• Bez większych rewelacji

    Takie wpisowo-datowe urodziny, więc dla odmiany wpis dziejszy robię ja, gdyż mąż mój jest “zapracowany” poprzez lenistwo kanapowo-weekendowe :-P

    Otóż tak:

    Wiewióry stają się coraz bardziej przyjacielskie, co wyrażają poprzez wpakowywanie swoich puchatych zadków na nasze tutejsze włości. I nie to, żebym miała coś przeciwko, oj nie :) Jednakże ich liczba zaczyna niepokojąco wzrastać, gdyż z dokarmianej pary zrobiło się niezłe trio, co przekłada się na błyskawiczne opróżnianie zawartości paczki fistaszków, a przeca to jeszcze nie zima!

    W domu bez zmian, może oprócz moich “zdolnosci kulinarnych”, które poszerzają się o coraz to nowsze eksperymenta w kuchni, także Kamil przeżywa czasem prawdziwne “kuchenne rewolucje”.

    Co do pracy to nadal bezrobotna gosposia ze mnie, ale mąż mój za to rozkwita istnie towarzysko i nie tylko, stołując się we wtorek anglijskimi brurgerami na firmowej kolacji (a ja pilnując Oskara i zarabiając kolejne funciory na przyszłe zakupowe szlaństwo)  oraz ziemniakowo-jajecznnym daniem na śniadanie we środę, z racji integracji śniadaniowo-deweloperskiej w Kamilowej firmie.

    Poza tym bez większych rewelacji, chłód na dworze odczuwalny coraz bardziej, co oznacza zbliżającą się zimę i Święta…które to będziemy spędzać tutaj, ze względu na wysokie koszta przelotowe….

  • Wiewiórki :-)

    Wiewiórki! Tak mniej więcej rozpoczynała się codzienna rozmowa moja z Gosią, kiedy ta wstała i do mnie napisała. Żona moja zaczęła dokarmiać i oswajać dwie wiewiórki z pobliskiego drzewa na tyle skutecznie, że jedna z nich po nowe orzeszki pakuje się do domu i na kanapę. (To są nasze puchate sąsiądy, takie miluśińskie bardzo, które zamiast na kawę wpadają na orzecha :-))

    11033154_917968668254602_1016721744_o

    Przeżyliśmy też pierwsze Halloween, święto tutaj bardzo popularne. Wypadło w piątek, więc na tradycyjnym bilardzie popubowym pooglądaliśmy sobie sporo ludzi poprzebieranych w najróżniejsze kostiumy. Po powrocie zdziwiliśmy się trochę ilością fajerwerków, uznaliśmy jednak że ludzie lubią świętować Halloween. Zdziwiliśmy się natomiast trochę, kiedy znowu usłyszeliśmy fajerwerki w sobotę – okazało się, że Anglicy każdego 5 listopada wystrzeliwują fajerwerki upamiętniając nieudaną próbę wysadzenia budynku parlamentu przez Guya Fawkesa. Pytanie tylko, czy tak bardzo lubią, czy nie lubią polityków?

    W weekend udało się załatwić parę papierkowych (i nie tylko spraw). Wizyta w banku zaowocowała poznaniem kolejnej bardzo miłej Polki, która doradziła nam w jaki sposób powinniśmy ubezpieczyć mieszkanie, założyła konto Gosi i doradziła gdzie szukać pracy. Odesłaliśmy też dwa nieudane zakupy z Amazonu, zrobiliśmy parę nowych zakupów, a także po raz drugi w życiu odwiedziłem fryzjera. Niestety maszynka która przyszła w paczce jest ustawiona na długość zazwyczaj zarezerwowaną dla skinów, z wielkim bólem serca po razm kolejny musiłem się ostrzyć. Przy okazji usłyszałem też, że Gosia lubi mnie z brodą! Normalnie zmienia się kobieta… się okaże, że niedługo każe mi zapuszczać… (o nie! zapuścić brody to na pewno Ci nie dam :-P)

    W przyszłym tygodniu szykuje się sporo imprez firmowych. Oprócz co piątkowego wypadu do pubu, rozpoczynamy comiesięczne śniadania developerskie (w środę), a we wtorek firma urządza kolację (niestety nie wiem jeszcze w jaki celu). Kolacja firmowa będzie korzystna też dla Gosi, kolejny raz zarobi parę funtów za opiekę nad Oskarem :).

  • London Eye

    Tak tak, przyznaję się, że zapomniałem o wujkowaniu. Chociaż jestem pierwszy raz wujkiem to jakoś nie zmieniło mnie to bardzo ;). O załatwianiu NINu miłosiernie przemilczę, bo znowu się okaże że kabluję…

    Znowu na własnych śmieciach, ale jak dla mnie to duży plus. Mieszkanko malutkie, ale “własne” i wszystko nasze.

    W pracy w porządku, dostałem swój drugi pasek wypłaty – bo tutaj oprócz przelewu dają jeszcze paski (ich dokładnego przeznaczenia jeszcze nie pojąłem ;)). Oprócz tego planujemy świąteczne spotkanie integracyjne, paintball, kręgle, gokarty, albo coś jeszcze – na razie tylko plany.

    Weekend minął mniej leniwie niż zwykle, sobotę zaczęliśmy od krótkiem trzykilometrowej przebieżki, albowiem powróciliśmy do zwyczaju biegania. Na razie na dystanse krótsze, ale mam nadzieję, że w niedługim czasie się to zmieni. Po bieganiu śniadanie i długi spacer brzegiem Tamizy, później powrót przez Richmond i dalej na piechotę. Strzelam, że zrobiliśmy dobre 8 kilometrów piechotą.

    W niedzielę natomiast uznaliśmy, że w końcu trzeba odwiedzić przynajmniej niektóre z obowiązkowych atrakcji Londyńskich i za niebagatelne pieniądze przejechaliśmy się na London Eye (widoki naprawdę wspaniałe) i pochodziliśmy po Londyńskim Akwarium (Gosi najbardziej podobały się rekiny).

    londoneye11136577_917966101588192_869035994_o11065736_917983194919816_650936870_o


     

  • Mahoniowa Żona

    Od dzisiaj Gosia jest mahoniowa. W końcu przekonałem ją do zmiany koloru, chociaż może za dużo powiedziane że przekonałem, bo ostatnio sama przyznała, że chciałaby się przefarbować, ale się boi. No to dzisiaj się bała, ale ja zdecydowałem za nią.

    Ostatnie dni przemieszkiwania poza domem, Mark z Karoliną wracają we wtorek, więc nareszcie wracamy na swoje. Nie jest tu tak źle, ale po pierwsze to nie nasze (chociaż czujemy się jak u siebie), a po drugie zwierzaki dają nam się we znaki i nie ma praktycznie dnia, żeby nie narobiły czegoś w domu…

    Tydzień w pracy minął jakby trochę luźniej, bez szefostwa zaglądającego w monitor. Myślę, że lepszym rozwiązaniem byłoby jednak kilka pokojów w biurze, a nie wszyscy siedzący w jednym. W piątek zamiast tradycyjnego pubu kupiliśmy sobie napoje w sklepie i siedzieliśmy w biurze – miało to pewnie spory związek z brakiem firmowej karty kredytowej, w związku z czym każdy musiałby płacić za swoje drinki, a na to za bardzo nikt nie miałby ochoty ;)

    Dzisiaj w związku z wolniejszym dniem wyszliśmy na krótki spacer po parku i wzdłuż Tamizy, od razu rzuciła nam się w oczy niesamowita liczba wiewiórek. Co prawda te tutejsze jakieś szare i wyglądają bardziej na myszy z puchatymi ogonami, ale za to są tak oswojone, że po nadstawieniu ręki i cmoknięciu podbiegają prawie dotykając.

    Kolejny tydzień pod znakiem miesięcznicy (?) “pobytu” we własnym mieszkaniu, co oznacza przede wszystkim czynsz, którego nie za bardzo wiem jak powinienem opłacić, bo nie dostałem żadnego numeru konta… Oprócz tego czekam ciągle na informacje o rejestracji do Council Tax (wysłałem mejla, bo trwa to strasznie długo), o zmianie dostawcy prądu i gazu (żeby było taniej) i będę musiał załatwić sprawy z licencją tv, bo straszą karami.

    Mąż mój tak bardzo zaaferował się moim kolorem włosów, że zapomniał wspomnieć iż od piątku (17.09) zostaliśmy ciocią i wujkiem Julii. Dodatkowo tego dnia z wielkimi przebojami ale z pozytywnym skutkiem załatwiałam NIN. Także do pracy trzeba by iść i zarobić w końcu “na waciki”.