Category: Uncategorized

  • Walka ze skleroza

    Pamietalem i o zastrzyku i o wpisie. O zastrzyku przypomniala mi komorka, ale o wpisie sam z siebie. Dumny jestem.

    Tydzien krotszy bo od srody, wiec na szczescie mniej pisania.

    W kwestii mieszkaniowej posuwamy sie powolutku do przodu, mamy liste mieszkan od przyszlego tygodnia powinnismy zaczac dzwonic i pytac, czy bedzie cos dostepne od sierpnia.

    Gosia bije kolejne rekordy w bieganiu, po pierwsze dlugosciowo przekroczyla juz 11 kilometrow i kolejny raz poprawila swoj wynik na 10 kilometrow. Cos czuje ze w tym biegu z przeszkodami we wrzesniu to zostane daleko w tyle.

    W sobote w koncu udalo sie spotkac z wlascicielka roweru i udalo sie tez go kupic. Gosia na pewno wstawi pozniej zdjecia. Bardzo ladny i na tyle dobrze jej sie na nim jechalo ze zaczela ponownie rozwazac dojazdy do pracy. A juz na pewno wybierzmy sie do Guildford, szczegolnie jesli prognoza zostanie taka sama.

    A w niedziele kolejna kolacja, zaserwowana przez Richa i Vicky. Temat wloski, bruschetta, canneloni z sosem bolonskim i banoffi pie (znaczy toffi i troche banana). Pozniej standardowo spacerem na rzeka.

    Notka na przyszlosc: Perypetie mazurskie (nazwa dziennika na przyszlosc :) ).

     

  • Wydarzeniowo

    I znowu pomyslu nie mialem jak zaczac wpis… ale tym razem z powodu zbyt duzej ilosci zdarzen. Wiec format troche zmienimy na dzisiaj.

    Rowerowo

    W poniedzialek udalo mi sie sprzedac stary rower Gosi. Poszedl za ladna sumke £80. Od razu rozpoczalem tez poszukiwania nowego roweru. Zakonczone polowicznym sukcesem, jest kandydat, ale na razie nie udalo sie go zobaczyc. Wstepnie jestesmy pownownie umowieni na przyszla sobote

    Biegowo

    W niedziele jakos sie Gosia zgadala z Katie i okazalo sie, ze razem z Mattem biora udzial w polmaratonie w Royal Parks. A ze Gosia juz od bardzo dawna o tym myslala, tylko zawsze narzekala, ze towarzystwa jej brakuje to natychmiast sie zapisala. Musi teraz tylko zebrac kasy do listopada na fundacje pod ktorej znakiem bedzie biegac.

    A oprocz maratonow, to skoro juz przy biegach jestesmy – razem zapisalismy sie na Rough Runner, dziesiecio kilometrowy bieg z przeszkodami. Ciekawe tylko, czy ktos z nami pobiegnie…

    Kolacyjnie

    Juz standardowo w niedziele. Matt z Katie sie poczuli i zaserwowali nam “azjatycka” kolacje. Wolowina z warzywami, nastepnie nalesniki warzywne i curry z lososia. I ciasto czekoladowe z lodami – niezbyt azjatyckie.

    Pracowo

    U mnie po staremu, u Gosi zazwyczaj cos sie zmienia. Ma teraz zazwyczaj poniedzialki wolne, bo cos tam, ale i tak na szczescie wyrabia godziny. Czasem wiecej niz ja przez tydzien. W srode byly urodziny Karoliny i siedziala do poznej nocy.

    Sportowo

    Sporo nam tych sportow sie przewija. Biegi, Rowery. A do tego cwiczenia, siatkowka, joga, spacery i tym podobne. Efekty sa, Gosia stracila 10 centymetrow w pasie co jest naprawde wspanialym efektem. Seksowna i tak byla, ale robi sie jeszcze bardziej. A oprocz aktywnosci bardziej meczacych zalatwiamy tez spacery. W niedziele standardowo po mszy z Putney do domu, a pozniej po kolacji dolozone kolejne 8 kilometrow naokolo parku Battersea.

    Pamieciowo

    Z tym to troche gorzej. Bo mamy wtorek… W niedziele przez kolacje i spacer zupelnie mi ze lba wylecialo, a pozniej juz nawet o tym nie pomyslalem. No nic.

    Mieszkaniowo

    No i wlasnie we wtorek nam sie troche plany popsuly. Rich wszedl w kolejna faze zwiazku z Vicky i postanowili razem zamieszkac. To niestety oznacza, ze wyprowadzi sie z mieszkania ten, co o porzadek troche dbal, a zostaniemy z balaganiarzem Mattem. I teraz tylko trzeba podjac decyzje – szukamy czegos nowego, czy szukamy kogos nowego. Najpierw tylko pewnie trzeba bedzie pogadac z Mattem… A nam tak bardzo pasowala lokalizacja tutaj z powodow finansowych, dzialka, dom. Proba wynajecia znowu nowego mieszkania sporo nam popsuje planow. Jakos to bedzie, jesli tylko Gosia troche optymizmu nabierze, bo na razie to marnie to widze.

  • Karmimy angoli

    Znowu tytul odnosi sie do koncowki tygodnia, ale ja standardowo zaczne od poczatku – jakos mi tak latwiej pociagnac pozniej.

    Tak jak pisalem, niedziela zakonczyla sie planszowkami i w ten sam sposob zakonczyl sie poniedzialek. Oprocz tego zorganizowalismy tez siatke razem z Filipem i Grzesiem. A po siatce poszli sie kapac w jeziorze. Wariaci zupelni.

    Wtorek juz my na wariata, bo przed wylotem trzeba bylo odstawic Warszawiakow na powrotnego busa, pozniej odwiedzic nowozencow u nich w mieszkaniu i na koniec dojechac do Olsztyna. Dobrze, ze nam lot przelozyli z 17 na 20 to byl czas zalatwic wszystko. Moze oprocz znalezienia cydru lubelskiego – najlepszego jaki dotychczas probowalem, te angielskie tutaj sie nawet nie umywaja.

    W srode kolejna siatka w ramach ligi i niestety kolejny przegrany mecz. Slabiutko nam idzie, ale pograc mimo wszystko fajnie. A kiedy ja gralem to Gosia w wirze pracy najpierw pracowala pilnujac dzieci, a pozniej piorac, prasujac i doprowadzajac mieszkanie do porzadku. Dobra mam zone.

    Czwartek juz standardowa praca obojga, z tymze troche dluzsza dla Gosi. Z okazji piatej rocznicy Mark z Karolina zabrali Richa i Daniela na uroczysta kolacje. A w miedzyczasie Matt zdazyl nam mocno dopiec chlebek stojacy w piekarniku od rana. Ale jakos go zjemy.

    Piatek kolejna siatka, 3 w tygodniu. Niezle sobie daje czadu i trzeba przyznac, ze dzisiaj to czuje w miesniach.

    Weekend dzisiejszy minal nam pod znakiem lenistwa w sobote i w koncu tytulowego karmienia angoli. Jako, ze ostatnie w razy Rich fundowal na kolacje niedzielna to poczulismy sie w obowiazku odwdzieczyc sie tym samym. Zaprezentowailsmy zupe-krem z dymi, rolade z indyka i panna cotte. Sukces murowany!

    Dlugie te wpisy straszliwie… ale Gosia mnie obdziela zoltymi karteczkami z calym tygodniem wyliczonym, wiec jak pominac jakis dzien? Sie nie da, wszystko trzeba opisac…

  • Sezon na weselicha

    Chcialem zaczac od nawiazania do tytulu, ale nijak nie moglem sie zdecydowac jak dalej watek pociagnac – dlatego zaczne jednak grzecznie od wtorku w ktorym Gosia zaczela drugi sezon jogi. Wkrecila sie mocno, bo jak juz wspominalem sama tez juz kupuje ksiazki i ma zamiar cwiczyc (jesli tylko czas bedzie). A i ja sie bardzo z tego powodu ciesze, bo juz od dobrych paru lat ja namawialem ze wgledu na wady postawy ktore joga jednak jakos moze poprawi.

    W czwartek zebralismy sie na samolot i dotarlismy do Polski bez najmniejszych problemow. Polecielismy na Mazury, wiec i droga powrotna przyjemna i sie nie dluzyla zbyt mocno. Piatek mialem pracujacy, zeby zbyt duzo dni wolnych nie wykorzystac, a zaraz po pracy polecielismy wszyscy na siatkowke. Razem z Gosia, ktora tez dawala rade, choc okupila to pozniejszymi spuchnietymi przedramionami i kolejnym pieknym siniakiem na kolanie. Dobrze chociaz, ze sukienka weselna byla dluga…

    A propos wesela, w koncu nawiazanie do tytulu. Bo wlasnie w sobote od slubu i zabawy u brata Gosi- Roberta z Paulina rozpoczelismy tegoroczny sezon weselny. Sobota minela na przygotowaniach, ubieraniach sie i gonitwie. Gosia ze sliczna fryzura wygladala chyba najlepiej ze wszystkich gosci (i to wliczajac panne mloda ;)). Bawilismy sie mimo zmeczenia do samego konca, bo jako kierowcy rodzicow mlodego musielismy pomoc w sprzataniu po weselu i pakowaniu wszystkiego dobra.

    W niedziele natomiast po przespaniu sie wsiedlismy w samochod i pojechalismy do Ostrowi. Dziadek Franek wyladowal na poczatku tygodnia w szpitalu z powodu zapasci i wprowadzony w spiaczke farmakologiczna spi dalej. Mama juz od czwartku byla przy nim, pomagajac cioci i zajmujac sie babcia. Na szczescie srodek dlugiego weekendu spowodowal, ze droga w obie strony byla bardzo znosna.

    A po powrocie zaraz zbieramy sie posiedziec z Filipem, Grzesiem i Alicja, ktorzy przyjechali polenic sie u nas w sobote. Pogramy w bilarda, planszowki i pewnie sie czegos napijemy.