Category: Dzienniki Londynskie

  • London Eye

    Tak tak, przyznaję się, że zapomniałem o wujkowaniu. Chociaż jestem pierwszy raz wujkiem to jakoś nie zmieniło mnie to bardzo ;). O załatwianiu NINu miłosiernie przemilczę, bo znowu się okaże że kabluję…

    Znowu na własnych śmieciach, ale jak dla mnie to duży plus. Mieszkanko malutkie, ale “własne” i wszystko nasze.

    W pracy w porządku, dostałem swój drugi pasek wypłaty – bo tutaj oprócz przelewu dają jeszcze paski (ich dokładnego przeznaczenia jeszcze nie pojąłem ;)). Oprócz tego planujemy świąteczne spotkanie integracyjne, paintball, kręgle, gokarty, albo coś jeszcze – na razie tylko plany.

    Weekend minął mniej leniwie niż zwykle, sobotę zaczęliśmy od krótkiem trzykilometrowej przebieżki, albowiem powróciliśmy do zwyczaju biegania. Na razie na dystanse krótsze, ale mam nadzieję, że w niedługim czasie się to zmieni. Po bieganiu śniadanie i długi spacer brzegiem Tamizy, później powrót przez Richmond i dalej na piechotę. Strzelam, że zrobiliśmy dobre 8 kilometrów piechotą.

    W niedzielę natomiast uznaliśmy, że w końcu trzeba odwiedzić przynajmniej niektóre z obowiązkowych atrakcji Londyńskich i za niebagatelne pieniądze przejechaliśmy się na London Eye (widoki naprawdę wspaniałe) i pochodziliśmy po Londyńskim Akwarium (Gosi najbardziej podobały się rekiny).

    londoneye11136577_917966101588192_869035994_o11065736_917983194919816_650936870_o


     

  • Mahoniowa Żona

    Od dzisiaj Gosia jest mahoniowa. W końcu przekonałem ją do zmiany koloru, chociaż może za dużo powiedziane że przekonałem, bo ostatnio sama przyznała, że chciałaby się przefarbować, ale się boi. No to dzisiaj się bała, ale ja zdecydowałem za nią.

    Ostatnie dni przemieszkiwania poza domem, Mark z Karoliną wracają we wtorek, więc nareszcie wracamy na swoje. Nie jest tu tak źle, ale po pierwsze to nie nasze (chociaż czujemy się jak u siebie), a po drugie zwierzaki dają nam się we znaki i nie ma praktycznie dnia, żeby nie narobiły czegoś w domu…

    Tydzień w pracy minął jakby trochę luźniej, bez szefostwa zaglądającego w monitor. Myślę, że lepszym rozwiązaniem byłoby jednak kilka pokojów w biurze, a nie wszyscy siedzący w jednym. W piątek zamiast tradycyjnego pubu kupiliśmy sobie napoje w sklepie i siedzieliśmy w biurze – miało to pewnie spory związek z brakiem firmowej karty kredytowej, w związku z czym każdy musiałby płacić za swoje drinki, a na to za bardzo nikt nie miałby ochoty ;)

    Dzisiaj w związku z wolniejszym dniem wyszliśmy na krótki spacer po parku i wzdłuż Tamizy, od razu rzuciła nam się w oczy niesamowita liczba wiewiórek. Co prawda te tutejsze jakieś szare i wyglądają bardziej na myszy z puchatymi ogonami, ale za to są tak oswojone, że po nadstawieniu ręki i cmoknięciu podbiegają prawie dotykając.

    Kolejny tydzień pod znakiem miesięcznicy (?) “pobytu” we własnym mieszkaniu, co oznacza przede wszystkim czynsz, którego nie za bardzo wiem jak powinienem opłacić, bo nie dostałem żadnego numeru konta… Oprócz tego czekam ciągle na informacje o rejestracji do Council Tax (wysłałem mejla, bo trwa to strasznie długo), o zmianie dostawcy prądu i gazu (żeby było taniej) i będę musiał załatwić sprawy z licencją tv, bo straszą karami.

    Mąż mój tak bardzo zaaferował się moim kolorem włosów, że zapomniał wspomnieć iż od piątku (17.09) zostaliśmy ciocią i wujkiem Julii. Dodatkowo tego dnia z wielkimi przebojami ale z pozytywnym skutkiem załatwiałam NIN. Także do pracy trzeba by iść i zarobić w końcu “na waciki”.

  • Na “starych śmieciach”

    Od wczoraj na starych śmieciach – czyli wróciliśmy do Marka i Karoliny. Na szczęście tylko na 10 dni, szefostwo urlopuje się w Egipcie, a my jak to wspominałem tydzień temu przemieszkujemy i wyjadamy im całą sałatę z lodówki. W ciągu tygodnia jak ostatnio nie działo się nic ciekawego. Od rana do popołudnia w pracy, wieczorem pobyć z żoną i spać. W piątki dłużej w “pracy” na tradycyjnych podsumowaniach tygodnia w pubie. Gosia w czwartek pilnowała Oskara, zarobiła pierwsze pieniądze które od razu wydała na zakupach w sobotę wyciągając mnie mnie do Ealing i siedząc chyba ze 2 godziny w Primarku… W sobotę przy okazji zajechaliśmy też do agencji nieruchomości, telefonicznie nie udało mi się doprosić o kopię umowy lokatorskiej mimo 3 czy 4 telefonów. Podczas wizyty osobistej udało nam się to załatwić w ciągu 5 minut.

    Pozostałe szaleństwa zakupowe powoli mijają, wygląda na to że mamy już większość potrzebnych rzeczy – ostatnio musieliśmy tylko kupić jakieś drobiazgi do kuchni w stylu solniczek, pieprzniczek, jakiegoś garnka i tym podobnych.

    Przyszły tydzień zapowiada się bardzo spokojnie, nie wiem jak plany Gosi, ale ja mam zamiar zacząć ostro przygotowywać się do zdania certyfikatu Magento jeszcze przed końcem roku co pozwoli mi na uzyskanie mocnej karty przetargowej podczas starania się o podwyżkę. A przyda się ona bardzo, szczególnie że na razie Gosia pracy niestety nie znalazła…11116099_917060785012057_1057848565_n

    11146160_917060765012059_1727359004_n

  • Miesiąc za nami

    Minął pierwszy miesiąc pobytu na obczyźnie, Gosia już planuje powrót… znaczy podczas ostatniego spaceru do sklepu wymknęło jej się, że nie wie jak my się ze wszystkimi rzeczami zabierzemy z powrotem do Polski. Inaczej mówiąc myśli o powrocie po pierwszym miesiącu ;). Zeszły tydzień minął mi już mniej więcej standardowo. Rano do pracy, w pracy robota, lunch i po południu do żony. Gosia też standardowo, wstaje o 10 i leni się cały dzień (chociaż mówi, że się uczy, szuka pracy i w ogóle zajęta jest). Miała swój ogromny sukces w posługiwaniu się językiem angielskim – sama zadzwoniła i umówiła się na spotkanie w sprawie otrzymania NINu. Z samą pracą pewnie nie byłoby problemu, bo gdziekolwiek się nie ruszę tam widzę wywieszone w sklepach, restauracjach i gdziekolwiek ogłoszenia o poszukiwaniu pracowników, ale niestety przez angielski wszystko jest bardzo utrudnione.

    W piątek zwyczajowe spotkanie w pubie, tym razem udało nam się namówić Gosię i przyjechała napić się czegoś i pograć w bilarda. Nie wiem czy przyjedzie więcej, bo powrót był dość “trudny”, jeśli mogę posłużyć się takim eufemizmem. Okazało się, że jagerbombs (jakaś mieszkanka piwa, wódki i red bulla) i gin z tonikiem to było zbyt dużo. Albo po prostu wszystkiego było zbyt dużo ;).

    Wydatki nie ustają, zakupiliśmy stolik pod tv/monitor, nową kamerę, żeby w większym komforcie móc porozumiewać się Skype’owo i zewnętrzny dysk twardy – to już wyłącznie moja fanaberia bo chciałem w końcu zmienić system z Windowsa na Linuxa, a nie miałem gdzie podziać kopii zapasowej.

    11106384_917060748345394_1510280083_n

    Weekend minął bardzo spokojnie, prawie całą sobotę padał deszcz więc nie ruszyliśmy się nigdzie (oprócz krótkiego odwiedzenia sklepu) i leniliśmy się cały dzień. W niedzielę odwiedziliśmy Ealing (Poundland i przebieżka Gosi po sklepach z ubraniami) i Kingston (sklepy meblowe + trochę spożywczych).

    Od przyszłego tygodnia prawdopodobnie spędzimy 10 dni w mieszkaniu Marka i Karoliny – wyjeżdżają na wakacje i chcą, żebyśmy przez ten czas mieszkali u nich, pilnowali domu i zajmowali się zwierzyńcem (dwoma kotami i kilkoma(?) rybkami).