Category: Dzienniki Londynskie

  • Szewczyk z butami

    Cały tydzień zgodnie z przewidywaniami, prawie nic się nie działo. Gosię udało mi się namówić na przyjście do biura i posiedzenie trochę z ludźmi. Pierwszego dnia jakoś strasznie dużo roboty było i nikt się nią nie zajął, ale drugiego już Max z nią pogadał i dał parę rzeczy do roboty. Się cieszę, że coś może porobić i pogadać po angielsku, bo na pewno jej się to przyda. Oprócz tego wydrukowaliśmy kilkanaście sztuk CV, których jeszcze nie zdążyła roznieść, ale zarzeka się, że to zrobi.

    Oprócz tego dostałem ofertę roboty. Znaczy dostaję wiele ofert roboty, ale za każdy razem odpisuję, że w tej chwili nie jestem zainteresowany. Jeden z rekruterów był jednak na tyle zdesperowany, że nawet na moje 65 tysięcy / rok powiedział, że chce gadać dalej. No i wysłałem CV i teraz poczekamy, czy coś z tego będzie…

    Gosia dalej ćwiczy i się dietuje, wygląda że chce porządnie schudnąć – a ja staram się ją dopingować jak mogę.
    Weekend znowu leniwy, w sobotę mieliśmy biegać, ale jak rano popadało to nam się odechciało. W niedzielę tylko “szybka” wycieczka do Ealing Broadway do kościoła i dalej lenistwo. No może nie tak bardzo lenistwo, bo w ten weekend udało mi się opublikować swoje portfolio w internecie. Zgodnie z zasadą, że szewc bez butów chodzi do tej pory nie miałem własnej strony internetowej, od dzisiaj się to zmieniło! (“Bhawo” Mąż!)

  • Cycki Britney

    Kolejni goście za nami. Kuba który miał być tym pierwszym okazał się ostatecznie trzecim, ciągle na podium ;). I też przybył “opóźniony”, zawitał do nas ok 3 rano… Nocne samoloty jednak nie sprzyjają odwiedzinom. Mimo, że przyjechał z koleżanką Anią to całą sobotę przechodziliśmy we trójkę – Anię dopadł okres i coś jeszcze przez co całą sobotę przeleżała umierając. Niezbyt fajne wspomnienia z Londynu…

    Wracając jednak do soboty, wstaliśmy skoro świt i pojechaliśmy do muzeum Madame Tussauds porobić sobie zdjęcia z figurami woskowymi. Trzeba przyznać, że ich jakość jest niesamowita, w niektórych momentach nie wiadomo było, czy patrzy się na żywą osobę, czy na figurę. Zdjęcia zrobiliśmy z większością gwiazd i nawet Kuba chociaż nie znalazł Davida Guetty wyszedł zadowolony bo znalazł Britney i nawet złapał ją za cycka!

    britney
    Po figurach woskowych zaszliśmy jeszcze, żeby obejrzeć 221B Baker Street, chociaż do samego domu i muzeum Sherlocka Holmesa w nim się znajdujących nie wchodziliśmy. Następnym razem.

    figury

    Potem już tylko przez półtorej godziny pobaliśmy się w London Dungeons, zjedliśmy obiad w Richmond i wróciliśmy do naszej umierającej. Piszę się o tym strasznie szybko, a poza domem byliśmy dobre 6-7 godzin…

    Niedziela na szczęście sprawiła, że Ania poczuła się lepiej i dzięki temu zobaczyła choś trochę Londynu, bo po drodze na dworzec autobusowy zaszliśmy obejrzeć pałac Buckingham i jeden róg Hyde Parku. Jak na godzinę na obejrzenie Londynu to i tak niezły wynik.

    palac

    Potem już sami z Gosią poszliśmy na burgera na obiad (dieta zawieszona na weekend ;)), na mszę i nawet wrzuciliśmy po funcie na WOŚP, bo zbierali pod drzwiami.

    Po emocjach weekendowych wspomnę jeszcze tylko o wcześniejszym tygodniu 2 zdarzenia warte odnotowania – Gosia dostała robota kuchennego i robi własne jogurty, a mi z Chin przleciała paczka elektroniki, którą jeszcze nie miałem czasu się pobawić.

    Przyszły tydzień chyba też bez większych zdarzeń, może tylko uda mi się namówić Gosię, żeby odwiedziła nas w biurze, żeby choć trochę poprzebywała z ludźmi rozmawiającymi po angielsku.

    Tak ot tak, dodam jeszcze, że u Ilonki będzie dziewczynka :-) i biorą w walentynki ślub cywilny, na który niestety nie polecimy ale poprzez Martynę przekażemy im jakieś kwiaty, no bo przeca wypada, tak? I w ogóle tych slubów w tym roku mamy 7! jak nie było, to nie było… a jak nas nie ma, to nagle BUUUM… Tak więc na wszystkich niestety nie będziemy.

  • Londyński Nowy Rok

    No i zaczęliśmy nowy rok. Jeśli to prawda co mówią, że cały rok będzie jak początek nowego, to czeka nas dużo grania w planszówki! Miałem rację, pierogi pod koniec wizyty rodziców wyszły nam bokiem, Gosia w dalszym ciągu mówi, że odczuwa ich wpływy… Ale zjedliśmy praktycznie wszystko co przywieźli i co sami zrobiliśmy – śledzie, pierogi, zupę grzybową, ciasta, sałatkę warzywną, zostało tylko trochę mięsa pieczonego.

    Plan tygodnia wyszedł chyba w całości, nałaziliśmy się, że aż nam nogi właziły tam gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Obejrzeliśmy zatłoczone centrum, przespacerowaliśmy się po Hyde Parku, zaliczyliśmy Science Museum, napiliśmy się piwa w prawdziwym angielskim barze (znaczy ja coli, reszta piwa), zjedliśmy fish & chips, zagraliśmy w snookera, kupiliśmy nową planszówkę z którą dzielnie przegrywaliśmy. Obejrzeliśmy też fajerwerki z Richmond Park po których spodziewaliśmy się czegoś więcej, ale i tak było fajnie.

    11100613_917982558253213_824206759_o11144777_917983228253146_65479945_o

    11131110_917982148253254_930982416_o11069713_917982438253225_1101532585_o11122240_917982368253232_1634370066_oWyjazd rodziców natomiast był bezproblemowy jeśli nie liczyć braku biletów – okazało się, że Miłosz kupił im takie w jedną stronę. Dobrze tylko, że sprawdziliśmy i wyszło to wcześniej, mogliśmy im kupić bilety autobusowe. Odstawiliśmy ich na dworzec autobusowy, wsadziliśmy do autokaru. W Polsce wylądowali nawet pół godziny wcześniej co natychmiast stracili, bo okazało się, że padł im akumulator w Kii i musieli czekać, aż pojawi się ktoś z kablami i pomoże odpalić.

    My natomiast cały weekend się leniliśmy w czym bardzo pomocna była aura pogodowa i deszcz padający całą sobotę. Niedziela objawiła się złym samopoczuciem więc po powrocie ze mszy dalej się leniliśmy śpiąc.

    Przyszły tydzień to ambitny plan Gosi żeby się odchudzać, w związku z czym zakupiliśmy robota kuchennego i dużo zdrowego jedzenia. Gosia się odgraża, a ja ją dopinguję – może na wesela założy jakąś obcisłą sukienkę?
    A ja wracam do pracy, bardzo fajnie było wziąć płatny urlop (mój pierwszy w życiu) i bardzo ciężko jutro będzie wstać rano… A już w piątek zjawiają się kolejni goście w osobie Kuby z koleżanką (znaczy Anią Rejewską). Oni na szczęście widzieli już prawie wszystko w Londynie, więc wizyta będzie znacznie mniej intensywna i podejrzewam, że znowu pogramy sporo w planszówki!

    A o tym, że ostrzygłam to nic? Dziś pierwsze mężowe postrzyżyny były, więc stracił chłop tu i ówdzie włos, ot co.

  • Święta, święta…

    Oj dużo się działo przez tydzień. Zachowując porządek czasowy to w poniedziałek mieliśmy spotkanie firmowe podsumowujące cały rok z którego urwałem się wcześniej, żeby pomagać Gosi robić żarełko na Wigilię. We wtorek pracowaliśmy już bez szefostwa, bo Mark z Karoliną wyjechali do rodziny na święta. Do tego pół dnia bez internetu sprawiło, że praca nie była zbyt ciężka. Po pracy kolejne przygotowywanie jedzenia. Środowa Wigilia była moim pierwszym dniem urlopu, jedzenie, wyprawa do przeciskarkę do warzyw zakończona niepowodzeniem, jeszcze więcej przygotowywania jedzenia i nakarmienie kotów.
    Wigilia była jednak pełnym sukcesem – pierogi w wersji XXL (takie wielkie, że człowiek dwa zje i już ma dość)  i zupa grzybowa. Nawet w końcu zobaczyłem Gosię w sukience, co ekstrapolując da wynik 5 założeń sukienki w przyszłym roku (4 wesela + kolejne święta). Nawet na Pasterkę założyła szpilki, też pierwszy raz od pobytu naszego! A propos Pasterki – wybraliśmy się autobusem na Ealing Broadway na mszę o północy i o ile z dojazdem nie było problemu… to z powrotem był. Po 20-minutowym wyczekiwaniu na busa, okazało się bowiem, że nasz autobus w pierwszy dzień świąt nie jeździ, tak więc załapaliśmy się na ostatni autobus bliżej domu, a do celu dotarliśmy już taksówką… to była chyba najdroższa pasterka na jakiej byłem.

    nasza pierwsza małżeńska choinka
    Z racji nieistniejącej komunikacji miejskiej musieliśmy też wybrać się spacerem do Twickenham nakarmić zwierzyniec co zaowocowało kolejną przygodą z Tamizą. Tym razem podczas powrotu zabawiliśmy chwilę obserwując jak podnosi się poziom rzeki i po chwili zauważyliśmy, że mamy już odciętą drogę z obu stron. Na szczęście udało nam się przedrzeć poza teren przypływu – polem.

    Wieczorem zaś spadła na nas niespodziewana nowina… będziemy wujkiem i ciocią, bo Ilonka w ciąży… :) Ehhh, zaczyna się :P już zamiast na imprezki to na herbatkę i pogaduszki o dzieciach będziemy się spotykać.

    A już drugiego dnia świąt (powiedzmy) dotarła do nas rodzinka sztuk trzech w osobach czcigodnego ojca, czcigodnej matki i mało czcigodnego brata. Dotarła z opóźnieniem 3 godzin – najpierw spóźnił im się samolot, później się okazało, że nawet jakby się nie spóźnił to i tak na pociąg by nie zdążyli, bo pociągu nie było. Skoro pociągu nie było to autobusy były przepełnione i stali 2 godziny, żeby się do niego dostać. Na szczęście taksówka zabrała ich błyskawicznie i bez problemu dotarli do nas wymęczeni i po brzegi zapakowani jedzeniem.
    I teraz zwiedzamy, obejrzeliśmy już centrum handlowe, kościół i przeszliśmy się na górkę z której mamy nadzieję oglądać fajerwerki na nowy rok.
    W przyszłym tygodniu (i roku) natomiast mam ciągle wolne, mamy zamiar pozwiedzać trochę centrum, napić się piwa w prawdziwnym angielskim barze i zjeść te wszystkie pierogi które mamy (chyba nam bokiem one wyjdą!)

    11130930_917983154919820_1044604170_o11122281_917982308253238_1949579902_o