Tydzień w Londynie, tydzień w pracy i tydzień lenistwa w wykonaniu Gosi. No i tydzień szukania mieszkania.
Tydzień w Londynie minął praktycznie bezproblemowo, we wtorek Karolina z Oskarem wyjechali na wakacje więc w domu zostaliśmy tylko z Markiem co według mnie dobrze robi Gosi, bo nie ma innego wyjścia jak mówienie po angielsku (ich nieobecność równie dobrze wpływa na większą swobodę w poruszaniu się po ich mieszkaniu). Tydzień w pracy minął natomiast chyba lepiej niż się spodziewałem. Ludzie są naprawdę wspaniali, a przebywanie w tylko anglojęzycznym towarzystwie pozwoli mi szybko rozmawiać z nimi lepiej.
Poszukiwania mieszkania idą pełną parą, praktycznie codziennie oglądaliśmy przynajmniej jedno mieszkanie i nawet znaleźliśmy takie w którym chcielibyśmy mieszkać – podpisaliśmy ofertę wynajmu i czekamy do poniedziałku na akceptację bądź odrzucenie. Akceptacja byłaby wspaniała, już od piątku moglibyśmy wprowadzać się na swoje. Jeśli nie akceptacja, to na wieczór mamy umówione kolejne spotkania.
Całą niedzielę spędziliśmy z Markiem poza domem. Najpierw na brunch (wynalazek angielski – połączenie śniadania z lunchem) w indyjskiej knajpie Kopapa. Później trochę zwiedzania między innymi Covent Garden, później trafiliśmy na Londyńskie Fashion Week, następnie posiedzieliśmy w pubie na dachu hotelu Trafalgar z idealnym widokiem na plac skąd bezpośrednio trafiliśmy na przejazdy Tour of Britain i zanim doszliśmy do metra widzieliśmy zawodników trzy razy. Później już tylko kolacja w niemieckiej knajpie i na wieczór zostało oglądanie zmagań polskich siatkarzy i może jakiś serial… a od jutro znowu praca.
I do kolejnego tygodnia – oby tylko już z wiadomościami na temat mieszkania…


