• Londyński Nowy Rok

    No i zaczęliśmy nowy rok. Jeśli to prawda co mówią, że cały rok będzie jak początek nowego, to czeka nas dużo grania w planszówki! Miałem rację, pierogi pod koniec wizyty rodziców wyszły nam bokiem, Gosia w dalszym ciągu mówi, że odczuwa ich wpływy… Ale zjedliśmy praktycznie wszystko co przywieźli i co sami zrobiliśmy – śledzie, pierogi, zupę grzybową, ciasta, sałatkę warzywną, zostało tylko trochę mięsa pieczonego.

    Plan tygodnia wyszedł chyba w całości, nałaziliśmy się, że aż nam nogi właziły tam gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Obejrzeliśmy zatłoczone centrum, przespacerowaliśmy się po Hyde Parku, zaliczyliśmy Science Museum, napiliśmy się piwa w prawdziwym angielskim barze (znaczy ja coli, reszta piwa), zjedliśmy fish & chips, zagraliśmy w snookera, kupiliśmy nową planszówkę z którą dzielnie przegrywaliśmy. Obejrzeliśmy też fajerwerki z Richmond Park po których spodziewaliśmy się czegoś więcej, ale i tak było fajnie.

    11100613_917982558253213_824206759_o11144777_917983228253146_65479945_o

    11131110_917982148253254_930982416_o11069713_917982438253225_1101532585_o11122240_917982368253232_1634370066_oWyjazd rodziców natomiast był bezproblemowy jeśli nie liczyć braku biletów – okazało się, że Miłosz kupił im takie w jedną stronę. Dobrze tylko, że sprawdziliśmy i wyszło to wcześniej, mogliśmy im kupić bilety autobusowe. Odstawiliśmy ich na dworzec autobusowy, wsadziliśmy do autokaru. W Polsce wylądowali nawet pół godziny wcześniej co natychmiast stracili, bo okazało się, że padł im akumulator w Kii i musieli czekać, aż pojawi się ktoś z kablami i pomoże odpalić.

    My natomiast cały weekend się leniliśmy w czym bardzo pomocna była aura pogodowa i deszcz padający całą sobotę. Niedziela objawiła się złym samopoczuciem więc po powrocie ze mszy dalej się leniliśmy śpiąc.

    Przyszły tydzień to ambitny plan Gosi żeby się odchudzać, w związku z czym zakupiliśmy robota kuchennego i dużo zdrowego jedzenia. Gosia się odgraża, a ja ją dopinguję – może na wesela założy jakąś obcisłą sukienkę?
    A ja wracam do pracy, bardzo fajnie było wziąć płatny urlop (mój pierwszy w życiu) i bardzo ciężko jutro będzie wstać rano… A już w piątek zjawiają się kolejni goście w osobie Kuby z koleżanką (znaczy Anią Rejewską). Oni na szczęście widzieli już prawie wszystko w Londynie, więc wizyta będzie znacznie mniej intensywna i podejrzewam, że znowu pogramy sporo w planszówki!

    A o tym, że ostrzygłam to nic? Dziś pierwsze mężowe postrzyżyny były, więc stracił chłop tu i ówdzie włos, ot co.

  • Święta, święta…

    Oj dużo się działo przez tydzień. Zachowując porządek czasowy to w poniedziałek mieliśmy spotkanie firmowe podsumowujące cały rok z którego urwałem się wcześniej, żeby pomagać Gosi robić żarełko na Wigilię. We wtorek pracowaliśmy już bez szefostwa, bo Mark z Karoliną wyjechali do rodziny na święta. Do tego pół dnia bez internetu sprawiło, że praca nie była zbyt ciężka. Po pracy kolejne przygotowywanie jedzenia. Środowa Wigilia była moim pierwszym dniem urlopu, jedzenie, wyprawa do przeciskarkę do warzyw zakończona niepowodzeniem, jeszcze więcej przygotowywania jedzenia i nakarmienie kotów.
    Wigilia była jednak pełnym sukcesem – pierogi w wersji XXL (takie wielkie, że człowiek dwa zje i już ma dość)  i zupa grzybowa. Nawet w końcu zobaczyłem Gosię w sukience, co ekstrapolując da wynik 5 założeń sukienki w przyszłym roku (4 wesela + kolejne święta). Nawet na Pasterkę założyła szpilki, też pierwszy raz od pobytu naszego! A propos Pasterki – wybraliśmy się autobusem na Ealing Broadway na mszę o północy i o ile z dojazdem nie było problemu… to z powrotem był. Po 20-minutowym wyczekiwaniu na busa, okazało się bowiem, że nasz autobus w pierwszy dzień świąt nie jeździ, tak więc załapaliśmy się na ostatni autobus bliżej domu, a do celu dotarliśmy już taksówką… to była chyba najdroższa pasterka na jakiej byłem.

    nasza pierwsza małżeńska choinka
    Z racji nieistniejącej komunikacji miejskiej musieliśmy też wybrać się spacerem do Twickenham nakarmić zwierzyniec co zaowocowało kolejną przygodą z Tamizą. Tym razem podczas powrotu zabawiliśmy chwilę obserwując jak podnosi się poziom rzeki i po chwili zauważyliśmy, że mamy już odciętą drogę z obu stron. Na szczęście udało nam się przedrzeć poza teren przypływu – polem.

    Wieczorem zaś spadła na nas niespodziewana nowina… będziemy wujkiem i ciocią, bo Ilonka w ciąży… :) Ehhh, zaczyna się :P już zamiast na imprezki to na herbatkę i pogaduszki o dzieciach będziemy się spotykać.

    A już drugiego dnia świąt (powiedzmy) dotarła do nas rodzinka sztuk trzech w osobach czcigodnego ojca, czcigodnej matki i mało czcigodnego brata. Dotarła z opóźnieniem 3 godzin – najpierw spóźnił im się samolot, później się okazało, że nawet jakby się nie spóźnił to i tak na pociąg by nie zdążyli, bo pociągu nie było. Skoro pociągu nie było to autobusy były przepełnione i stali 2 godziny, żeby się do niego dostać. Na szczęście taksówka zabrała ich błyskawicznie i bez problemu dotarli do nas wymęczeni i po brzegi zapakowani jedzeniem.
    I teraz zwiedzamy, obejrzeliśmy już centrum handlowe, kościół i przeszliśmy się na górkę z której mamy nadzieję oglądać fajerwerki na nowy rok.
    W przyszłym tygodniu (i roku) natomiast mam ciągle wolne, mamy zamiar pozwiedzać trochę centrum, napić się piwa w prawdziwnym angielskim barze i zjeść te wszystkie pierogi które mamy (chyba nam bokiem one wyjdą!)

    11130930_917983154919820_1044604170_o11122281_917982308253238_1949579902_o

     

     

  • Certyfikatowanie i sprzątanie

    Zdałem ten certyfikat! W końcu go mam i chociaż oceny kwartalnej nie było (przełożona na styczeń) to jestem baaardzo zadowolony. Nareszcie mam znowu wolne wieczory i mogę z żoną jakiś film obejrzeć, albo popracować nad zainteresowaniami. Oprócz tego…

    Święta, święta, coraz bliżej. Prezenty kupione, spora część zakupów świątecznych też.

    Ostatni tydzień minął w zasadzie bez żadnych większych wydarzeń, na spokojnie i leniwie.

    Najbliższe 2 dni natomiast upłyną pod znakiem sprzątania i gotowania, niekoniecznie w tej kolejności. Na szczęście tydzień pracy krótszy, bo tylko dwudniowy – już w środę wziąłem urlop, żeby całą Wigilię mieć wolną, potem dwa dni swiąt i kolejny tydzień znowu wolny – przyjeżdżają rodzice. Dla Gosi niezrozumiały dla mnie stres i już się denerwuje co teściowa będze mówić.

    Dzisiaj też byliśmy w kolejnej polskiej parafii – co za przyjemności móc siedzieć w ciepłym kościele (może nawet odrobinę zbyt ciepłym). Wiemy też, że na Pasterkę wybierzemy się właśnie tam, całonocny autobus zapewni nam bezproblemowe dotarcie i powrót niezależnie od godziny.

    I wychodzi też na to,że trzeba było się ochajtać i wyjechać, żeby dstać od znajomych nie smsy (choć i te pewno przyjdą lub bardziej wiadomości na fb) a kartki z świąteczymi życzeniami. Nawet Jimmy (nasz sąsiad z naprzeciwka) kartkę nam podrzucił, przez co uznaliśmy, że musimy się zrewanżować i oprócz kartki podarowaliśmy mu trochę pierników :) A tak to poza tym no duuumna jestem z tego mojego męża, oj dumna :)

  • Piernikowe Eksperymenta

    A jednak kupiła kurtkę, nie mogła przeboleć. Pojechała beze mnie i znalazła i od razu zadowolona się zrobiła.

    Tydzień minął na spotkaniach w pracy, mieliśmy kolejne śniadanie deweloperskie, parę wewnętrznych spotkań firmowych i imprezę świąteczną w piątek. Oprócz tego spędziliśmy go na poszukiwaniu prezentów, pakowaniu prezentów, pierwszych zakupach świątecznych (i pierwszej sztucznej choince w życiu). Oprócz normalnej pracy ostro też przygotowuje się do mojego egzaminu, został już mniej niż tydzień i BARDZO chcę go zdać.

    Gosia realizuje się w eksperymentach kuchennych, w piątek napiekła pierniczków które wyglądają i smakują naprawdę wspaniale. Większą część zapakowała do wysyłki, ale odgraża się że narobi więcej – patrząc po ilości lukru jaki jej został to chyba będziemy jedli pierniki do przyszłych świąt.pieeeeerniii

    W sobotę pożyczyliśmy od znajomych drugi materac dmuchany, jesteśmy chyba przygotowani pod względem spaniowym na wizytę rodziców i Miłosza. Teraz musimy tylko wynaleźć coś co będziemy robić przez ten tydzień, szczególnie że wziąłem sporo wolnego, żeby móc pobyć razem.

    W niedzielę w końcu wybraliśmy się do kościoła, znaleźliśmy nawet polską parafię z rozsądnym czasem dojazdu. Wysłaliśmy też kartki do wszystkich znajomych, kosztowały tyle co wielka paka którą wysyłamy do domu!

    W niedzielę też w końcu zapowiedział nam się Kuba na odwiedziny weekendowe. Przylatuje do nas z “koleżanką” już 9 stycznia :)

    Pozostała część niedzieli zeszła na rozpaczaniu Gosi, która zauważyła, że zgubiła oczko w swoim pierścionku zaręczynowym. Wygląda na to, że zahaczyła gdzieś ręką i jeden z uchwytów trzymających brylant wygiął się i całe oczko gdzieś wypadło. Żadnych ułamanych elementów nie widziałem, więc będziemy mogli dopasować nowy brylancik i naprawić pierścionek. Ale to już nie będzie to samo… i sentyment już nie ten… ehhh :-(

    Przyszły tydzień minie pod znakiem dalszej nauki, a także mojej pierwszej oceny kwartalnej w firmie. Planuję wykorzystać sytuację i naprawdę dobre opinie współpracowników o mnie i poprosić o podwyżkę – zobaczymy…