Category: Dzienniki Londynskie

  • Awaria szambiarka

    Oczywiście, że jestem “tyranem”, jak to mnie ostatnio mój małżonek kochany zaczął przezywać… bo jak nie nagadam to mąż wpisu nie zrobi, sklerotyk :) więc tym razem bez przypominania zrobię go ja. A co!  

    No to po kolei:

    W lany poniedziałek oczywiście tradycji musiało stać się zadość i oblewanie poranne zakończyło się wspólnym sprzątaniem mokrych podłóg :) Po świętach spotkałam się z Olą, która była również tydzień temu razem z Renią ( a o czym żadne z nas nie wspomniało).  Poplotkowałyśmy, popiłyśmy i się rozstałyśmy.

    W tym tygodniu dotarła do nas również nowa telefonizacja, więc oboje zdążyliśmy spędzić po wieczorze na instalowaniu wszelakich mniej lub bardziej pożytecznych aplikacji, dodatkowo Kamil pozamawiał jakieś ochronne pierdółki, cobyśmy za szybko nie doprowadzili nowego dobytku do opłakanego stanu, a przy okazji robienia zakupów, zaopatrzyliśmy się też w grila, więc na majówkę pogoda musi być! 

    A propo pogody, to wiosna pełną gębą, ciepluśko bardzo, że nawet piątkowe drinki przenieśli z centrum Richmond do baru nad rzeczkę i siedzieli tam bez kurtek i to nie z racji wysokiego stężenia alkoholu we krwi, tylko właśnie z racji z sprzyjającej aury pogodowej.  Poza tym, to nie wiem, czy nie ograniczyć Kamilowi tego piątkowego bilardu, bo się okazuje być to bardzo niebezpieczny dla zdrowia sport, który zaskakuje taką np. Elen, że dnia następnego musi już chodzić z ręką w gipsie…

    W tym tygodniu przytrafiła się nam niemała awaria, która trwała dobre ponad 24h pozbawiając nas możliwości korzystania z łazienki. Na nic zdały się wydane funciaki na przepychaczkę i butle żrącej sody, na nic zdała się moja samotna walka z odetkaniem rur… gówniany problem okazał się nie być po naszej stronie… a po stronie mało inteligentnej babki, mieszkającej prawdopodobnież blok dalej, która spłukiwała pampersy w wc, co zaowocowało zatkaniem się kanalizacji i cofaniem się nieprzyjemności w naszą stronę…no ale są też i plusy, bo prysznic po tej całej akcji to wydezynfekowałam, że hej :P 

    I już tylko niecałe dwa tygodnie dzielą nas do wizyty w Liskach :D

     

     

  • Wielkanoc

    Święta, święta i po świętach. Jak zwykle czas wolny minął zbyt szybko, a bo w piątek to sprzątanie i gotowanie, w sobotę wyprawa do kościoła poświęcić jajka, w niedzielę kolejny raz do kościoła i już został tylko poniedziałek. A od wtorku dalej do pracy.

    Jedzenie wyszło nam bardzo dobre, sałatka warzywna jak domowa, śledzik pod pierzynką idealny i nawet żurek się udał, Gosia przez całą niedzielę chodziła w sukience – mogłyby te święta częściej być, bo widoki były ładne…

    baby

    A wieczorem oprócz filmu spędziliśmy trochę czasu na Skypie śmiejąc się i patrząc jak w domu grają w “karteczki”.

    I jeszcze zaopatrzyliśmy się w nowe telefony – uznałem że czas na zmianę wysłużonego i odrobinę przestarzałego HTC, a przy okazji kupiłem też coś nowego Gosi – czekamy tylko na przesyłki.

    Zapomniałem też pochwalić się w zeszłym tygodniu. Zautomatyzowałem co nieco prace przy odzyskiwaniu danych ze starego dysku i zamiast do wakacji zabrało mi to jeden weekend. Nie odzyskałem wszystkiego, nie znalazłem na przykład archiwa z pracami ze studiów. Ale przynajmniej odzyskane zostałe dokumenty weselne, faktury z czasów pracy w Ronwe, zdjęcia z pobytu Beżyka, ogólnie to był dobry pomysł.

  • Nowa sukienka

    Znowu będzie krótko i na temat, bo dalej nic się nie dzieje. Rutyna z pracą, rano spacer, po pracy basen na który kupiłem 6-miesięczny karnet i do domu na obiad do żony. Chociaż nie pracuje to dzielnie ćwiczy i obiadki gotuje.

    Ze względu na zmianę czasu i kolejną sobotę imprezową u sąsiadów zaspaliśmy do kościoła  na rano, ale wybraliśmy się na popołudnie. Rezultat wyprawy to nowa sukienka Gosi – ani nie obcisła, ani nie krótka, ani nie ma dekoltu. I jeszcze okazuje się, że nie ma też butów, dodatków i całej reszty…

    Tydzień będzie krótszy, weekend dłuższy – ze względu na Wielkanoc piątek i poniedziałek mamy wolny, układ 4 dni pracy, 4 dni weekendu jest wspaniały!

  • Gołąbki

    Normalności ciąg dalszy. W pracy bez zmian (oprócz otrzymania kolejnej ciekawej propozycji, tym razem jednak opiszę coś więcej jeśli będą jakieś konkrety), siedzimy w piwnicy i robimy swoje. Gosia siedzi w domu i też robi swoje – znaczy gotuje i sprząta. Mogłaby się jeszcze ubierać jakbym chciał to w ogóle byłaby żona idealna…

    Weekendowa pogoda nie zachęcała do ruszania się nigdzie, więc w sobotę nigdzie się nie ruszyliśmy. W niedzielę pojechaliśmy do kościoła i przy okazji obejrzeć sukienki. Tym razem Gosia przymierzyła chyba ze dwie – nie kupiła żadnej.

    Jeszcze tylko status ćwiczeń, biegać przestałem i nogi też boleć przestały. Przerzucam się na pływanie, zaś Gosia dalej ćwiczy i biega.

    I już taka ochota mnie naszła, że gołąbki, gołąbki pierwsze w życiu zrobiłam i chyba nawet wyszły :) 

    golabki