No i obejrzelismy mieszkanie w Clapham. Nie umywalo sie nijak ani do Richmondowego, ani do Teddingtonowego. Dlatego w poniedzialek zdecydowalismy sie zlozyc oferte na to w Richmond. Bo umeblowane i blizej. W ciagu godziny zaakceptowali i ruszyla machina referencyjna. Troche my przedluzalismy (zeby sie sytuacja wyklarowala), a teraz to jak na szpilkach czekamy czy wszystko jest w porzadku bo udalo sie poprzesuwac terminy i juz drugiego czerwca bedziemy sie stad wyprowadzac. Abysmy tylko mieli dokad. I za co.
Pozniejszym popoludniem spotkalismy sie z Robertem, poszlismy na obiad do Nandos, a pozniej na piwko do niego – ot szybkie ploteczki.
Wtorek zaczal sie od spotkania trzeciego stopnia z samochodem. Technicznie to ja na niego wpadlem, ale praktycznie to on byl na moim pasie kiedy nie powinien. Wstyd tylko, bo to Smart byl… Chociaz jakis fajnejszy samochod do wypadkowania by sie trafil… Nie mam pojecia jak, ale wszedlem z uderzenia bez najmniejszego zadrapania. Pare tylko stluczen na nodze, stopie i reku, ktore do dzisiaj juz calkowicie odeszly. I rower tez sie uchowal, wiec przez ostatnie dni tutaj mam zamiar dalej pedalowac.
Od srody w Londynie byl Milosz, ale ze szkolenia i takie tam, to spal w hotelu. Natomiast w piatek znalazl sie juz u nas razmem z Ola, ktora doleciala pozniej. Sobota spedzona wiec na standardowej trasie turystycznej i pietnastu przechodzonych kilometrach. A zakonczyla sie planszowkami – Carcassonne i odkurzonym po raz pierwszy od lat Eldritch Horror. I nawet sie udalo wygrac! A propos wygrywania, to z zony musze byc bardzo dumny, bo w Carcassonne to tak loila nam wszystkim dupy, ze nawet blisko jej nie bylismy… W niedziele wczesnym popoludniem goscie sie zebrali do domow na dwa rozne lotniska, a my pozostala czesc spedzilismy przy tv rozkoszujac sie paroma minutami spokoju.
Category: Uncategorized
-
Miejmy nadzieje, ze jest ostatnie
-
Mialo byc ostatnie
To mialo byc nasze ostatnie mieszkanie… a tutaj niestety, we wtorek nas wspollokatorzy zastrzelili wiadomoscia, ze oni to by sie chcieli przeprowadzic do wujkowego mieszkania gdzies pod Londynem… No i od wtorku caly tydzien spedzony na blyskawicznym organizowaniu ogladan i przeszukiwaniu internetu. Nawet z sukcesami, bo wczoraj obejrzelismy dwa nad ktorymi teraz debatujemy. Jedno takie smieszne w Richmond (Kew), a drugie ogromne w Teddington. Bedziemy placili wiecej niz teraz, ale bardzo podobnie do naszego pierwszego studia w Petersham. To chyba zasluga delikatnego zalamania rynku mieszkaniowego w Londynie – chociaz nie w kazdej dzielnicy, bo Wandsworth podrozalo strasznie i mimo checi, nie damy rady znalezc chyba tu niczego. Oby tylko jeszcze wszystko poszlo dobrze z rozwiazaniem obecnej umowy…
A wracajac do niemieszkaniowych wiadomosci to najwazniejsza tez wydarzyla sie we wtorek. Bo wlasnie wtedy urodzila sie mala Roza – u Martyny i Karola. I teraz Gosia juz mocno czuje presje.
Niestety, gdzie sie cos rodzi to i cos umiera – w czwartek mama nas zawiadomila o smierci ksiedza Edmunda. Bardzo szybko w ostatnich dniach mu sie pogorszylo – zdiagnozowali u niego zaawansowanego raka. No i niestety…
No i wracajac do przyjemniejszych rzeczy, w poniedzialek chociaz Bank Holiday to razem z Gosia pracowalismy. U szefow. Przy grillu. Calkiem przyjemnie nawet i cos Gosia zarobila – a przyda sie, oj przyda…
A dzisiaj idziemy na jeszcze jedno ogladanie mieszkania, a pozniej do Gosiowego brata Roberta. Zjechal do Londynu do pracy, ale na jakims strasznym zadupiu mieszka i chyba godzine trzeba tam jechac. No, ale wez i nie pojedz to glupio. Pojdziemy na jakas kolacje, jakies piwko i ploteczki. -
Edynburskie opowiesci z potworami
Za godzinke sie zebralismy. Dojazd na dworzec zabral przewidywana godzinke, niestety juz na miejscu okazalo sie, ze wszystko poopozniane z powodow jakichs problemow z liniami energetycznymi. 40 minut w plecy. Sama podroz bezproblemowa, szybki i wygodny pociag, gry planszowe i jakos te ponad cztery godziny zlecialy. W Edynburgu przywital nas ziab. I ziab razem z deszczem trwal przez cale nastepne dni. Nie przeszkodzilo nam to zdobyc wulkanu, przemierzyc Edynburg z duchami, obejrzec wszystkie zabytki – niestety przyplacilem to katarem… W piatek rano odebralismy samochod i ruszylismy szukac potwora. Z przystankami w St Andrews i Dundee (widoczki i jedzenie w tej kolejnosci). Na wieczor dotarlismy do Inverness, a godzine pozniej Loch Ness gdzie noc spedzilismy w bardzo klimatycznym hostelu z widokiem na jezioro. Potwora nie bylo, ale tez bylo zajebiscie. Kolejna runda planszowek o ktorych w zasadzie chyba nie trzeba wspominac bo bylym w ciaglym uzyciu kazdego wieczora.
W sobote za kierownice posadzilismy Kube i pojechalismy objezdzac inne atrakcje widokowe, miedzy innymi sliczny mostek znany z filmow o Harry Potterze (co prawda uznalismy, ze nasze mazurskie mosty w Stanczykach w niczym nie sa gorsze) oraz najwyzszy szczyt Wielkiej Brytanii – ale darowalismy sobie wchodzenie na niego. Kolejne kilka godzin jazdy i wieczorem bylismy w hotelu pod Edynburgiem skad skoro switem Warszawska ferajna zostala odwieziona na samolot, a my razem z Gosia oddalismy samochod i poszlismy na pociag. Cieszac sie z pieknej pogody chociaz na te ostatnie kilka minut pobytu.
Tym razem bez opoznien odjechalismy, ale zlapalismy pol godziny po drodze – ktos korzystajac z pieknej pogody probowal rzucic sie pod pociag. Ale nie trafil. Bywa.
Teraz tylko zostalo zlozenie filmu z wizyty i przesortowanie miliona zdjec zrobionych przez Gosie, ale nikt nie mowil ze bedzie latwo.

-
Pechowy Kuba
Wpis sponsoruje wtorek, bo cale dnie i wieczory spedzamy z goscmi zwiedzajac Londyn i grajac w planszowki. Teraz goscie sie zmyli sami poogladac wiec korzystajac z okazji nadrobimy zaleglosci.
We wtorek korzystajac z zakupionych kilka tygodni wczesniej tanich biletow poszlismy do kina w Richmond na Ready Player One. Ani kino, ani film jakos bardzo mnie nie zachwycily. Ekran taki, ze chyba w domu moznabylo by lepszy zrobic, a film sie nawet do ksiazki nie umywa.
Reszta tygodnia pracujaca i to rowniez dla Gosi. Sie troche balismy, ze tyle wolnego spowoduje, ze bedzie miala jakies godziny do odrobienia w maju, ale nawet udalo sie jej wypracowac zysk. Super, bo z powodu raty za mieszkanie wypsztykalismy sie z kasy calkowicie i teraz musimy jakos przezyc miesiac… Ale 70% mieszkania juz nasze!
W piatek zjaiwl sie Kuba z Patrycja. Deja vu – dziewczyna sie rozlozyla i w sobote zwiedzialismy Londyn sami. Wimbledon i muzeum tenisowe. Bardzo ciekawe zreszta. Wrocilismy na spokojnie i zaczelismy grac w planszowki, ale kiedy kolo polnocy Patrycja az plakala z bolu, niezwlekajac pojechalismy do szpitala. Wyjazd niezapomniany. Na szczescie nic powaznego, dostala zastrzyk, powiedzieli ze to jakis wirus ja meczy i chyba rzeczywiscie byl wirus, bo juz w niedziele czula sie na tyle dobrze, zeby wyjsc z nami na miasto. A mogla zostac w domu, bo przemarzlismy strasznie… Koncowka kwietnia, a na dworze osiem stopni i wietrzysko. Przeszlismy tylko London Eye, Buckingham, a pozniej wsiedlismy w autobus i pojechalismy do cieplego Harrodsa. I to byl blad. Gosia natychmiast znalazla pelno sukienek, ciekawe czy nie bedzie chciala tam wrocic. Bardzo jakos sie bronic chyba tez nie bede, bo chetnie obejrzalbym te wnetrza jeszcze raz, naprawde swietnie to wyglada. Te sukienki mnie troche przerazaja, bo zadna nie miala metki z cena… No i ludzi strasznie duzo.
Wieczorem Kuba z Patrycja poszli do Sky garden (ot ogrodek na trzydziestym ktoryms pietrze), a my zeby nie byc gorszymi poszlismy do Sharda na drinka. Kolejny blad. 2 giny z tonikiem kosztowaly nas ponad 30 funtow. 30 pietro, 30 funtow – no logiczne przeciez.
A dzisiaj, ja zdalnie popracowalem polowe dnia, goscie wlasnie wracaja ze spaceru po Londynie (bo pogoda w koncu lepsza), my juz prawie spakowani. Pewnie za jakas godzinke bedziemy sie zbierac do wyjazdu. A co dalej, to juz w przyszlotygodniowym wpisie.