Standardem juz stalo sie to, ze ja opisuje, ale pamieta to Gosia. Ja zapominam co sie dzialo 2 dni wczesniej, wiec chyba codziennie musialbym ten dziennik pisac… A, az tak to mi sie nie chce. Na szczescie Gosia pamieta, wiec lecimy z tym koksem.
Poniedzialek zakonczyl sie popijawa Skypowa. Martyna mial wolne wiec na caly wieczor zasiadly przed komputerami, kazda z butelka wina i sie nabzdryngolily. Gosi standardowo sie agresor na meza wlaczyl – sie mam ja z ta zona…
Wtorek znowu Gosi, bo pierwszy raz poszla na joge. Jakas relaksacyjna podobno i chyba dalej bedzie chodzic. Zestresowana byla niesamowicie, tez juz standardowo.
Czwartek to juz ja. Ostatni dzien w pracy Alexa – okazalo sie ze odchodzi, bo jego zona jest w ciazy. A ze maja jakies plany zrzucenia calej opieki nad dzieckiem na opiekunke, to potrzebuje wiecej pieniedzy. Dlatego odchodzi z firmy, zeby szybko zarobic na kontraktach. Ze wzgledu na jego ostatni dzien z chlopakami zostalismy dluzej pogadac, pograc w Magica i zjesc pizze. Przyjemny wieczor i rozstalismy sie jako przyjaciele ;).
I wracamy znowu do Gosi i jej urodzinowego weekendu. Zaczal sie od popsucia sukienki, ale pozniej bylo tylko lepiej – no bo gorzej chyba nie moglo byc. Wczesnym popoludniem pojechalismy do centrum na musical Krol Lew. Niesamowite wrazenia, kostiumy, piosenki na zywo, aktorzy. Genialne przedstawienie, ja pod nosem spiewalem Hakune Matate, a Gosia na przemian sie chichrala, albo plakala. Potem obiadokolacja we wloskiej knajpie za rogiem i powrot do mieszkania na pare kielonkow bimberku przed wyjsciem na impreze. Standardowo Grand, standardowo duzo tanca i powrot po pijaku. Jak nigdy Gosia prawie trzezwa chociaz wiec tym razem obylo sie bez awantury.
A niedziela do dogorywanie po imprezie. Sniadanko na wyjsciu, zaraz potem siatka, kolacja dowozona. Lenie z nas straszliwe.
To ja tylko dodam, ze w tym roku znow w piatek dostalam ciacho od szefunciow, ktore posluzylo w sobote za tort :) a maz naprawil u jubilera (po 2 latach od zgubienia oczka) moj pierscionek zareczynowy :) kurde… to juz 7 lat minelo, kiedy powiedzialam Tak!