Poniedziałek nie zaczął się przyjemnie, bo rano okazało się, że Ola trafiła do szpitala z powodu krwawienia. Na szczęście nic poważnego, potrzymali ją do środy i puścili do domu. Ale trochę zmartwienia było.
W ten sam poniedziałek po pracy pojechaliśmy z Marysią do fizjoterapeutki, żeby posłuchać czy mała dobrze się rozwija ruchowo. I w zasadzie wszystko ok, aczkolwiek dostaliśmy kilka zaleceń. Jedno sprawiło, że już od kilku dni Marysia tupta nóżkami w pierwszych bucikach. Czekamy tylko, aż sama pierwsze kroki postawi.
W ostatnią sobotę rano pojechaliśmy z małą do laboratorium, żeby pobrać krew i sprawdzić, czy wszystko jest dobrze. Płaczu i histerii, że aż serce się kraje. Wyglądało, że wszystko będzie dobrze i skończy się na jednym wkłuciu, ale po powrocie do domu okazało się, że dwie probówki coś nie tak z krwią i trzeba powtarzać… i kolejne płacze będą… Chociaż jedne wyniki wyszły – jakieś niektóre parametry poza normą, ale na razie się niczym nie martwimy. Lekarz musi obejrzeć i zadecydować czy coś dodatkowego potrzebne.
Mama od zeszłego wtorku śpiewa. Zapisała się na jakieś zajęcia i kolędują sobie ze znajomymi. Ja co prawda słyszałem zarzekanie się, że żadnych występów nie będzie – ale Gosia mi pisze, że podobno ćwiczą do jakiegoś. Jak będzie się okaże pewnie koło świąt.
W środę zostawiliśmy samochód do profesjonalnego czyszczenia. Kurczę, aż przyjemnie się wsiadło do niego i szkoda, że w zasadzie ostatni raz, bo już w piątek pojechałem do Warszawy go oddać. Z niewielkimi problemami – bo ciągle na letnich oponach, a pierwszy śnieg spadł, nie sprawdziłem adresu i GPS mnie wyprowadził trochę w pole, okazało się, że przegląd techniczny nieważny i musiałem go na szybko załatwiać. Ale po wszystkim i szybkim sprawdzeniu wygląda na to, że wszelkie niewielkie ryski i uszkodzenia będą zaliczone jako normatywne użytkowanie i miejmy nadzieję, że żadnej dopłaty nie będzie. A z Warszawy wróciłem blablacarem, na tyle szybko, że nawet na siatkę zdążyłem.
Niestety, mimo już i tak przedłużonego terminu oddania Kii, w dalszym ciągu czekamy na nową Toyotę. Jakieś zachachmęcenia w dokumentami oznaczałyby normalnie tydzień (lub nawet dwa) bez samochodu. Ale trzeba przyznać, że Toyota potrafi się klientami zaopiekować i na te kilka dni dała nam za darmo samochód zastępszy. Wielką krowę (Highlandera). Ale przynajmniej da się jeździć.
Weekend urodzinowy. Człowiek się znowu postarzał nie wiadomo kiedy. Gosia zarządziła, że zamiast większej imprezy, woli pojedyńcze spotkania z poszczególnymi osobami. I tak w sobotę z Miłoszami i rodzicami usiedliśmy przy raclette – prezencie urodzinowym od Gosi dla mnie. Tylko z dziwnego powodu, to Gosia właśnie już od jakiegoś czasu go chciała. Ale każdy powód dobry ;). W niedzielę z Mateuszem i Pauliną na urodzinową pizzę z kapustą. A w niedalekiej przyszłości (jak już dzieci pozdrowieją) z Martyną i Karolem.
Miłosze kończą wykańczać mieszkanie co oznacza, że już od grudnia zaczynami mini-remont (obok full size budów), tak żeby już od nowego roku wrócić z wynajmem krótkoterminowym. Trzeba odmalować, zakupić nową sofę, dokupić kilka brakujących mniejszych agd i dokładnie posprzątać.
Weekendy jak zwykle przy pracy, coraz bliżej jestem przygotowania domu pod równanie posadzki i kładzenie styropianu, a tata wyczyścił basen, zutylizował styropian na strychu jazzowni, uruchomił pompę na dwóch odwiertach i w zasadzie skończył elektrykę.
Na szczęście chociaż w weekendy wieczorami można gdzieś czasem wyskoczyć. Wczoraj szybkie imieninowe odwiedziny u rodzinki Dąbrowskiej. Sami młodzi w zasadzie, dobry bimber – przyjemnie posiedzieć.