Tydzien krotszy, bo czterodniowy co nie przeszkodzilo Gosi wyrobic pelnego etatu godzinowego w nianczeniu dzieci.
W czwartek wybralismy sie na blyskawiczne, przedwylotowe zakupy i do domu wrocilismy z nowymi butami. Zakup jak sie pozniej okazalo idealny, aczkolwiek buty dobre do chodzenia, ale niestety przemakalne.
W piatek z samego rana wybralismy sie na lotnisko i niestety jak zwykle przy lotach z przesiadkai zalapalismy opoznienie… w Oslo bylismy spozniemi 30 minut, co w normalnych okolicznosciach oznaczaloby bieg do drugiego samolotu. W Norwegii niestety kiedy ma sie bagaz nadawany trzeba go samemu odebrac, a pozniej nadac ponownie, wiec oznaczalo to, ze bylismy spoznieni. Szczegolnie kiedy nasz bagaz zagubil sie na kolejne pol godziny…
Jedyne szczescie w tej podrozy to fakt, ze udalo nam sie zdobyc miejsca na od razu nastepny samolot i do tego dostalismy vouchery na obiad.
A juz od soboty intensywne zwiedzanie. Gory, lasy, widoki, pierwsza zlapana ryba, widoki, wodospady, gory, widoki, dziesiatki kilometrow i jeszcze wiecej widokow. No sie nacieszyc nie mozemy…






