To chyba oficjalna klasyfikacja pajaka ktorego Gosia napotkala w czwartkowe przedpoludnie. Powrzeszczala, zrobila zdjecie, poplakala sie, ale zabila. Rozbryzgala go na cale drzwi. Nie wiem tylko, czy mi nie zejdzie na zawal jak jeszcze kilka takich zobaczy. Zejdzie :( zdjecia nie wstawie, dla dobra ludzkosci… brrr
Lato sie nam chyba oficjalnie skonczylo i pogoda zrobila sie typowo Londynska. Ot codziennie cos popada, troche sloneczka i chlodniej. Calkiem przyjemnie jest jednak po tej fali upalow, ktorych nawet najstarsi Brytyjczycy nie pamietaja.
Gosia od piatku kolejne wakacje, bo szefy sobie gdzies pojechali. Na szczescie przez 4 dni zdazyla napracowac ponad trzydziesci godzin, wiec sierpien moze nie byc tak zly jak sie obawialismy.
Po ubieglym glosnym weekendzie ten spedzlismy po cichu – przed tv, komputerami, z niezdrowym jedzeniem (m.in.: domowym puszystym cheescakem)i alkoholem. Staczamy sie jednym slowem. 
Category: Uncategorized
-
Wielki skurwysyn 🕷
-
Juz prawie nasze!
Mieszkanie jest juz nasze w 90%. Zostala ostatnia rata. Jeszcze jakos chyba do nas to nie dotarlo, ale koniecznie musimy zaczac szukac jakichs inspiracji jesli chodzi o wykonczenie…
W srode zgodnie z planem zjawil sie wlasciciel oceniac wszystkie przecieki. Na dach i okna ponaklejal jakies tasmy, a przeciek okololazienkowy zgodnie z przewidywaniami okazal sie byc spowodowany nie deszczem a uszczelka. Dobrze, ze mamy druga lazienke, bo naprawa do czasu otrzymania odpowiedniej czesci zostala przeprowadzona bardzo prowizorycznie z zaleceniem ograniczenia wykorzystania.
Szefowie sie wakacjowali caly tydzien – dla mnie (i calego biura) oznaczalo to troche wiecej luzu, ale niestety Gosia bez pracy i zarobku. I dalsza czesc sierpnia ze slabymi perspektywami, bo idzie na trzy dni do pracy a pozniej kolejne dziesiec bez. Jakos to bedzie :) A ja przynajmniej gotowac nie bede musial.
W sobote w ciagu dnia wybralismy do Richmond nad rzeke na Riverside Festival i posiedzielismy na wyschnietej trawce sluchajac fajnego bluesa i popijajac drinki. Bardzo przyjemnie.
Wieczorem zjawili sie goscie, Robert z Paulina. Duzo picia, pozniej gry w eksplodujace kotki – niestety na tyle glosnej, ze sie sasiedzi poskarzyli. Bywa.
Dzisiaj troche zdychalismy, wiec dzien spedzilismy na sofach przed tv. Nie zebysmy jakos bardzo narzekali na taka forme spedzania czasu.
-
Zarabiamy
Ladny nam przez przypadek lipiec wyszedl pod wzgledem zarobkowym. W firmie dostalismy pierwszy profit sharing – moja czesc wyniosla prawie trzy tysiace funtow. Nie spodziewalem sie az takiej kwoty! Szkoda tylko, ze prawie polowe zezarly podatki… a juz myslalem, ze sobie kupie jakis fajniejszy rower.
Gosia tez pobila rekordy. Po pierwsze w ilosci godzin spedzonych jednego dnia – w srode firma zorganizowala impreze dla klientow, jakies prezentacji i inne duperele. Karolina oczywiscie jako szefowa zostawala do konca, wiec Gosia, pierwszy raz od rana az do polnocy przesiedziala z dziecmi jakies 14 godzin i zaliczyla nocny powrot do domu rowerem. No i sie te godziny przelozyly na rekordowa wyplate prawie dwoch tysiecy funtow. Takze jakos idzie :)
Po dwoch miesiacach calkowitej suszy, upalow i roztapiania sie – w koncu w weekend cos popadalo. No i niestety wyszlo tez pare przeciekow w mieszkaniu. Na scianie jakies zacieki, aczkolwiek tu akurat nie wydaja mi sie zwiazanie z deszczem, a i okno dachowe nam przepuscilo pare kropelek. Wlasciciel juz zawiadomiony, zjawi sie w tygodniu zeby na to spojrzec.
A oprocz tego, w weekend mielismy kolejne spotkanie planszowkowe w skladzie jednak niestandardowym. Jason zapomnial, ze w tym samym terminie ma urodziny brata, wiec zaprosilismy na jego i Chantelle miejsce Stasia z zona. Gralo sie calkiem przyjemnie, ale jednak troszke dziwnie – bo z nami nie pili. Jak sie okazuje, dziwne jest to, kiedy w towarzystwie wszystkich pijacych znajduje sie taki “absynentowy” ktos. A to zazwyczaj ja bylem… Z tego powodu troszke zalowalismy, ze Daniel (ktory byl pierwsza osoba o ktorej pomyslelismy) nie mogl przyjsc.
-
Sroda osiemnastego
Niby to piatek trzynastego taki pechowy mialby byc, a nas dopadl pech w moje wlasne imieniny. Zaczelo sie niewinnie, ot normalny dzien w pracy. A wieczorem… Gosia przy lazanii spedzila dwie godziny – najpierw zabraklo jej galki muszkatolowej po ktora odwiedzila dwa sklepy. Kiedy wreszcie z niej zrezygnowala to sie okazalo, ze nie mamy naczynia. Wiec poleciala do trzeciego sklepu.
A ja? Ja pojechalem wieczorem na siatke. Ale wrocilem juz pociagiem… jacys pieprzeni zlodzieje ukradli mi rower spod hali sportowej. Prosto pod kamerami CCTV. Ale jakos mi sie nie wydaje, zebym go jeszcze kiedykolwiek zobaczyl… No nic, nie warto ciagnac wspomnien.
W weekend wybralismy sie na zakupy, tym razem przede wszystkim dla Gosi. I nawet wrocilismy ze spodniczka. I okularami dla mnie.