• Kolejny covid

    Tym razem na wielkanoc. I nic szczepionki nam nie dały, Miłosz prawdopodbnie przywlókł z Warszawy, my się z nim widzielismy na piątkowej siatce, mama cały dzień towarzyszyła na wyprawie z Leonem i od zeszłego tygodnia jedno po drugim zaczyna chorować. Jak grypa… A jeszcze Gosia w zeszły czwartek zdążyła Małą zaszczepić przeciwko ospie… Mała z gorączką 40 stopni przez parę dni walczyła pewnie z obydwoma wirusami jednocześnie. Powolutku jakoś zdrowiejemy na szczęście, a i przymusowych kwarantann nie ma, więc na spokojnie żyjemy.

    Ostatnio zapomniałem wspomnieć, że rodzice 10 marca pojechali na imprezę Sylwestrową do Balcerków. Skoro w samego Sylwestra się nie dało, to pobalowali w marcu. My a Marysią w sobotę przed koronawirusową też imprezowaliśmy, kolejne urodziny dzieciaków – tym razem na trampolinach. Niestety obiekt dla trochę większych dzieci ogólnie, aczkolwiek małej bardzo się spodobało skikanie.

  • Katamarany

    Tata już od świąt chciał, żebym na początku marca pojechał z nim do Austrii na targi łodziowe. Napalił się strasznie na składany katamaran – bardzo fajny zresztą. No i w środę się zapakowaliśmy wieczorem do samochodu, żeby przespać się w Warszawie i skrócić trochę pierwszy dzień jazdy. Zupełnym przypadkiem zabraliśmy też ze sobą Przemka i pojechaliśmy. Tulln w Austrii śmieszne, miasteczko wielkości Ostrowi, ale z ogromną ilością knajp (w większości pustych i nic dziwnego), zabytkowym starym rynkiem, no i centrum wystawowym tak dużym, że się w nim zgubiliśmy. Tylko to ostatnie da się wytłumaczyć bliskością Wiednia, bo reszta nas mocno zaskoczyła.

    Na samych targach ogromna ilość wszystkiego związanego z wodą, całe masy motorówek i żaglówek, akcesoriów, czarterów. 10 hal pełnych. A w tym wystawca katamaranów, którego po obejrzeniu i wypytaniu sprzedawcy, tata wziął i zamówił jeden. Zaraz następnego dnia podróż powrotna, dobrze że z Wiednia jest bliżej do domu niż z Włoch i na jeden raz bez problemu da się przejechać.

    Gosia od jakiegoś czasu kontaktowała się z arborystami w sprawie przycinki naszej przydomowej brzozy, a w poniedziałek zjawiła się dwójka, wspięła się na drzewo i po kilku godzinach brzoza zadbana. Nie wycięta i mamy nadzieję, że dalej będzie ładnie rosła.

    W ciągu tygodnia mieliśmy Dzień Kobiet, już myślałem że nie uda mi się kwiatków dziewczynom kupić, ale Gosia chciała kupić buciki Marysi więc skorzystałem z okazji. Nawet nadprogramowe kupiłem, bo rano Gosia dostała życzenia od Karola i kazała zrewanżować się tym samym Martynie. Wolę jednak osobiście z kwatkiem, więc oprócz róż dla Gosi, Marysi i mamy, kupiłem dwie dodatkowe dla Martyny i Róży. Się ucieszyły obydwie z niespodzianki. A Marysia oprócz busików od mamy dostała też kwiatka od pani sprzedawczyni i też była bardzo zadowolona.

    A już następnego dnia (albo i tego samego), nadszedł czas na pierwszy spacerek małej. Sama przeszła prawie całą drogę do dziadka Mirka!

    W piątek był też dzień mężczyzny i dostałem całusa od swoich.

    Niestety od wczoraj zauważyliśmy ropiejące oczka u małej, chyba zaraziła się jakimś zapaleniem spojówek. Leczymi kropelkami przeciwzapalnymi i dzisiaj jest na szczęście lepiej. Choróbska dzieci jak zwykle przeszkodą spotkaniową, w ten weekend nawet dwie okazje nam przepadły. W sobotę miała być impreza urodzinowa Oli, ale Marysia i Laura nam przeszkodziły. A na dzisiaj Gosia umawiała się na drinka z Martyną, ale znowu Marysia i Oskar im przeszkodziły. I takie to plany.

    Dzisiaj mieliśmy niespodziewanego gościa na podwórku. Mama za domem zobaczyła pasącego się jelonka, w jakiś sposób dostał się na podwórko i zapewnił nam kilka chwil rozrywki.

    Na budowie do przodu, przed posadzkami musimy skończysz wszystkie styropiany. Salon już zrobiliśmy, w tym tygodnia byli chłopaki od taty ułożyć podłogówkę. W ten weekend posprzątałem cały garaż i układamy styropian. Zostaną nam tylko dwa weekendy do dokończenia korytarza i gabinetu, a potem miesiąc czekania na posadzkarzy.

  • Gilowo, ale do przodu

    Marysia ostatnie parę dnio chodziło z gilem – pewnie złapała na urodzinach. Albo u Martyny, bo na Walentynki Gosia się wybrała w odwiedziny. Mało romantycznie je spędziliśmy, bo ze względów pracowych nie dało rady nic zorganizować niestety…

    Małej na szczęście katar jakoś mocno nie przeszkadzał, chodzi coraz ładniej, gada do siebie coraz więcej. Przyjemnie się patrzy jak rośnie.

    Z powodu gila w zasadzie zero odwiedzin. Ja to i tak niewiele wychodzę, bo w ciągu tygodnia praca, a w weekend praca na budowie. Ale i Gosia ostatnio odwiedziała tylko babcię i tatę. Na szczęście chociaż czasami słońce się pojawia i przyjemniej się na świat patrzy.

  • Dajcie mi trochę słońca

    Ciemno, ponuro, chmurnie. Aż się wszystkiego odechciewa. Już od dobrych kilku tygodni codziennie jakieś deszcze (albo poranne śnieżenie). Dopier dzisiaj pojawiło się trochę słoneczka, więc natychmiast z tego skorzystaliśmy i wybraliśmy się na wspólny spacer. Mam nadzieję, że to zwiastun trochę większej ilości słonecznych dni, bo zaczynam rozumieć te norweskie zwolnienia lekarskie na urlop w słonecznych krajach…

    Marysia nam rośnie, nadszedł też czas na kolejne szczepienia – kosztujące majątek, ale weź i oszczędzaj na rodzinie. Mała już powoli zaczyna sama chodzić, chociaż bardzo niepewnie. Aczkolwiek jak się zapomni i zainteresuje czymś innym to zapomina o strachu i całkiem długie dystanse pokonuje już samodzielnie. Tak jak nam zaprezentowała na kolejnych dziecięcych urodzinach – wyprawiała Ewa (siostra Wiolki) z Kamilem dla swojego średniego (?) syna.

    Z tatą weekendy dalej ćwiczymy na budowach i powolutku posuwamy się do przodu – zakończyliśmy równanie całej części nocnej, łazienki gości, pralni i korytarza w przygotowaniu pod styropian, kupiliśmy drewno na konstrukcję sauny, tata gładzi ściany w saunie i planujemy kolejne posunięcia.