Cały tydzień zgodnie z przewidywaniami, prawie nic się nie działo. Gosię udało mi się namówić na przyjście do biura i posiedzenie trochę z ludźmi. Pierwszego dnia jakoś strasznie dużo roboty było i nikt się nią nie zajął, ale drugiego już Max z nią pogadał i dał parę rzeczy do roboty. Się cieszę, że coś może porobić i pogadać po angielsku, bo na pewno jej się to przyda. Oprócz tego wydrukowaliśmy kilkanaście sztuk CV, których jeszcze nie zdążyła roznieść, ale zarzeka się, że to zrobi.
Oprócz tego dostałem ofertę roboty. Znaczy dostaję wiele ofert roboty, ale za każdy razem odpisuję, że w tej chwili nie jestem zainteresowany. Jeden z rekruterów był jednak na tyle zdesperowany, że nawet na moje 65 tysięcy / rok powiedział, że chce gadać dalej. No i wysłałem CV i teraz poczekamy, czy coś z tego będzie…
Gosia dalej ćwiczy i się dietuje, wygląda że chce porządnie schudnąć – a ja staram się ją dopingować jak mogę.
Weekend znowu leniwy, w sobotę mieliśmy biegać, ale jak rano popadało to nam się odechciało. W niedzielę tylko “szybka” wycieczka do Ealing Broadway do kościoła i dalej lenistwo. No może nie tak bardzo lenistwo, bo w ten weekend udało mi się opublikować swoje portfolio w internecie. Zgodnie z zasadą, że szewc bez butów chodzi do tej pory nie miałem własnej strony internetowej, od dzisiaj się to zmieniło! (“Bhawo” Mąż!)










