Niby tyle rzeczy w weekend zrobionych, a jednak wydaje się jakbyśmy lenili się całe 2 dni… bo tak, w sobotę po raz pierwszy wybraliśmy się do kina – Szybcy i Wściekli 7. Zauważyliśmy dwie sprawy: każdy przychodził z żarciem w szeleszczących torbach, a komórki były w użyciu przez cały seans. Jakiś facet nawet sprawdzał BBC News podczas trwania filmu…
W niedzielę natomiast pogadaliśmy z rodzicami, zeżarliśmy co było do jedzenia po gościach (znaczy kolejne burgery!), Gosia uruchomiła kosiarkę do włosów, bo już na mnie nie mogła patrzeć, a później wkłuła się w mój biały tyłek. Biały, bo się okazało, że te 40 minut pływania codziennie na zewnętrznym baseniem sprawia, że strasznie szybko się opalam. Na lato to ja chyba mudżyn będę jak w tym tempie to pójdzie. Ale tylko od pleców strony…
A tydzień minął szybko, bo i krótszy był. Nawet się nic wartego wspomnienia nie zdarzyło – ot tylko praca, po pracy basen i wieczór z żoną. I prawdopodobnie powtórzymy ten schemat w tygodniu kolejnym.
Jeszcze tylko warte wspomnienia, żeby na łamach dziennika zapisać efekty rozmowy z rodzicami (żeby data była kiedy po raz pierwszy ktoś o tym głośno powiedział). A może by tak zaproponować znajomym paru sprzęgnięcie się na jakiejś spokojnej wsi, coby z niej zrobić wesołą? I nawet i relacje biznesowe zadzierżgnąć z paroma informatykami i na własny rachunek zacząć żyć? Ot, taka pierdółka do pomyślenia na przyszłość.








