Category: Uncategorized

  • Siatka

    Gosia powiedziala, ze w tygodniu nic sie nie dzialo ciekawego oprocz tego, ze bylismy dwa razy w kinie. Raz na Life, thrillerze sci-fi ktory sprawil, ze Gosia sie obrzydzila i na Power Rangersach na ktorych czekala bardziej niz ja. I oba filmy calkiem, calkiem.

    No i dodatkowo standardowo siatka w niedziele i tym razem chyba bedzie wiecej siatki. Cisel spytala, czy nie chcialbym zagrac z druzyna ktorej brakuje graczy w sobote w jakims turnieju, a do tego od kwietnia startuje jakas liga siatkowkowa i tez sie zapisalem. Takze bedzie wiecej gry.

    I jeszcze tylko wspomne o aktywnosci rowerowej, a raczej jej braku. Ja co prawda ambitne plany mam, zeby znowu zaczac jezdzic do pracy, ale Gosi rower sprzedajemy. Na szczescie tylko po to, zeby kupic troche bardziej odpowiedni do dystansow, zeby kolejnej dluzszej wycieczki nie musiala naginac na rowerku miejskim. No zobaczymy co to bedzie.

  • Bestia

    Dzisiaj krociutki wpis, bo jakos do niego usiasc nie moglem i w niedziele i nawet dzisiaj. Wszystko przez filmy…

    W ciagu tygodnia w zasadzie zupelnie nic ciekawego, jedynie w czwartek razem z Mattem i Michaelem pojechalismy na mini konferencje do centrum Londynu (no i zeby najesc sie darmowej pizzy).

    W piatek bylem jakos strasznie zmeczony po pracy co jednak nie przeszkodzilo chlopakom i Jackie (mamie Matta) na sile wyciagnac nas na wyjscie do pubu. Calkiem ok, bo muzyka na zywo.

    W sobote Gosia dogorywala, a po poludniu na kolacje zrobilismy sobie burgery z wczesniejszej partii miecha. I jako ze to juz ostatki to dzisiaj zakupilismy kolejna partie. Dobre miecho…

    W niedziele standardowo na siatke, ale po siatce mniej standardowo wybralismy sie na kolacje i film. Jeszcze mniej standardowo Gosia nie zalozyla stanika wiec mialem na co popatrzec w chwilach kiedy nie zaslaniala sie swetrem. Sam film jakby o naszym zyciu. Ja piekny, no i bestia :P

     

  • Lo matko, bilety…

    W ciagu tygodnia chyba nic ciekawego, w czwartek tylko poszlismy do przychodni zalatwic dostep online do rejestracji. Oprocz tego standardowo, praca, jakies kino, jakies cwiczenia. Normalka.

    Odrobinke wiecej dzialo sie w weekend, w sobote w ramach dalszego ukulturawiania sie odwiedzilismy National Gallery. Pelno pieknych obrazow i fajnie tak na zywo zobaczyc obrazy Van Gogha, Moneta, Maneta i calej reszty zgrai.

    Niedziela natomiast zostala spedzona pod znakiem wydawania ogromnej ilosci pieniedzy. Jako, ze nie doczekalem sie zadnej odpowiedzi od Filipa w sprawie kawalerskiego Milosza uznalem, ze nie ma co czekac i kupilem bilety tylko na wesela. Po czym kupilem bilety na powrot. Po czym kupilem bilety znowu do Polski i znowu na powrot. Te pozostale to ze wzgledu na Gosie, ktora zabiera Damiana na 2 tygodnie tutaj i odwozi go z powrotem i pozniej wraca. Dobrze chociaz, ze mnie nie ciagnie w to odwozenie…

    Jutro juz tylko bede musial poprosic o urlopy i je dostac.

  • Hakuna matata!

    Standardem juz stalo sie to, ze ja opisuje, ale pamieta to Gosia. Ja zapominam co sie dzialo 2 dni wczesniej, wiec chyba codziennie musialbym ten dziennik pisac… A, az tak to mi sie nie chce. Na szczescie Gosia pamieta, wiec lecimy z tym koksem.

    Poniedzialek zakonczyl sie popijawa Skypowa. Martyna mial wolne wiec na caly wieczor zasiadly przed komputerami, kazda z butelka wina i sie nabzdryngolily. Gosi standardowo sie agresor na meza wlaczyl – sie mam ja z ta zona…

    Wtorek znowu Gosi, bo pierwszy raz poszla na joge. Jakas relaksacyjna podobno i chyba dalej bedzie chodzic. Zestresowana byla niesamowicie, tez juz standardowo.

    Czwartek to juz ja. Ostatni dzien w pracy Alexa – okazalo sie ze odchodzi, bo jego zona jest w ciazy. A ze maja jakies plany zrzucenia calej opieki nad dzieckiem na opiekunke, to potrzebuje wiecej pieniedzy. Dlatego odchodzi z firmy, zeby szybko zarobic na kontraktach. Ze wzgledu na jego ostatni dzien z chlopakami zostalismy dluzej pogadac, pograc w Magica i zjesc pizze. Przyjemny wieczor i rozstalismy sie jako przyjaciele ;).

    I wracamy znowu do Gosi i jej urodzinowego weekendu. Zaczal sie od popsucia sukienki, ale pozniej bylo tylko lepiej – no bo gorzej chyba nie moglo byc. Wczesnym popoludniem pojechalismy do centrum na musical Krol Lew. Niesamowite wrazenia, kostiumy, piosenki na zywo, aktorzy. Genialne przedstawienie, ja pod nosem spiewalem Hakune Matate, a Gosia na przemian sie chichrala, albo plakala. Potem obiadokolacja we wloskiej knajpie za rogiem i powrot do mieszkania na pare kielonkow bimberku przed wyjsciem na impreze. Standardowo Grand, standardowo duzo tanca i powrot po pijaku. Jak nigdy Gosia prawie trzezwa chociaz wiec tym razem obylo sie bez awantury.

    A niedziela do dogorywanie po imprezie. Sniadanko na wyjsciu, zaraz potem siatka, kolacja dowozona. Lenie z nas straszliwe.

    To ja tylko dodam, ze w tym roku znow w piatek dostalam ciacho od szefunciow, ktore posluzylo w sobote za tort :) a maz naprawil u jubilera (po 2 latach od zgubienia oczka) moj pierscionek zareczynowy :) kurde… to juz 7 lat minelo, kiedy powiedzialam Tak!