• Pierwszy śnieg!

    Z odzyskiwania danych nic nie wyszło, bo kieszeń nie przyszła. Gupi Amazon. Znaczy przełożone na przyszły tydzień.

    W pracy daliśmy radę mimo braku Richa, a w późniejszym czasie też Marka (Karolina urodziła (5 lutego)  zdrowego synka). Musiałem gadać z klientami, ale chyba pokazałem się z całkiem niezłej strony i rozwiązałem ze dwie kryzysowe sytuacje.

    Tydzień ogólnie minął szybko i bez żadnych rzeczy mniej lub bardziej godnych uwagi, może oprócz aury pogodowej – w końcu zobaczyliśmy śnieg w Londynie. Tak z centymetr i tak ze 2 godzinki. Ale był!

    snieg

    A ja się szykuję do odwiedzin w “możliwe, że nowej” firmie. Poniedziałek o 13 mam spotkanie z prezesem, okaże się jak to wygląda na żywo.

  • Kolejne wesela…

    Oj ciężko, ciężko kiedy katar męczy. A męczy mnie od czwartku, przez to w piątek żadnego bilarda, tylko szybko do domciu, sobota przeleżana w łóżku i na szczęście trochę lepiej się czuję. Za to Gosia zaczęła ciągać nosem, a jutro musi przecież iść opiekować się dzieciakiem… Mam nadzieję, że jej przejdzie choć trochę.

    Już 8 wesel w tym roku – okazało się że Grześ też się zdecydował. A mówiła Gosia, że jak Puściany malują dom to i wesele będzie! W związku z weselami Gosia też mi sobotni wieczór smutna łaziła bo jej psiapsiółki spotkały się na wieczorze panieńsko/kawalerskim, a ona nie mogła być.
    Dzisiaj mimo kataru musieliśmy wyjść trochę na zewnątrz oddać pożyczony materac i kołdrę, a przy okazji zachcianki Gosi na sałatkę z kurczakiem pojechaliśmy do Twickenham do polskiego sklepu, gdzie ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu znalazłem na półce majonez kętrzyński. Od razu zakupiony zresztą.

    W przyszłym tygodniu spróbuję odzyskać jakieś dane z zepsutego dysku, okazało się bowiem że na dysku zapasowym nie ma żadnego folderu z dokumentami – a miałem tam wszystko: ebooki, cv, projekty, pity i pełno innych mniej lub bardziej przydatnych śmieci. W pracy nie będzie też Richa, co oznacza prawdopodobnie więcej roboty dla mnie i Jasona, ale damy radę!

    No i jak już tak relacjonujemy te nasze londyńskie zmagania, no to trzeba dopowiedzieć, że podwyżkę mąż mój dostał i owszem, o 3tys (ROCZNIE) więcej, no i umówił się na 9 lutego na spotkanie w nowej firmie (wszystko rzecz jasna po cichaczu przed obecnym szefostwem i jedną wielką walentynkową ściemą). I choć nadal nie wiemy czy Kamil będzie zmieniał firmę, nie przeszkadza mi to w przeglądaniu ofert wynajmu w tamtejszych rejonach :) Dodatkowo aż dziw bierze, że nie można o mnie powiedzieć , iż “pierwsze” zarobione pieniądze wydałam na shoppingu…ale to chyba zwyczajnie wina Kataru :P

  • Jednak świadkujemy

    Od czegóż by tu zacząć, bo w tym tygodniu wydarzyło się odrobinę więcej niż zwykle.
    Może na początek od sukcesów żony mojej w znajdowaniu pracy – bo sukcesy chyba są. Otóż była ona na 2 spotkaniach w sprawie opieki nad dziećmi z rezultatem na tyle dobrym, że jutro rano idzie na dłużej opiekować się dwuletnią dziewczynką (niecałe 2-letnia :P Sophia). W biurze też się o nią dopominają, ale muszą poczekać, bo zarabianie ma pierwszeństwo.
    Na drugi początek o moich pracowych zmaganiach, albowiem ten gość z poprzedniego tygodnia chociaż nie chce dać tyle ile chciałem na początku, to jednak rozmowy się toczą. W weekend wysłałem im mejla, że za 60 tysięcy + zaplanowane wakacje mogę zaczynać pracę w nowym miejscu od maja, odpowiedzi spodziewam się jutro. Z pracowych nowości rozmawiałem z Markiem i Karoliną o podwyżcem, której w zasadzie nie dostałem. Znaczy mam nadzieję, że trochę dostałem, ale nie tyle ile bym chciał. I to jest też między innymi powód dla którego tak poważnie myślę o zmianie pracy.

    A we wtorek oficjalnie już zostaliśmy świadkami. Na szczęście nie Jehowy. Znaczy, że Gosia zostanie świadkiem to było wiadome już od dawna, ale we wtorek kiedy Martyna z Karolem zadzwonili do nas razem okazało się, że ja też będę. Gosia się boi, ja myślę, że fajnie będzie!

    Oprócz tego popsuł mi się komputer (sam! bez żadnego udziału szanownej współmałżonki). Okazało się jednak, że padł tylko dysk, więc nici ze zwalenia wszystkiego na ubezpieczenie i kupienia nowego komputera. Komputer naprawiłem już ja (również bez udziału szanownej współmałżonki) skutecznie i szybko co pozwala mi pisać dalej ten dziennik.

    Dzisiaj mieliśmy jakieś święto (między innymi urodziny wujka Tadka, ale chyba to jednak nie o to chodziło), bo z moim niezmiernym zdumieniem, ale też aprobatą Gosia wybrała się do kościoła w spódniczce. Psuje mi to moje ekstrapolacje i już nie wiem czego spodziewać się w przyszłości. Może jednak mini codziennie?

  • Szewczyk z butami

    Cały tydzień zgodnie z przewidywaniami, prawie nic się nie działo. Gosię udało mi się namówić na przyjście do biura i posiedzenie trochę z ludźmi. Pierwszego dnia jakoś strasznie dużo roboty było i nikt się nią nie zajął, ale drugiego już Max z nią pogadał i dał parę rzeczy do roboty. Się cieszę, że coś może porobić i pogadać po angielsku, bo na pewno jej się to przyda. Oprócz tego wydrukowaliśmy kilkanaście sztuk CV, których jeszcze nie zdążyła roznieść, ale zarzeka się, że to zrobi.

    Oprócz tego dostałem ofertę roboty. Znaczy dostaję wiele ofert roboty, ale za każdy razem odpisuję, że w tej chwili nie jestem zainteresowany. Jeden z rekruterów był jednak na tyle zdesperowany, że nawet na moje 65 tysięcy / rok powiedział, że chce gadać dalej. No i wysłałem CV i teraz poczekamy, czy coś z tego będzie…

    Gosia dalej ćwiczy i się dietuje, wygląda że chce porządnie schudnąć – a ja staram się ją dopingować jak mogę.
    Weekend znowu leniwy, w sobotę mieliśmy biegać, ale jak rano popadało to nam się odechciało. W niedzielę tylko “szybka” wycieczka do Ealing Broadway do kościoła i dalej lenistwo. No może nie tak bardzo lenistwo, bo w ten weekend udało mi się opublikować swoje portfolio w internecie. Zgodnie z zasadą, że szewc bez butów chodzi do tej pory nie miałem własnej strony internetowej, od dzisiaj się to zmieniło! (“Bhawo” Mąż!)