• Mahoniowa Żona

    Od dzisiaj Gosia jest mahoniowa. W końcu przekonałem ją do zmiany koloru, chociaż może za dużo powiedziane że przekonałem, bo ostatnio sama przyznała, że chciałaby się przefarbować, ale się boi. No to dzisiaj się bała, ale ja zdecydowałem za nią.

    Ostatnie dni przemieszkiwania poza domem, Mark z Karoliną wracają we wtorek, więc nareszcie wracamy na swoje. Nie jest tu tak źle, ale po pierwsze to nie nasze (chociaż czujemy się jak u siebie), a po drugie zwierzaki dają nam się we znaki i nie ma praktycznie dnia, żeby nie narobiły czegoś w domu…

    Tydzień w pracy minął jakby trochę luźniej, bez szefostwa zaglądającego w monitor. Myślę, że lepszym rozwiązaniem byłoby jednak kilka pokojów w biurze, a nie wszyscy siedzący w jednym. W piątek zamiast tradycyjnego pubu kupiliśmy sobie napoje w sklepie i siedzieliśmy w biurze – miało to pewnie spory związek z brakiem firmowej karty kredytowej, w związku z czym każdy musiałby płacić za swoje drinki, a na to za bardzo nikt nie miałby ochoty ;)

    Dzisiaj w związku z wolniejszym dniem wyszliśmy na krótki spacer po parku i wzdłuż Tamizy, od razu rzuciła nam się w oczy niesamowita liczba wiewiórek. Co prawda te tutejsze jakieś szare i wyglądają bardziej na myszy z puchatymi ogonami, ale za to są tak oswojone, że po nadstawieniu ręki i cmoknięciu podbiegają prawie dotykając.

    Kolejny tydzień pod znakiem miesięcznicy (?) “pobytu” we własnym mieszkaniu, co oznacza przede wszystkim czynsz, którego nie za bardzo wiem jak powinienem opłacić, bo nie dostałem żadnego numeru konta… Oprócz tego czekam ciągle na informacje o rejestracji do Council Tax (wysłałem mejla, bo trwa to strasznie długo), o zmianie dostawcy prądu i gazu (żeby było taniej) i będę musiał załatwić sprawy z licencją tv, bo straszą karami.

    Mąż mój tak bardzo zaaferował się moim kolorem włosów, że zapomniał wspomnieć iż od piątku (17.09) zostaliśmy ciocią i wujkiem Julii. Dodatkowo tego dnia z wielkimi przebojami ale z pozytywnym skutkiem załatwiałam NIN. Także do pracy trzeba by iść i zarobić w końcu “na waciki”.

  • Na “starych śmieciach”

    Od wczoraj na starych śmieciach – czyli wróciliśmy do Marka i Karoliny. Na szczęście tylko na 10 dni, szefostwo urlopuje się w Egipcie, a my jak to wspominałem tydzień temu przemieszkujemy i wyjadamy im całą sałatę z lodówki. W ciągu tygodnia jak ostatnio nie działo się nic ciekawego. Od rana do popołudnia w pracy, wieczorem pobyć z żoną i spać. W piątki dłużej w “pracy” na tradycyjnych podsumowaniach tygodnia w pubie. Gosia w czwartek pilnowała Oskara, zarobiła pierwsze pieniądze które od razu wydała na zakupach w sobotę wyciągając mnie mnie do Ealing i siedząc chyba ze 2 godziny w Primarku… W sobotę przy okazji zajechaliśmy też do agencji nieruchomości, telefonicznie nie udało mi się doprosić o kopię umowy lokatorskiej mimo 3 czy 4 telefonów. Podczas wizyty osobistej udało nam się to załatwić w ciągu 5 minut.

    Pozostałe szaleństwa zakupowe powoli mijają, wygląda na to że mamy już większość potrzebnych rzeczy – ostatnio musieliśmy tylko kupić jakieś drobiazgi do kuchni w stylu solniczek, pieprzniczek, jakiegoś garnka i tym podobnych.

    Przyszły tydzień zapowiada się bardzo spokojnie, nie wiem jak plany Gosi, ale ja mam zamiar zacząć ostro przygotowywać się do zdania certyfikatu Magento jeszcze przed końcem roku co pozwoli mi na uzyskanie mocnej karty przetargowej podczas starania się o podwyżkę. A przyda się ona bardzo, szczególnie że na razie Gosia pracy niestety nie znalazła…11116099_917060785012057_1057848565_n

    11146160_917060765012059_1727359004_n

  • Miesiąc za nami

    Minął pierwszy miesiąc pobytu na obczyźnie, Gosia już planuje powrót… znaczy podczas ostatniego spaceru do sklepu wymknęło jej się, że nie wie jak my się ze wszystkimi rzeczami zabierzemy z powrotem do Polski. Inaczej mówiąc myśli o powrocie po pierwszym miesiącu ;). Zeszły tydzień minął mi już mniej więcej standardowo. Rano do pracy, w pracy robota, lunch i po południu do żony. Gosia też standardowo, wstaje o 10 i leni się cały dzień (chociaż mówi, że się uczy, szuka pracy i w ogóle zajęta jest). Miała swój ogromny sukces w posługiwaniu się językiem angielskim – sama zadzwoniła i umówiła się na spotkanie w sprawie otrzymania NINu. Z samą pracą pewnie nie byłoby problemu, bo gdziekolwiek się nie ruszę tam widzę wywieszone w sklepach, restauracjach i gdziekolwiek ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników, ale niestety przez angielski wszystko jest bardzo utrudnione.

    W piątek zwyczajowe spotkanie w pubie, tym razem udało nam się namówić Gosię i przyjechała napić się czegoś i pograć w bilarda. Nie wiem czy przyjedzie więcej, bo powrót był dość “trudny”, jeśli mogę posłużyć się takim eufemizmem. Okazało się, że jagerbombs (jakaś mieszkanka piwa, wódki i red bulla) i gin z tonikiem to było zbyt dużo. Albo po prostu wszystkiego było zbyt dużo ;).

    Wydatki nie ustają, zakupiliśmy stolik pod tv/monitor, nową kamerę, żeby w większym komforcie móc porozumiewać się Skype’owo i zewnętrzny dysk twardy – to już wyłącznie moja fanaberia bo chciałem w końcu zmienić system z Windowsa na Linuxa, a nie miałem gdzie podziać kopii zapasowej.

    11106384_917060748345394_1510280083_n

    Weekend minął bardzo spokojnie, prawie całą sobotę padał deszcz więc nie ruszyliśmy się nigdzie (oprócz krótkiego odwiedzenia sklepu) i leniliśmy się cały dzień. W niedzielę odwiedziliśmy Ealing (Poundland i przebieżka Gosi po sklepach z ubraniami) i Kingston (sklepy meblowe + trochę spożywczych).

    Od przyszłego tygodnia prawdopodobnie spędzimy 10 dni w mieszkaniu Marka i Karoliny – wyjeżdżają na wakacje i chcą, żebyśmy przez ten czas mieszkali u nich, pilnowali domu i zajmowali się zwierzyńcem (dwoma kotami i kilkoma(?) rybkami).

  • “Swoje” pierwsze cztery kąty!

    Na swoim!!!! W środę (24.09) pieniądze pojawiły się na koncie agencji i jeszcze tego samego dnia odebraliśmy klucze i przy wydatnej pomocy Marka sprowadziliśmy wszystkie nasze rzeczy. Dla potomności, mieszkanie pod adresem 10 Petersham Close, TW10 7DZ, Richmond. Byłoby idealne, gdyby własciciele udostępnili nam sypialnię – niestety na tę chwilę jest zamknięta, z mikrofalówka i czajnikiem który miał zostać, a okazało się, że musimy kupić…

    Wszelkie inne sprawy zostały przytłumione przeprowadzką, ale Gosia bez problemów trafiła do konsulatu, gdzie mimo umówienia na konkretną godzinę przesiedziała w kolejce półtorej godziny, zapłaceniu horrendalnych 86 funtów i konieczności oczekiwania miesiąc – załatwiła wszystkie formalności związane z otrzymaniem paszportu z nowym nazwiskiem.

    Ja we wtorek załatwiłem wszystko związane z otrzymaniem NINu – postraszyli listami i wymaganiami (m.in. oryginał świadectwa urodzenia, dowód adresu itd.), a wystarczył im zwykły dowód.

    Od środy natomiast trwa intensywne wydawanie pięniędzy i zaopatrywanie się we wszelkiego rodzaju sprzętu i drobiazgi potrzebne w każdym domu. Zakupy spożywcze i większe rzeczy zamawiane przez internet, natomiast weekend minął nam na dwóch wyprawach do ikei (i mówię o wyprawach, bo to podróż 1.5 godziny w jedną stronę) i zakupieniu talerzy, sztućców i całej masy innych rzeczy, nie wspominając o dwóch stołkach do biura.

    Mamy też nadzieję, że w przszłym tygodniu zostanie do nas nadana paczka z pomocą dla emigrantów i dotrą nie tylko rzeczy które zostawiliśmy, ale też niektóre produkty do których przyzwyczailiśmy się w Polsce (sery! majonez! i krokodylki!)

    Jak na nasze pierwsze mieszkanko tutaj w Londynasie to i tak jest suuper :-) (pewnie do pierwszych rachunków hehe). Fajne takie i przytulne to nasze pierwsze małżeńskie mieszkanko :-) Mamy też ogródek, o którym Kamil zapomniał wspomnieć :-P chyba musimy rozejrzeć się za grilem na jakiś wyprzedażach :-) Najważniejsze, że w końcu na swoim!

    A o ten pokój za jakieś pół roku podpytamy, niech no tylko zobaczą, że fajne z nas lokatory :-)

    11121235_917060641678738_75306386_n 11128615_917060675012068_84981839_n11131831_917060705012065_214733155_n11106348_917060611678741_1226295963_n 11094056_917060728345396_1149312508_n