Cwiartki znaczy – przynajmniej dla Gosi. Od poniedzialku zaczela bowiem biegac po 10 kilometrow. Dumny jestem. A do tego sie chyba wkrecila w joge, bo zaczela kupowac o niej ksiazki. A oprocz tych dorwala jakas nowa ksiegarnie z promocjami i kupila wiecej ksiazek, tym razem nie o jodze, ale po angielsku dla siebie do czytania. Jeszcze bardziej dumny jestem.
A maraton to w ten weekend w Londynie, Matt z Katie i Vicky wybrali sie kibicowac ich wspolokatorke, to jest wyczyn… Ciekawe, czy Gosia tez w przyszlym roku sie wybierze ;) Tiaaa, chyba popatrzec jak inni sie mecza :P
Tydzien mielismy krotszy, bo poniedzialek swiateczny wolny – ale Gosia i tak wyrobila wiecej godzin niz w normalny tydzien pracy. Na szczescie nie zrobila tego wszystkiego w 4 dni, bo pare godzin przesiedzielismy wieczorem w niedziele u Hallerow, kiedy oni wybrali sie na wesele. Ale i tak od rana do wieczora pracowala.
Tym razem ja sie troche pochorowalem, niestety, ale lepsza i cieplejsza pogoda oznacza mocniejsza klimatycje. A ta dmucha prosto na mnie zimnym powietrzem. Wystarczyly 2 dni i sa efekty… Katar mnie meczy, mam nadzieje tylko ze szybko przestanie. Mam ambitne plany na jutro, zeby zakryc te wyloty klimy ktore wieja na mnie.
A dzisiaj kolejny z serii brytyjskich obiadkow. Rich tym razem zaserwowal nam kurczakowe i swinskie ciasto. Znaczy ciasto francuskie wypelnione nadzieniami – z kurczaka z pieczarkami i papryka i z miesa wolowego z cebula. Zaserwowane z ziemniakami i groszkiem. Ciekawe i smaczne danie, szczesliwie wczesniej gralem w siatke wiec nawet kalorie sie zgadzaly ;)
Grzecznie chodzimy tez juz 3 tydzien do kosciola, ciekawe ile wytrzymamy. Trzeba przyznac, ze najbardziej przyjemne sa powroty do domu ktore robimy sobie spacerkiem nad rzeka, wiec moze wytrzymamy troche dluzej.


