Od wczoraj na starych śmieciach – czyli wróciliśmy do Marka i Karoliny. Na szczęście tylko na 10 dni, szefostwo urlopuje się w Egipcie, a my jak to wspominałem tydzień temu przemieszkujemy i wyjadamy im całą sałatę z lodówki. W ciągu tygodnia jak ostatnio nie działo się nic ciekawego. Od rana do popołudnia w pracy, wieczorem pobyć z żoną i spać. W piątki dłużej w “pracy” na tradycyjnych podsumowaniach tygodnia w pubie. Gosia w czwartek pilnowała Oskara, zarobiła pierwsze pieniądze które od razu wydała na zakupach w sobotę wyciągając mnie mnie do Ealing i siedząc chyba ze 2 godziny w Primarku… W sobotę przy okazji zajechaliśmy też do agencji nieruchomości, telefonicznie nie udało mi się doprosić o kopię umowy lokatorskiej mimo 3 czy 4 telefonów. Podczas wizyty osobistej udało nam się to załatwić w ciągu 5 minut.
Pozostałe szaleństwa zakupowe powoli mijają, wygląda na to że mamy już większość potrzebnych rzeczy – ostatnio musieliśmy tylko kupić jakieś drobiazgi do kuchni w stylu solniczek, pieprzniczek, jakiegoś garnka i tym podobnych.
Przyszły tydzień zapowiada się bardzo spokojnie, nie wiem jak plany Gosi, ale ja mam zamiar zacząć ostro przygotowywać się do zdania certyfikatu Magento jeszcze przed końcem roku co pozwoli mi na uzyskanie mocnej karty przetargowej podczas starania się o podwyżkę. A przyda się ona bardzo, szczególnie że na razie Gosia pracy niestety nie znalazła…





