieli zalane ławy fundamentowe.

    No i a propos Miłoszów, w zeszła sobotę w ramach testowania tortów wyprawiliśmy Leonowi obiad urodzinowy. Zadowolony chrześniak bardzo (i tak nie zapamięta, ale teraz szczęśliwy). Pełno prezentów i wielki tort tylko dla niego – oprócz paru kawałków którymi się z nami podzielił.

    Oprócz poniedziałkowej “mamy” ja się też mogę pochwalić piękną sklerozą. Zapomniałem iść do lekarza… Z jakiegoś powodu byłem przekonany, że mam wizytę dopiero na wtorek. Na szczęście udało mi się dostać po godzinie wizyty. I wszystko jest dobrze.

    Dzisiaj rozpoczęliśmy sezon kortowy (a w zasadzie Gosia z tatą rozpoczęli), zakończyliśmy sprzątanie i pierwszy raz posadziliśmy Marysię w basenie. A jak podrośnie, to już będzie czekał na nią większy basen.

  • Nopy

    Znów z dwóch tygodni wpis, aczkolwiek teraz nie jestem pewien czemu w zeszłym nie napisałem, bo troszkę się działo.

    Cały tydzień sami, rodzice się grzali na wczasach, a my niestety mokliśmy w deszczu. Jeden plus słabszej pogody jest taki, że budowlańcy, żeby się schować przed deszcze to przyjechali do nas ocieplać dom. No i poszło im sprawnie, tak że już tylko pół basenu jest zajęte przez styropian i kolejny etap budowy zrobiony. Musieliśmy tylko na gwałt szukać parapetów zewnętrznych, ale też się udało.

    W sobotę wybraliśmy się na pierwsze wesele we trójkę, Marcin z Natalią brali ślub cywilny. Całkiem przyjemnie, zjeść, pogadać. Gosia mogła trochę od Marysi odpocząć, bo sobie z nią pochodziłem na jeziorem i też bardzo przyjemnie.

    Natomiast w tym tygodniu skupienie na małej. We wtorek wyszły górne jedynki, więc Marysia może się pochwalić już czterema zębami. A w środę Gosia zawiozła ją na szczepienie na menigokoki i niestety kolejne dwa dni walka z gorączką. Na szczęście przeszło, gorzej, że wszyscy w domu trochę przeziębieni.