Oj ciężko, ciężko kiedy katar męczy. A męczy mnie od czwartku, przez to w piątek żadnego bilarda, tylko szybko do domciu, sobota przeleżana w łóżku i na szczęście trochę lepiej się czuję. Za to Gosia zaczęła ciągać nosem, a jutro musi przecież iść opiekować się dzieciakiem… Mam nadzieję, że jej przejdzie choć trochę.
Już 8 wesel w tym roku – okazało się że Grześ też się zdecydował. A mówiła Gosia, że jak Puściany malują dom to i wesele będzie! W związku z weselami Gosia też mi sobotni wieczór smutna łaziła bo jej psiapsiółki spotkały się na wieczorze panieńsko/kawalerskim, a ona nie mogła być.
Dzisiaj mimo kataru musieliśmy wyjść trochę na zewnątrz oddać pożyczony materac i kołdrę, a przy okazji zachcianki Gosi na sałatkę z kurczakiem pojechaliśmy do Twickenham do polskiego sklepu, gdzie ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu znalazłem na półce majonez kętrzyński. Od razu zakupiony zresztą.
W przyszłym tygodniu spróbuję odzyskać jakieś dane z zepsutego dysku, okazało się bowiem że na dysku zapasowym nie ma żadnego folderu z dokumentami – a miałem tam wszystko: ebooki, cv, projekty, pity i pełno innych mniej lub bardziej przydatnych śmieci. W pracy nie będzie też Richa, co oznacza prawdopodobnie więcej roboty dla mnie i Jasona, ale damy radę!
No i jak już tak relacjonujemy te nasze londyńskie zmagania, no to trzeba dopowiedzieć, że podwyżkę mąż mój dostał i owszem, o 3tys (ROCZNIE) więcej, no i umówił się na 9 lutego na spotkanie w nowej firmie (wszystko rzecz jasna po cichaczu przed obecnym szefostwem i jedną wielką walentynkową ściemą). I choć nadal nie wiemy czy Kamil będzie zmieniał firmę, nie przeszkadza mi to w przeglądaniu ofert wynajmu w tamtejszych rejonach :) Dodatkowo aż dziw bierze, że nie można o mnie powiedzieć , iż “pierwsze” zarobione pieniądze wydałam na shoppingu…ale to chyba zwyczajnie wina Kataru :P


