Ladny nam przez przypadek lipiec wyszedl pod wzgledem zarobkowym. W firmie dostalismy pierwszy profit sharing – moja czesc wyniosla prawie trzy tysiace funtow. Nie spodziewalem sie az takiej kwoty! Szkoda tylko, ze prawie polowe zezarly podatki… a juz myslalem, ze sobie kupie jakis fajniejszy rower.
Gosia tez pobila rekordy. Po pierwsze w ilosci godzin spedzonych jednego dnia – w srode firma zorganizowala impreze dla klientow, jakies prezentacji i inne duperele. Karolina oczywiscie jako szefowa zostawala do konca, wiec Gosia, pierwszy raz od rana az do polnocy przesiedziala z dziecmi jakies 14 godzin i zaliczyla nocny powrot do domu rowerem. No i sie te godziny przelozyly na rekordowa wyplate prawie dwoch tysiecy funtow. Takze jakos idzie :)
Po dwoch miesiacach calkowitej suszy, upalow i roztapiania sie – w koncu w weekend cos popadalo. No i niestety wyszlo tez pare przeciekow w mieszkaniu. Na scianie jakies zacieki, aczkolwiek tu akurat nie wydaja mi sie zwiazanie z deszczem, a i okno dachowe nam przepuscilo pare kropelek. Wlasciciel juz zawiadomiony, zjawi sie w tygodniu zeby na to spojrzec.
A oprocz tego, w weekend mielismy kolejne spotkanie planszowkowe w skladzie jednak niestandardowym. Jason zapomnial, ze w tym samym terminie ma urodziny brata, wiec zaprosilismy na jego i Chantelle miejsce Stasia z zona. Gralo sie calkiem przyjemnie, ale jednak troszke dziwnie – bo z nami nie pili. Jak sie okazuje, dziwne jest to, kiedy w towarzystwie wszystkich pijacych znajduje sie taki “absynentowy” ktos. A to zazwyczaj ja bylem… Z tego powodu troszke zalowalismy, ze Daniel (ktory byl pierwsza osoba o ktorej pomyslelismy) nie mogl przyjsc.
Category: Dzienniki Londynskie
-
Zarabiamy
-
Sroda osiemnastego
Niby to piatek trzynastego taki pechowy mialby byc, a nas dopadl pech w moje wlasne imieniny. Zaczelo sie niewinnie, ot normalny dzien w pracy. A wieczorem… Gosia przy lazanii spedzila dwie godziny – najpierw zabraklo jej galki muszkatolowej po ktora odwiedzila dwa sklepy. Kiedy wreszcie z niej zrezygnowala to sie okazalo, ze nie mamy naczynia. Wiec poleciala do trzeciego sklepu.
A ja? Ja pojechalem wieczorem na siatke. Ale wrocilem juz pociagiem… jacys pieprzeni zlodzieje ukradli mi rower spod hali sportowej. Prosto pod kamerami CCTV. Ale jakos mi sie nie wydaje, zebym go jeszcze kiedykolwiek zobaczyl… No nic, nie warto ciagnac wspomnien.
W weekend wybralismy sie na zakupy, tym razem przede wszystkim dla Gosi. I nawet wrocilismy ze spodniczka. I okularami dla mnie. -
Topimy sie na wlasne zyczenie
Temperatury troche spadly, juz nie 30, a 25 stopni. Za malo to dla nas, dlatego w sobote wsiedlismy do Merca i pojechalismy nad morze. Caly dzien opalania i okazjonalnego moczenia sie morzu na jednej z najladniejszych piaskowych plaz w UK – Bournemouth. I po co? Zeby teraz cierpiec, bo skora czerwona i wymagajaca balsamowania cala niedziele. Ale moze sie to zmieni w opalenizne. No i przy okazji przetestowalismy cala idee jednodniowego wyjazdu, ktora okazala sie byc calkiem przyjemna.

Dzisiaj oprocz smarowania sie, pogadalismy tez z rodzicami i sie okazuje, ze jeszcze dziadkami nie zostana. Brat i bratowa staraja sie o wiele zbyt mocno – czego chyba nikt w zasadzie nie rozumie. Skad ten pospiech?
A sroda? Fast & furious! GoKarty firmowe okazaly sie wielkim sukcesem, podobaly sie chyba wszystkim, i dziewczynom i tym nie lubiacym za bardzo aktywnosci fizycznej. Poszlo mi srednio, uplasowalem sie w polowie stawki, kamera byla skierowana zbyt nisko wiec z filmu nici (chociaz tyle, ze Michael ma swietne ujecia), ale bawilem sie ogromnie. Jednak sciganie sie ma w sobie cos mocno pociagajacego.

-
Topimy sie powolutku
Ale nie z nadmiaru wody, a goraca. Kolejny juz tydzien temperatury rzadko spadaly ponizej 25 stopni (a czescie oscylowaly wokol 30). Wiatrak chodzi na okraglo, ale pomaga to niewiele. Nikt nie pamieta takiej okresu goraca w Anglii, a my mimo koniecznosci zacisniecia pasa chyba jednak pojedziemy w nastepna sobote nad morze, chociaz troche moc sie ochlodzic.
W ciagu samego tygodnia dzialo sie niewiele. Gosia do pracy pedalowala, ja spacerkiem. W piatek byl ostatni dzien w pracy Simona, zrobilismy pozegnalnego grilla, a potem poszlismy do pubu na kilka drinkow. Dlugo nie zostalem, bo musialem podjechac do starego mieszkania po przesylke ktora tam wyladowala. Stabilizator do GoPro z zeszlorocznego Kickstartera w koncu zdecydowal sie do nas dotrzec i od razu poszedl na sprzedaz.
Weekend mimo goraca wygonil nas do Kingston, bo zona uznala, ze juz za malo koszulek mi sie zrobilo. Koszulki zostaly zakupione, a do tego zaliczylem druga w zyciu wizyte u fryzjera – niestety podloga w nowym mieszkaniu nie nadaje sie do zbierania wlosow i Gosia postanowila oddac strzyzenie fachowcom. Pozostala czesc weekendu juz dosc leniwa, ot zlozylem zakupiony stolik przy ktorym mam nadzieje juz od sierpnia zaczac pracowac odrobine zdalnie, zalozylem nowe opony do roweru Gosi i troche pociagnalem edycje filmow (bo zbieraja sie ich ogromne ilosci…)