• Gdyby kózka nie skakała…

    Kolejny tydzień bez mamy, pojechała do Ostrowi wspierać ciocię w opiece nad babcią – trochę jej się zdrowie pogorszyło – ciągłe problemy z ciśnieniem. Trafiła nawet na sor, a w tym tygodniu na cały tydzień do szpitala, ale w dalszym ciągu nie wiedzą skąd te problemy. W piątek przewieźli ją do jakiegoś ośrodka opieki w Komorowie, ale na razie narzeka mocno. Na tyle, że wczoraj mama kolejny raz pojechała do Ostrowi, żeby upewniać się, że babci nie jest tak źle jak mówi.

    Nie były to jedyne odwiedziny rodzinki na sorze niestety bo w czwartek Miłosz podczas montażu wyłazu strychowego sobie przyciął i zmiażdżył małego palca tak, że w dalszym ciągu nie wiadomo czy nie skończy się to jakąś amputacją…

    Nie były to ostatnie odwiedziny w szpitalu, bo w zeszły piątek Gosia z Marysią pojechały do Ełku na planowaną wizytę na rehabilitacji. Planowaną o tyle o ile, bo naczekały się na izbie przyjęć ponad 2 godziny… Kiedy w końcu doszło do wizyty, pani ordynator uznała, że ruchowo malutka nadrobiła ładnie, ale za to z mową jest w tyle. Więc kolejna wizyta się szykuje, tym razem u laryngologa. Doktorka zdążyła jeszcze tylko wkurzyć Gosię sugerując, że należałoby już zakończyć karmienie piersią.

    Niestety nie były to ostatnie odwiedziny u lekarza dla Marysi, bo kilka dni później kolejny raz zaczęło jej ropieć oczko. Możliwe, że z przyczyny alergicznej, więc na razie na lekach antyhistaminowych się poprawia.

    Nie były to ostatnie odwiedziny u lekarza ogólnie, bo ja we wtorek zabrałem Karmela do weterynarza na kontrolę. Wyszliśmy z zaleceniem dietowym dla prosiaka, bo skontrolowania wagi za miesiąc.

    Po tych wszystkich lekarzach i szpitalach nie ma nawet o czym innym wspominać…

  • Weekend w Malinowym dworze

    Druga część weekendu majowego minęła na dalszej zwykłej pracy, ale tym razem odwiedziło nas kilku gości. W poniedziałek wpadli do nas Mariusz z Martą, a korzystając z pięknej pogody tata odpalił boisko i cały dzień grał w tenisa. Najpierw z Martą, później z Adamem Lewickim. I się nagrał tak, że następnego dnia tylko narzekał na krzyż.

    We wtorek nareszcie odwiedzili nas Przemki – w końcu skończyły im się wymówki. Niestety tylko na jeden dzień, bo już w środę pojechali z powrotem do Warszawki.

    Nie zjawili się natomiast Miłosze, bo po kolei łapali grypę żołądkową, a my mając w planach pierwszy weekendowy wyjazd z Marysią postaraliśmy się niczego nie łapać. No i się udało.

    W sobotę bylismy trochę zaskoczeni, że żadna strona wizyty nie odwołała i po szybkim pakowaniu ruszyliśmy w trasę do Bielska Podlaskiego. Marysia podróże przeżyła z delikatnymi trudnościami, ale i tak dzieciak złoty. Tak samo zresztą jak dziewczyny Malin – wyrosły i bardzo ładnie się z Marysią bawiły. A my z Maliną obaliliśmy półtora litra cytrynówki na dwóch i przesiedzieliśmy wieczór przerzucając się różnymi kawałkami muzycznymi do posłuchania i obgadując życie. Bardzo miły wypad, zobaczymy znowu, czy uda się spotkać szybciej i częściej niż raz do roku…

    Przy okazji siedzienia obejrzeliśmy skrót koronacji – bo od wczoraj Karol jest już oficjalnym królem Wielkiej Brytanii. Z trzy i półgodzinnej ceremonii obejrzeliśmy pewnie z 15 minut :D.

    Od Gosi: Krol Karol kupil krolowej Camili korale koloru brytyjskiego.

    W tym tygodniu umówiliśmy się też na robienie tynków wewnętrznych w domu. Gość którego namierzyła Ola, robiący tynki w technologii gipsowo-wapiennej – co ciekawe nie wymagającej później etapu gładzi. Umówiliśmy się na czerwiec, teraz muszę lecieć z przygotowaniami wszystkimi, żeby ściany były gotowe…

  • Drzwi do spiżarni

    Z jakiegoś powodu Gosia mi nie przypominała o dzienniku, więc całe trzy tygodnie nie był uzupełniany. Oby tylko jej to w krew nie weszło.

    Po Wielkanocy rodzinka ostrowska złapała covida. Najpierw rozłożyło wujka, później ciocię i niestety babcia też się załapała. Żeby wspomóc trochę wysiłki 13 kwetnia mama zapakowała się do samochodu i pojechała. W zasadzie na cały tydzień. Szybko nam dni uciekały, ja całymi dniami i wieczorami w pracy, tata wracał dopiero po południu, a Gosia musiała zajmować się całym domem i gotować dla czwórki i przyjąć stolarza (zapowiedzianego), który to 21 kwietnia wziął i zamontował tytułowe drzwi do spiżarni i szafkę.

    Chociaż mimo braku pomocy babci, udało jej się skorzystać z mojego terminu na dentystę, a dziadek (z moją bardzo niewielką pomocą) dał radę zabawić małą przez cały wieczór.

    W weekend przedmajówkowy, oprócz ostatnich przygotowań posadzkowych zrelaksowaliśmy się chwilę na proszonym grillu urodzinowym u Pauliny. Pogoda dopisała idealna i bardzo przyjemnie się posiedziało. Niestety nie bardzo długo, bo jeszcze wieczorem Gosia wyciągnęła mnie do Ełku na ostatnie przygotowania mieszkaniowe przed pierwszymi gośćmi.

    A goście niestety na razie niezbyt dopisują. Mimo braku zmian cen (chociaż inflacja szaleje), to do tej pory trafiliśmy jeden krótki majówkowy pobyt. Mamy tylko nadzieję, że na wakacje jednak się trochę rozkręci…

    Zaraz po grillu, w poniedziałek 24 kwietnia przyjechali chłopaki i zasypali cały dom betonem. I już można chodzić tak bardzo przyjemnie i równo. Teraz przygotowania pod tynki.

    Sami z majówki niezbyt skorzystaliśmy – praca jak zwykle. Dobrze chociaż, że udało się wyrwać i po półrocznej przerwie spotkać z Martyną i Karolem. Na obiad, drinkowanie i gadanie. Może uda się teraz cześciej spotykać, ciepło to dzieciaki nie będą aż tak chorowały.

  • Roślinki

    Widać, że wiosna się zaczęła, bo zaczynamy nowe roślinki kupować. W weeken przed Wielkanocą w Ełku zrobili Festiwal Roślin. Wybraliśmy się na dwa samochody, bo oczekiwaliśmy mniejszej wersji targów ogrodniczych z Ostródy. Niestety dostaliśmy tylko trochę większy sklep z roślinkami doniczkowymi. Mocno zawiedzeni, ale żeby nie stracić podróży zajechaliśmy przynajmniej do szkółki leśnej i tam zaopatrzyliśmy się w nowe rośliny odgradzające nas od widoku sąsiadów. A skoro już i tak wszyscy byliśmy w Ełku, to zajechaliśmy do Miłoszów na kawkę.

    Wszyscy zdrowi, niestety Marysia jako jedyna nabawiła się dłuższej choroby. Po kolejnej nocy gorączki zabraliśmy małą do doktora i wyszła zapalenie ucha. Na szczęście antybiotyk pomógł szybko i już na Wielkanoc humor znowu dopisywał.

    A sama Wielkanoc jak to święta – minęła zbyt szybko. Jednego dnia do Oracz do rodzinki Gosiowej, drugiego dnia goście zjawili się u nas. Myk myk, weekend minął i zaraz znowu do pracy.

    Na szczęście chyba nareszcie przyszła już całkowicie wiosna. Można było otworzyć dom i dokończyć styropian. Teraz czekamy na posadzki.