Jak z bicza trzasło i już jesteśmy rok po ślubie. W zasadzie nie wiadomo kiedy, bo wydaje się, że to dopiero co było. A tu już w ramach świętowania zrobiliśmy sobie wypad na pizzę i do kina, odebraliśmy życzenia od paru znajomych i rodzinki i od jutro się zacznie kolejny rok współżycia małżeńskiego.
Poza tym tydzień minął nad wyraz spokojnie, choć pracowicie. Z powodu problemów z internetem w biurze, prawie cały tydzień przesiedziałem pracując zdalnie z mieszkania. Gosia natomiast codziennie wybywała opiekując się całą trójką dzieciaków (do Oskara i Harry’ego dołączyła tymczasowo koleżanka Julia) i wracała zmordowana wieczorem. Także moje zostawanie w domu było jej bardzo na rękę, bo po pracy zamiast na basen to dobry mąż żonie obiadki (a w zasadzie kolacje) gotował każdego dnia.
W piątek wróciliśmy do biura. Mamy już kuchnię, meble na tarasie i 2 dodatkowe pracowniczki. Normalnie stosunek kobiet do mężczyzn w firmie informatycznej nam się wyrównuje co jest dość niepokojącym zjawiskiem…
W przyszłym tygodniu zapierdziel na całego, Rich wyjeżdża na urlop więc wszystkie taski prawdopodobnie spadną na moją głowę. Gosia pracuje tylko do wtorku, bo od środy Mark z Karoliną wyjeżdżają na tygodniowy urlop. Teraz ja będę mógł wracać na obiadki.
A że chlebek swój własny na zakwasie od teściowej upiekłam to nic?? Aj aj, otóż od dziś jem własny chlebek :) Mniami :) A Kamil głupi, bo woli kupne bułki… i niby ja dziwna bywam?


