• Bociek!

    Wpis wyjątkowo w poniedziałek – ale niedziela spędzona siatkówce, dojazdach i zmęczeniu spowodowała, że nie dałem rady napisać czegokolwiek.

    Poprzedni tydzień minął przede wszystkim pod znakiem wyjazdu, ale w międzyczasie w firmie odwiedził nas możliwy pracownik Polak – dlatego pół środy spędziłem na rozmowach, wieczór na szybkim grillu u Marka a potem przez godzinę jadąc 2 minutową trasę… zaś w czwartek odbyło się kolejne śniadanie deweloperskie.

    W piątek rano zebraliśmy się na lotnisku i bez żadnych opóźnień dotarliśmy do Polski, gdzie czekała nas podwózka zapewniona przez księdza Chmielewskiego i ciocię Tereskę. W Ostrowi obiad i po kolejnej podróży – dom. Dziwnie było po tak długim czasie iść zakrętem, żeby przywitać się z teściami.

    W sobotę próby załatwiania kilku formalności zakończone częściowymi powodzeniami. Nie udało się założyć konta – kurier nie kontaktował się w żaden sposób, udało się natomiast wymienić kartę sim od ręki i bez opłaty. Nie udało się też wymienić kasy, ale celowo. Mama podrzuciła bowiem pomysł obopólnie korzystnej wymiany z lepszym kursem z Martyną i Karolem.

    No i wesele wieczorem, w końcu Gosia w sukience. Pobawiliśmy się, potańczyliśmy, pogadaliśmy i koło 3 zmyliśmy się do domu. Dobrze, że tak wcześnie, bo równie wcześnie przyszedł Miłosz do pokoju wyciągnąć mnie na siatkę, zresztą skutecznie. Teraz nie dość, że siedzę zmęczony to jeszcze z obolałymi mięśniami. A później kolejne podróże, samoloty i o drugiej nad ranem byliśmy już u siebie. Dzień w pracy przesiedziałem ledwo nie zasypiając, na szczęście kawka trochę pomogła…

    A już niedługo przyjeżdżają goście i już się cieszymy na te odwiedziny!

    I może dzięki tym gościom, zupełnie inaczej wracało się tutaj z powrotem… 

     

  • Grillowanie

    W zasadzie nic się nie dzieje i wszystko po staremu. Szambo działa, żona niedobra, w pracy jak zwykle.

    Jedyne godne odnotowania wydarzenie to odpalenie naszego pierwszego grilla. Nie obyło się bez problemów, zakupiony węgiel drzewny okazał się brykietem niemożliwym do odpalenia samym kartonem. Na szczęście szybka wizyta w sklepie zaowocowała gorącym grillem, pysznymi burgerami i świetną kukurydzą na deser.

    Cały przyszły tydzień minie w oczekiwaniu na wylot do Polski, ale nie będzie bezczynny. We wtorek mam nadzieję naprawić zawiasy swojego laptopa, w środę odwiedza nas potencjalny przyszły pracownik Polak, w czwartek spotykamy się na śniadaniu deweloperskim. A do tego jak zwykle codziennie mam zamiar odwiedzać basen.

    11157940_925021314216004_1537366932_n11117486_925021234216012_1224571013_n11139680_925021204216015_1142454142_n

  • Awaria szambiarka

    Oczywiście, że jestem “tyranem”, jak to mnie ostatnio mój małżonek kochany zaczął przezywać… bo jak nie nagadam to mąż wpisu nie zrobi, sklerotyk :) więc tym razem bez przypominania zrobię go ja. A co!  

    No to po kolei:

    W lany poniedziałek oczywiście tradycji musiało stać się zadość i oblewanie poranne zakończyło się wspólnym sprzątaniem mokrych podłóg :) Po świętach spotkałam się z Olą, która była również tydzień temu razem z Renią ( a o czym żadne z nas nie wspomniało).  Poplotkowałyśmy, popiłyśmy i się rozstałyśmy.

    W tym tygodniu dotarła do nas również nowa telefonizacja, więc oboje zdążyliśmy spędzić po wieczorze na instalowaniu wszelakich mniej lub bardziej pożytecznych aplikacji, dodatkowo Kamil pozamawiał jakieś ochronne pierdółki, cobyśmy za szybko nie doprowadzili nowego dobytku do opłakanego stanu, a przy okazji robienia zakupów, zaopatrzyliśmy się też w grila, więc na majówkę pogoda musi być! 

    A propo pogody, to wiosna pełną gębą, ciepluśko bardzo, że nawet piątkowe drinki przenieśli z centrum Richmond do baru nad rzeczkę i siedzieli tam bez kurtek i to nie z racji wysokiego stężenia alkoholu we krwi, tylko właśnie z racji z sprzyjającej aury pogodowej.  Poza tym, to nie wiem, czy nie ograniczyć Kamilowi tego piątkowego bilardu, bo się okazuje być to bardzo niebezpieczny dla zdrowia sport, który zaskakuje taką np. Elen, że dnia następnego musi już chodzić z ręką w gipsie…

    W tym tygodniu przytrafiła się nam niemała awaria, która trwała dobre ponad 24h pozbawiając nas możliwości korzystania z łazienki. Na nic zdały się wydane funciaki na przepychaczkę i butle żrącej sody, na nic zdała się moja samotna walka z odetkaniem rur… gówniany problem okazał się nie być po naszej stronie… a po stronie mało inteligentnej babki, mieszkającej prawdopodobnież blok dalej, która spłukiwała pampersy w wc, co zaowocowało zatkaniem się kanalizacji i cofaniem się nieprzyjemności w naszą stronę…no ale są też i plusy, bo prysznic po tej całej akcji to wydezynfekowałam, że hej :P 

    I już tylko niecałe dwa tygodnie dzielą nas do wizyty w Liskach :D

     

     

  • Wielkanoc

    Święta, święta i po świętach. Jak zwykle czas wolny minął zbyt szybko, a bo w piątek to sprzątanie i gotowanie, w sobotę wyprawa do kościoła poświęcić jajka, w niedzielę kolejny raz do kościoła i już został tylko poniedziałek. A od wtorku dalej do pracy.

    Jedzenie wyszło nam bardzo dobre, sałatka warzywna jak domowa, śledzik pod pierzynką idealny i nawet żurek się udał, Gosia przez całą niedzielę chodziła w sukience – mogłyby te święta częściej być, bo widoki były ładne…

    baby

    A wieczorem oprócz filmu spędziliśmy trochę czasu na Skypie śmiejąc się i patrząc jak w domu grają w “karteczki”.

    I jeszcze zaopatrzyliśmy się w nowe telefony – uznałem że czas na zmianę wysłużonego i odrobinę przestarzałego HTC, a przy okazji kupiłem też coś nowego Gosi – czekamy tylko na przesyłki.

    Zapomniałem też pochwalić się w zeszłym tygodniu. Zautomatyzowałem co nieco prace przy odzyskiwaniu danych ze starego dysku i zamiast do wakacji zabrało mi to jeden weekend. Nie odzyskałem wszystkiego, nie znalazłem na przykład archiwa z pracami ze studiów. Ale przynajmniej odzyskane zostałe dokumenty weselne, faktury z czasów pracy w Ronwe, zdjęcia z pobytu Beżyka, ogólnie to był dobry pomysł.