Category: Dzienniki Londynskie

  • “Swoje” pierwsze cztery kąty!

    Na swoim!!!! W środę (24.09) pieniądze pojawiły się na koncie agencji i jeszcze tego samego dnia odebraliśmy klucze i przy wydatnej pomocy Marka sprowadziliśmy wszystkie nasze rzeczy. Dla potomności, mieszkanie pod adresem 10 Petersham Close, TW10 7DZ, Richmond. Byłoby idealne, gdyby własciciele udostępnili nam sypialnię – niestety na tę chwilę jest zamknięta, z mikrofalówka i czajnikiem który miał zostać, a okazało się, że musimy kupić…

    Wszelkie inne sprawy zostały przytłumione przeprowadzką, ale Gosia bez problemów trafiła do konsulatu, gdzie mimo umówienia na konkretną godzinę przesiedziała w kolejce półtorej godziny, zapłaceniu horrendalnych 86 funtów i konieczności oczekiwania miesiąc – załatwiła wszystkie formalności związane z otrzymaniem paszportu z nowym nazwiskiem.

    Ja we wtorek załatwiłem wszystko związane z otrzymaniem NINu – postraszyli listami i wymaganiami (m.in. oryginał świadectwa urodzenia, dowód adresu itd.), a wystarczył im zwykły dowód.

    Od środy natomiast trwa intensywne wydawanie pięniędzy i zaopatrywanie się we wszelkiego rodzaju sprzętu i drobiazgi potrzebne w każdym domu. Zakupy spożywcze i większe rzeczy zamawiane przez internet, natomiast weekend minął nam na dwóch wyprawach do ikei (i mówię o wyprawach, bo to podróż 1.5 godziny w jedną stronę) i zakupieniu talerzy, sztućców i całej masy innych rzeczy, nie wspominając o dwóch stołkach do biura.

    Mamy też nadzieję, że w przszłym tygodniu zostanie do nas nadana paczka z pomocą dla emigrantów i dotrą nie tylko rzeczy które zostawiliśmy, ale też niektóre produkty do których przyzwyczailiśmy się w Polsce (sery! majonez! i krokodylki!)

    Jak na nasze pierwsze mieszkanko tutaj w Londynasie to i tak jest suuper :-) (pewnie do pierwszych rachunków hehe). Fajne takie i przytulne to nasze pierwsze małżeńskie mieszkanko :-) Mamy też ogródek, o którym Kamil zapomniał wspomnieć :-P chyba musimy rozejrzeć się za grilem na jakiś wyprzedażach :-) Najważniejsze, że w końcu na swoim!

    A o ten pokój za jakieś pół roku podpytamy, niech no tylko zobaczą, że fajne z nas lokatory :-)

    11121235_917060641678738_75306386_n 11128615_917060675012068_84981839_n11131831_917060705012065_214733155_n11106348_917060611678741_1226295963_n 11094056_917060728345396_1149312508_n

  • Jest mieszkanie, czy go nie ma?

    Jest mieszkanie! Znaczy jest to może za dużo powiedziane, bo żeby się wprowadzić musimy zapłacić depozyt i czynsz, a że nie mogliśmy tego zrobić musimy czekać do wtorku albo środy aż miedzynarodowy przelew przyjdzie i zostanie zaksięgowany w agencji.

    Mieszkanie to duże studio (czyli ichniejsza kawalerka) w spokojnej dzielnicy, 10 minut autobusem od pracy.

    Tydzień minął jak zwykle – ja w pracy, a Gosia się leni. Weekend natomiast spędzony i przenocowany u innego znajomego z pracy, Daniela. U Marka i Karoliny na weekend zjawiła się rodzina Marka, więc musieliśmy znaleźć sobie inne miejsce. I tak dobrze, że udało się u znajomego, w innym przypadku musielibyśmy płacić.

    W sobotę odwiedziliśmy Kingston, zeby zobaczyć o to chodzi z tymi Primarkami, okazało się, że nie spełniły oczekiwań Gosi i okazały się zwykłymi sklepami z ubraniami i w takim wypadku jak zwykle przelecieliśmy przez nie w ciągu 5 minut (nie, że nie spełniły oczekiwań, a to – że miałam zupełnie inne wyobrażenie tychże wychwalanych pod niebiosa przez koleżanki Primarki i stąd moje małe zdziwienie, że to taki najzwyklejszy sklepik, no może nie najzwyklejszy, bo ciut większy a nie jakaś wypasiona galeryja :P).

    W niedzielę wybraliśmy się na zwiedzanie przyszłego sąsiedztwa. Sklepów brak, ale i tak jest zajebiście. Dosłownie parę minut spaceru i jesteśmy w naprawdę dużych parkach niedaleko Ham House i pola do gry w polo.

    A po oglądaniu świata dzięki uprzejmości Daniela obejrzeliśmy jeszcze meczyk. Finał mistrzostw świata w siatkówkę wygrany przez Polaków!

    W nadchodzącym tygodniu mamy nadzieję załatwić parę spraw, jak odwiedzenie konsulatu przez Gosię w celu wyrobienia paszportu z nowym nazwiskiem (pierwsza dłuższa samotna wyprawa do centrum…  stresuje się ta moja żona jak nie wiadomo co ( – bo jak tu się nie stresować… jak samotna wycieczka mnie czeka, i może niechcący źle odczytam odjazd i pojadę nie wiadomo gdzie… a może jakiś Arab się przyczepi i w ogóle… jak żyć ja się pytam, jak żyć...) i moją wizytą w JobcentrePlus, żeby dokończyć formalności związane z wyrobieniem sobie NINu (moja już kolejna wyprawa i chyba nie ma co sie stresować). No i przeprowadzka… oby! OBY!

  • Pierwszy tydzień na obczyźnie

    Tydzień w Londynie, tydzień w pracy i tydzień lenistwa w wykonaniu Gosi. No i tydzień szukania mieszkania.

    Tydzień w Londynie minął praktycznie bezproblemowo, we wtorek Karolina z Oskarem wyjechali na wakacje więc w domu zostaliśmy tylko z Markiem co według mnie dobrze robi Gosi, bo nie ma innego wyjścia jak mówienie po angielsku (ich nieobecność równie dobrze wpływa na większą swobodę w poruszaniu się po ich mieszkaniu). Tydzień w pracy minął natomiast chyba lepiej niż się spodziewałem. Ludzie są naprawdę wspaniali, a przebywanie w tylko anglojęzycznym towarzystwie pozwoli mi szybko rozmawiać z nimi lepiej.

    Poszukiwania mieszkania idą pełną parą, praktycznie codziennie oglądaliśmy przynajmniej jedno mieszkanie i nawet znaleźliśmy takie w którym chcielibyśmy mieszkać – podpisaliśmy ofertę wynajmu i czekamy do poniedziałku na akceptację bądź odrzucenie. Akceptacja byłaby wspaniała, już od piątku moglibyśmy wprowadzać się na swoje. Jeśli nie akceptacja, to na wieczór mamy umówione kolejne spotkania.

    Całą niedzielę spędziliśmy z Markiem poza domem. Najpierw na brunch (wynalazek angielski – połączenie śniadania z lunchem) w indyjskiej knajpie Kopapa. Później trochę zwiedzania między innymi Covent Garden, później trafiliśmy na Londyńskie Fashion Week, następnie posiedzieliśmy w pubie na dachu hotelu Trafalgar z idealnym widokiem na plac skąd bezpośrednio trafiliśmy na przejazdy Tour of Britain i zanim doszliśmy do metra widzieliśmy zawodników trzy razy. Później już tylko kolacja w niemieckiej knajpie i na wieczór zostało oglądanie zmagań polskich siatkarzy i może jakiś serial… a od jutro znowu praca.

    I do kolejnego tygodnia – oby tylko już z wiadomościami na temat mieszkania…

    brunchstein

  • Welcome to London

    No to jesteśmy w Londynie. Zgodnie z planem w czwartek (04.09.14) po locie klasą biznesową British Airways wylądowaliśmy na lotnisku Heathrow, gdzie po krótkim oczekiwaniu odebrał nas Mark i zawiózł do domu.

    Gosia ciągle sprawia wrażenie lekko wystraszonej, najbardziej chyba barierą językową. Sporo rozumie, ale boi się mówić – obawia się, że strzeli jakąś gafę (bo jak tu się nie obawiać kiedy, słowo “with” i “witch” takie podobne, nie wspominając o wymowie wielu innych wyrazów tutejszych, a i mój szkolny język w porównaniu do rzeczywistości nijak się ima) . Na szczęście Mark nie mówi po polsku i zmusza ją, żeby choć trochę się odzywała.

    3 dni od piątku do niedzieli minęły na zwiedzaniu, intensywnych poszukiwaniach mieszkania i próbach załatwiania jak największej ilości rzeczy przed moim rozpoczęciem pracy w poniedziałek. Niewiele jednak udało się osiągnąć, ot mamy angielskie numery telefonów z których niewiele korzystamy, bo Gosi się nie chce (nie, że nie chce, lecz to, że mąż mój okupuje żony swej telefon, mając tym samym możliwość odbierania połączeń zarówno na polskim numerze jak i angielskim, co wyraża w dalszych swych wywodach), a ja wcześniej podałem polski numer we wszystkich agencjach nieruchomości więc muszę go mieć włączonego na wszelki wypadek…

    Konta nie udało się założyć, bo potrzebny jest dowód adresu – spróbujemy załatwić coś od Marka i Karoliny, bo konto jest potrzebne do wynajmu. Błędne koło angielskich formalności. Mieszkania też na razie nie znaleźliśmy, w piątek oglądaliśmy dwa, w sobotę jedno i żadne nie było tym czego szukaliśmy.

    Ceny dość wysokie, wyliczyłem sobie że za dojazdy codziennie będę wydawał prawie 4.5 funta, co miesięcznie daje kwotę prawie 90 funtów (czyli 450 złotych). Jedzenie też dość drogie, ale na szczęście tylko w przeliczeniu na złotówki. Mamy zresztą nadzieję, że po przeprowadzeniu się do mieszkania trochę taniej wyjdzie nam zaopatrywanie się w surowe produkty i gotowanie, niż kupowanie gotowych dań.

    W poniedziałek pierwszy dzień pracy, mam nadzieję że będę rozumiał co mówią do mnie współpracownicy. Na szczęście miałem okazję poznać ich już w lipcu, więc teraz to tylko powrót – a nie rzut od razu na głęboką wodę.

    Odmeldowuję się, kolejne wpisy co tydzień (mniej więcej).

    zwiedzamy