Po pelnym wydarzen poprzednim tygodniu w tym tygodniu dla odmiany nie dzialo sie prawie nic.
Szefowie na wakacjach, wiec Gosia czas spedzala w domu gotujac i sprzatajac, czasami tylko wychodzac na zakupy, a ja pracujac codziennie.
Na weekend zjawil sie Robert, wiec sobote spedzilismy pijac i w miedzyczasie ogladajac Mistrzostwa Swiata w pilce i Titanica. No i troche zdychajac z goraca, bo pogoda przez caly tydzien oscylowala w granicach 28 stopni, braku jakiegokolwiek deszczu i pelnym sloncu. Nastepny tydzien zapowiada sie tak samo upalnie…
W niedziele mimo goraca wybralismy sie na kolejny targ w Kew. Kupilismy jakis ocet balsamiczny, bochenek chleba i tutejsze piwo (ktore bardzo nie smakowalo). Bardzo fajne sa te wydarzenia :)
Category: Dzienniki Londynskie
-
Prawie normalnosc
-
Kredyty kredyty i wlasiciele
No i zesmy dostali kredyt. Posprawdzali moje finanse niemal wzdloz i wszerz, wiec sie tylko dziwimy, jak to mozliwe ze ludzie biora te kredyty na potege, jak tak wielkim problemem jest uzyskac nawet jeden i to przy sporych dochodach. No ale udalo sie! I teraz mamy 2 do splaty… ale przynajmniej ze splata mieszkania juz spokojniej, bo na kolejna rate jest, a na koncowke, to juz uzbieramy. A propos mieszkania, to odwiedzilismy budowe (niestety tylko z zewnatrz), by stwierdzic, że nasza inwestycja zmierza w dobrym kierunku i mamy cichutka nadzieje, że wszytko bedzie na czas. Dodatkowo jeden z wieczorow spedzilismy rysujac lazienki, zeby je ladnie dopasowac. Chyba sie nawet udalo, wiec tylko wykonczyc i miec nadzieje, ze ktos wynajmie :)

A z drugiej strony juz oficjalnie jestesmy wlascicielami Lisek… (I chyba jeszcze nie zdajemy sobie sprawy z powagi sytuacji :)) W piatek w Ostrowi pod czujnym okiem znajomego notariusza podpisalismy darowizne (za ktora zaplacilismy krocie…). I sie ociec teraz o dezycje w zarzadzaniu dopytuje. A oprocz notariusza to sie spotkalismy z Ostrowska i wloska rodzinka, a nawet zdazylismy nazbierac wisni na dzem.
Tydzien dosc ciezki, bo tylko tydzien. I czlowiek chce pobyc z rodzina i pozalatwiac wszystkie sprawy. Z tesciem sie napilem (i to ze dwa razy), a z rodzicami w bule sie pogralo, tylko nad jezioro jakos nie wyszlo… Wstyd. I jeszcze u dentysty bylismy. Ja 20 minut (z czego 15 to bylo czyszczenie), Gosia dluzej i dodatkowo jeszcze w sobote.
W sobote po dentyscie zapakowalismy sie do samochodu, pozniej samolotu i na wieczor bylismy w domu. Wrocilismy do pogody jeszcze goretszej niz byla w Polsce, wiec korzystajac z wolnej niedzieli zapakowalismy sie na rowery i pojechalismy do Richmond parku sie poopalac. Wrocilismy z zaczerwieniona skora i dwoma kleszczami (oby tylko).
A teraz juz tylko siedziemy i nadrabiamy MasterChefa i BakeOffa, podzerajac jakies smakolyki przy okazji…
Dosc chaotycznie, ale jakos nie potrafie trzymac opisywania dzien po dniu – no bo jednak pare rzeczy wazniejszych od innych, a do opisywania wydarzen jakis tam porzadek czasowy przyadloby sie zachowac. Zostawie chyba zonie do ewentualnych poprawek.I zona poprawia… jak kazdy inny wpis, bo inaczej za kilka lat, nic bysmy nie rozumieli z tych Twoich pospiesznie skleconych mysli :P
-
A mowia ze sport to zdrowie
Gosia po pierwszym tygodniu biegania ledwo sie ruszala. Piszczel i biodro. Chyba obiazenie plecakowe to robi, bo dystanse przeciez mniejsze od jej normalnych i tylko ten plecak jest roznica. Musimy sprobowac kupic jakis mniejszy moze.
Z tego powodu nawet dwa razy zrobilismy sobie dluzsze spacery, ja wychodzac Gosi naprzeciw, a pozniej spacerkiem wracajac do domu.
Oddali nam tez depozyt z mieszkania, w pelnej wysokosci. Tym razem to Gosia byla optymistka i naderwana sciana z lustrem jakos przeszla niezauwazona. Jeszcze tylko 2 rachunki i nic wiecej nie bedzie nas laczylo z Mattem i Katie oprocz paru wspomnien.
Oprocz tego reszta tygodnia minela na odliczaniu dni do urlopu i w sobote po calym dniu podrozy znalezlismy sie w juz prawie naszych Liskach. Od razu tez zaczelismy imprezowanie bo ledwo zdazylismy sie przebrac i juz jechalismy na imieninowe ognisko do Gaszczakow. A w niedziele nadrabianie znajomosci i rodzinek. Ania z Hania i Piotrkiem, wieczorem picie z tesciami, a dzisiaj juz biznesowo – Elk i zakupy i pierwsze przymiarki do kredytu. -
Kilometrowka
Pierwszy tydzien w nowym mieszkaniu. Juz nie zyjemy na kartonach, wiele rzeczy zostalo rozpakowany i poprzekladanych z miejsca w miejsce tak, ze wzgledny porzadek juz panuje. Teraz zostalo to najgorsze dorozpakowanie. Jakos mam takie dziwne przeczucie, ze nie zostanie dokonczone w ciagu tego ostatniego pol roku…
Tydzien ogolnie minal spokojnie. Gosia kazdego dnia robila godzine spaceru do pracy, a pozniej 6 kilometrowy bieg do domu. Nie wiem czy sie nie przemecza za bardzo, ale juz za tydzien jedziemy do Poski – to tam sobie odpocznie.
W srode pierwszy raz pojechalem w druga strone na siatke. Ciezko, bo nie dosc ze dluga trasa rowerowa, to 2 godziny siatkowi i powrot. Ale jakos wyszlo. Szkoda tylko, ze w te sama srode okazalo sie, ze skradziono dane mojej karty, zauwazylem jakies podejrzane transakcje na koncie. Karte zablokowalem blyskawicznie, bank odda kase, wiec na szczescie oprocz zamieszania z wymiana kart we wszystkich miejscach wiekszych strat juz nie ma.
W sobote kolejny wieczor planszowkow. Mialo byc u nas, ale w sobote dalej bylismy jeszcze bez stolu, wiec Michael z Ellen zaoferowali sie z organizacja. Brak wiekszych sukcesow Szewczykow niestety, za mala wiedza, za malo szczescia w rzutach koscmi, a w Carcassonne po prostu pare osob bylo lepszych.
Dzisiaj rano do kosciola, a pozniej “szybka” wyprawa do Ikei. I juz mamy stolik, mamy tez pare dodatkowych pudel, szafeczek i tak dalej. Na szczescie majatek nie poszedl.Dla upamietnienia – ostatni (chyba :)) londynski adres to: 2A Alexandra Road, Richmond, TW9 2BS
