• Nic się nie dzieje – na, na, na, na…

    I o czym tu pisać jak nic się nie dzieje. Dni sobie mijają spokojnie, z rozprostowywaniem Gosi i jej rekordami biegów, moją pracą, pływaniem i też rekordami.

    Ot weekend tylko odrobinę ciekawszy, bo znowu w kinie byliśmy, Gosia po raz pierwszy raz odważyła się świętować dzień bez stanika (:D), pogadaliśmy z rodzicami. Ale oprócz tego też nic – ot lenimy się.

    W robocie ludzie odchodzą, Gavina nie ma od czwartu (wraca do Australii przez RPA i USA), Simona nie będzie w ciągu 3 tygodni. Ale może chociaż do nowego biura się przeprowadzimy.

    W przyszłym tygodniu spróbujemy zarejestrować się do lekarza, w zasadzie niepotrzebne ale na wszelki wypadek dobrze by było mieć gdzie pójść.

    I jeszcze ponoć kolejne zaproszenie na sierpniowe wesele przyszło (od strony Kamila), na które na pewno się nie wybierzemy ale które to podniosło weselne szaleństwo do liczby 9… jak nie było to nie było a jak się chajtać, to hurtem… co za czasy :) 

  • Wybory? Jakie wybory?

    Podobno na prezydenta. Ale było nam za daleko, zresztą wybór był pomiędzy jednym i drugim złym, więc nie było nawet najmniejszej motywacji, żeby się ruszyć. Więc na ruszyliśmy się nigdzie i weekend przeleżelismy w łóżku leniąc się i pracując na przemian.

    Tydzień natomiast przeżyliśmy prostując Gosię (i wydając na to sporą kasę, więc lepiej, żeby się wyprostowała), pracując, pływając i biegając i oglądając wieczorem wspólnie filmy i seriale. I jeszcze dużo spacerując :)

    Ten weekend trochę przyjemniejszy od innych bo dłuższy. Z jakiejś okazji poniedziałek to kolejny bank holiday, więc jeszcze jutro się polenimy. Dzisiaj tylko kolejny zastrzyk w tyłek, winko, później może co innego (tu cenzuruje wypowiedź męża)   ;)) i jakiś film na dobranoc. Lubię takie spokojne weekendy.

    Ja jeszcze dodam, że prostuję się 3x w tygodniu tak, że słyszę strzelanie kości… a dwa pozostałe dni chodzę do Karoliny pilnować dzieciaczków i mam nadzieje, że moje pilnowanie utrzyma się aż do wakacji, dzięki czemu będziemy ratować nasz budżet. Dodatkowo nadszedł czas wszelakich pisklaków :) 

    ptasioptasiory

    Aaaaa…i jeszcze jedno. We wtorek (19.05) grzmiało i błyskało tak, że nawet Kamila wygonili z zewnętrznego basenu i biedak się żalił, że przez to nie pobił życiowego rekordu i w ogóle i w szczególe, mało focha nie strzelił i opuścił basen  hehe :)

     

  • Jedna nóżka bardziej

    I znowu w ciągu tygodnia praktycznie bez wydarzeń wartych wspomnienia. Ot, organizacja żagli idzie jakoś do przodu, pierwsze zaliczki wpływają, no i Mark zaproponował, żebym w czerwcu pojechał na konferencję Magento. Może pojechał to za duże słowo, bo ledwo do centrum Londynu

    A w weekend znowu działo się więcej, chociaż też niedużo. W sobotę po południu zaprowadziłem Gosię do masażystki, żeby dowiedzieć się, czy mogą coś jej pomóc w wyrównaniu nóżek. Okazuje się, że tak – więc prawdopodobnie straci kolejny argument przeciwko zakładaniu czegoś obcisłego. Aż się zastanawiam co wymyśli później.

    W niedzielę kolejne kino, parę biletów kupionych na Grouponie w cenach normalnych zaowocowało obejrzeniem Avengersów. Jeszcze 2 filmy do czerwca trzeba będzie obejrzeć, ale nie mam pojęcia co. Zobaczymy…

    A ja dodam, że w piątek pilnowałam Oskara i Harrego i miałam gówniane popołudnie…bo gdy tylko Karolina wyszła do firmy na piątkowe spotkanie w pubie, Harry narobił po pas..i byłam rzucona na głęboką wodę w związku z akcją przewijania. I tak sobie dumam, że jak będę miała takie akcje częściej to myślenie o dzieciach na pewno przeniesie się na dalsze lata. I w ogóle tego dnia zrobiłam ok 7km piechotą, bo nawet wracałam od nich nad rzeczką spacerkiem do domu, a i w poniedziałek tak mi się jakoś dobrze biegało, że prawie 7km trzasłam.

    I dodam jeszcze, że z racji tutejszego pobytu ominęła nas kolejna uroczystość rodzinna, gdyż w sobotę (16.05) Damian miał Komunię.

  • Kinomany

    Niby tyle rzeczy w weekend zrobionych, a jednak wydaje się jakbyśmy lenili się całe 2 dni… bo tak, w sobotę po raz pierwszy wybraliśmy się do kina – Szybcy i Wściekli 7. Zauważyliśmy dwie sprawy: każdy przychodził z żarciem w szeleszczących torbach, a komórki były w użyciu przez cały seans. Jakiś facet nawet sprawdzał BBC News podczas trwania filmu…

    W niedzielę natomiast pogadaliśmy z rodzicami, zeżarliśmy co było do jedzenia po gościach (znaczy kolejne burgery!), Gosia uruchomiła kosiarkę do włosów, bo już na mnie nie mogła patrzeć, a później wkłuła się w mój biały tyłek. Biały, bo się okazało, że te 40 minut pływania codziennie na zewnętrznym baseniem sprawia, że strasznie szybko się opalam. Na lato to ja chyba mudżyn będę jak w tym tempie to pójdzie. Ale tylko od pleców strony…

    A tydzień minął szybko, bo i krótszy był. Nawet się nic wartego wspomnienia nie zdarzyło – ot tylko praca, po pracy basen i wieczór z żoną. I prawdopodobnie powtórzymy ten schemat w tygodniu kolejnym.

    Jeszcze tylko warte wspomnienia, żeby na łamach dziennika zapisać efekty rozmowy z rodzicami (żeby data była kiedy po raz pierwszy ktoś o tym głośno powiedział). A może by tak zaproponować znajomym paru sprzęgnięcie się na jakiejś spokojnej wsi, coby z niej zrobić wesołą? I nawet i relacje biznesowe zadzierżgnąć z paroma informatykami i na własny rachunek zacząć żyć? Ot, taka pierdółka do pomyślenia na przyszłość.