Niedospanie straszne dzisiaj, ale jakos wpis trzeba dokonczyc (a w zasadzie najpierw zaczac).
W ciagu tygodnia, albo sie nic nie dzialo, albo z niedospania o niczym nie pamietamy.
Weekend nie byl tak dawno, wiec tutaj wspomnienia sa. W piatek cala podroz bez najmniejszych nawet klopotow. Wszystko o czasie, tylko rodzice sie chwile spoznili na lotnisko. Ale pogoda byla po prostu idealna, wiec nie mielismy im tego za zle. Po przyjezdzie do mieszkania natychmiast poszlismy zwiedzac. Nikt nie wie, ze my juz to wszystko ogladalismy ;). Ale i nam sie bardzo podobalo, bo wczesniejsza wizyta byla w zimie. A w piatek, nawet po wyjsciu po kolacji o dziesiatej, dalej bylo tak cieplo, ze krotkie spodenki i koszulka spokojnie wystarczaly.
W sobote rano dalej zwiedzalismy, a potem szybkie przeygotowanie i po poludniem ogladalismy jak Bezu z Magda sie zenia. Wesele bylo malutkie, 56 osob. W tym 6 Szewczykow. Czyli ponad 10% wesela! Zabawa przednia, towarzystwo swietne, mlodzi przygotowali niespodzianki w postaci dwoch mini Escape Roomow. Muzyka troche mniej, bo dj sobie sporo disco-polo upodobal (i nie mial ukochanego przez occia Organka) – ale to jakos przezylismy. Do bialego rana sie nie bawilismy, ale prawie.
W niedziele rano pozegnalismy rodzicow ktorzy odwozili Ole z Miloszem do Warszawy, a sami szykowalismy sie do samotnego spedzenia calego dnia w Szczecinie. Z planow niewiele wyszlo, bo w trakcie zostalismy zmuszeni do odwiedzenia rodzicow Magdy na mini-poprawinach. Bardzo sie jako nie bronilismy, cala rodzina fajna jest i mamy nadzieje, ze oni uwazaja nas za rownie fajnych.
Bezyk odwiozl nas do Stargardu Szczecinskiego kolo pietnastej. Posiedzielismy chwile w parku, pozniej pociagiem do Szczecina, obiad i bus na lotnisko. Niestety, droga powrotna juz nie byla usiana rozami. Samolot opozniony o godzine, co spowodowalo, ze w domu znalezlismy sie dopiero po 3 nad ranem. I wlasnie z tego powodu dzisiaj mocno zmeczeni i mimo dosc wczesnej godziny chyba dosc szybko zbierzemy sie do spania.
Przy okazji, zbliza sie szybko termin kolejnej raty za mieszkanie. Na szczescie wyglada na to, ze damy rade i wystarczy jesli przez miesiac zacisniemy troche pasa. Szkoda tylko, ze akurat zbliza sie wyjazd do Edynburga. I wyzyta Milosza z Ola…
Category: Uncategorized
-
Bezyki sie zenia
-
Malorobocia ciag dalszy
Szefy na wakacjach. W biurze cicho i spokojnie (tylko kamery troche wkurzaja), obiadki w domu zrobione. Tu sie niestety objawia minus tego, ze Gosia jest teraz oficjalnie zatrudiona. Owszem, dostanie kasiorke nawet jak nie bedzie pracowala, ale jesli nie wypracuje minimum, to w kolejnym miesiacu bedzie musiala to odpracowac za darmo. A to niestety oznacza, ze w ciagu 8 dni ktore zostaja do konca kwietnia, musialaby przepracowac ponad 50 godzin. No sie nie uda.
Nic tam, wiadomo bylo, ze drugi kwartal bedzie slabiutki. Aby tylko do konca miesiaca uzbierac na rate…
W weekend kolejny wieczor planszowkowy, u Jasona w Kingston. Poznalismy jego dziewczyne – Chantelle. Baardzo mila Australijka. Popilismy, pojedlismy, pogralismy (Carcassone i Ticket to Ride – obie wygrane przez Michaela, albo Michaela w duecie z Ellen). A na koniec wsiedlismy w Ubera i tym razem tylko z Michaelem i Ellen wyladowalismy w Grandzie na tance. Godzinka zleciala szybko. Dzisiaj juz tylko dogorywanie, Gosie po czerwonym winie meczyla kacucha, a mnie meczylo straszne lenistwo.
-
Intensywne po-swieta
Gosia i rodzice bardzo intensywne spedzili caly pozostaly tydzien. Ja niestety w pracy (ale za to rowerkiem).
A oni… we wtorek przelazili cale Kew Gardens, wlazac na kazda palme i nawet zwiedzajac jakies jadalnie krolewskie ktorych nie widzielismy z Gosia. Lazili tyle, ze do domu wrocili dopiero po 18 i z racji zmeczenia posililismy sie wietnamczykiem.
W srode Victoria & Albert Museum. Kolejne godziny lazenia, ale chyba juz troche w kosc im to dawalo, bo wrocili wczesniej. Wieczorem Gosia z mama pojechaly na Krola Lwa, a my z tata mielismy ambitne plany gdzies wyjsc. Ale nie wyszlo i nie wyszlismy. Przegadalismy tylko caly wieczor o przyszlym domu. Jak to kanalizacje i prad i wode i ogrzewanie i wiele innych fajnych rzeczy zrobic. I nawet wymyslilismy. A co z realizacja wyjdzie to zobaczymy w przyszlosci. A kobietom sie podobalo, tylko mama sie przekonala ze Angole to jednak brudasy straszne. Wszelkiego rodzaju zarcie na podlodze w teatrze…
W czwartek pogoda zrobila sie sprzyjajaca i wyszla im wyprawa do Greenwich. Przejazdzka busem rzecznym, muzeum marynistyczne i zwiedzanie drugiej polkuli w poszukiwaniu cywilizacji.
W piatek dostalem ten urlop, pogoda juz sprzyjala troche mniej, ale przynajmniej nie padalo. No i zrealizowalismy plany poniedzialkowe – wzielismy sobie lodke i poplywalismy po Londynskich kanalach. W tempie spacerowym (bo szybciej sie nie dalo), cichutko (bo silnik elektryczny) i baaardzo przyjemnie. Fajnie tak poplywac po kanalach…
W czasie wieczorowych posiadowek poczatkowo gralismy w Dooble (tylko glosno) i List milosny (troche nudno sie robi po dluzszym czasie). W czasie drugiego wieczoru jednak zaczelismy brydza. I sie okazalo, ze jednak ten jezyk to bedziemy musieli opanowac. 150 stron ksiazki… ciezkie nas czasy czekaja. A i przy jakiejs okazji tata nam narysowal plan domu. A ja przerysowalem na tablecie i zostal zaakceptowany przed Gosie. No bo jednak jak sie samemu nie zrobi, to nie bedzie tak jak by sie chcialo. Teraz tylko musze sie odezwac do Grzesia, czy nam go narysuje tak porzadnie. I zaproponuje ladna elewacje…
No i blyskawicznie nadejszla sobota, rankiem wsadzilismy ich do autokaru – a pozniej sami poszlismy spac. Wieczorem tylko poszlismy do kosciola, bo uznalismy, ze w niedziele to juz na pewno nie bedzie nam sie nic chcialo. I tak wlasnie bylo. Pizza, ciasta (resztki) i sofa przed tv. Idealne zakonczenie pracowitego tygodnia.
-
Wesolego jajka
Ostatnie nasze swieta na obczyznie, ale chociaz spedzone w towarzystwie rodziny.
Zona siedzi dalej w salonie i gada, wiec nie moge sie spytac co sie dzialo w ciagu tygodnia… A ja pamietam tylko ostatnie dni przygotowan, sprzatania, gotowania i ogolnie pojetej paniki zwiazanej z przyjazdem rodzicow.
W sobote zakonczylismy prace generalnym sprzataniem i swieceniem jaj, po czym wieczorem z Victorii odebralismy gosci. W niedziele zaczelo sie probowanie wszystkich wyrobow – i o dziwo wszystkie sa dobre. Serniki dobre, babki dobre, sledzie dobre, salatki dobre, wedliny dobre. Sie wyrobilismy.
Z racji obzarstwa probujemy walczyc spacerujac. W niedziele z kosciola spacerek, wieczorem kolejny spacerek do Battersea Parku. Dzisiaj pare godzin spacerku po National Gallery. Ja niestety od jutro bede juz musial pracowac, ale Gosia dalej ma zamiar ciagac rodzicow na piechote.
Niestety z powodow srodowiskowych nie wyszly nam dzisiejsze plany na lodki – ale prognoza rozjasnila sie na piatek, wiec jezeli dostane urlop to jeszcze sobie poplywamy.
Wieczory spedzamy przy drinkach, rozmowach i grach (na razie nie brydzu) i przy okazji projektowaniu domow.
