Category: Dzienniki Londynskie

  • Światła, kamera, akcja!

    Kamery nie było, tylko aparat, akcje sprzątawcze, a ze świateł to festiwal. Tak mniej więcej można streścić przebieg tygodnia.

    Sam tydzień bez żadnych większych niespodzianek, minął tylko ciężko bo Rich na wakacjach. A jak Rich na wakacjach, to cała jego robota spada na mnie. Na szczęście pojechał tylko na tydzień.

    Wymienili nam dywany w pokojach, teraz można chodzić boso bez problemów. Mogliśmy też wstawić wszystkie szafy i szafki, chociaż Gosia ciągle narzeka że za mało…

    W sobotę pojechaliśmy do starego mieszkania wysprzątać je na standard profesjonalny i według mnie udało nam się to. Oddamy mieszkanie czystsze niż było kiedy je dostawaliśmy. I jestem naprawdę zadowolony, że pożyczyliśmy od Marka maszynę parową bo znacznie ułatwiła czyszczenie wszelkiego typu powierzchni.

    W niedzielę, ciągle korzystając z maszyny parowej urządziliśmy sobie sprzątanie nowego mieszkania. Wieczorkiem razem z Gosią wybraliśmy się na Lumiere – festiwal świateł w Londynie. Całkiem ok, chociaż ludzi oczywiście cała masa więc do niektórych instalacji nawet nie próbowaliśmy się dopychać, a niektóre instalacje znowu zupełnie bez sensu. Ale ogólnie sobie chwalimy.

    P1060391P1060411

  • Przeprowadzka

    Na początek tylko chwila wspomnienia o początku tygodnia. Udało nam się dolecieć do Londynu już bez problemów, przespaliśmy praktycznie cały lot. W pracach obydwoje byliśmy już o 11, zostawiliśmy tylko walizy w mieszkaniu (nie zgubiły się!). Gosia spóźniona godzinkę, ja dwie.

    W ciągu tygodnia udało nam się też potwierdzić zabieg Gosi. Już 7 lutego lecimy do Szczecina , a 10 lutego mamy zarezerwowany termin powiększenia piersi. I Gosia będzie mogła chodzić z głębokimi dekoltami ;). W związku z tym zakupiliśmy już bilety lotnicze do Szczecina, na dwa tygodnie wynajęliśmy mieszkanie. Nikt nie wie o naszych planach, w pracy powiedzieliśmy tylko, że jakaś operacja będzie, w Polsce dowiedzą się dopiero wtedy kiedy zauważą, że Gosia się zmieniła.

    W piątek mieliśmy niewielkie przemeblowanie w biurze – z racji zwiększającej się ilości pracowników zaczynało nam brakować stolików dla nowych osób. Po niewielkiej reorganizacji ustawienia zmieścimy kolejne trzy osoby bez większych problemów.

    A w sobotę wielkie pakowanie! Ostatecznie okazało się jednak, że nie tak wielkie i cały nasz dobytek spakowaliśmy w zasadzie w ciągu 4-5 godzin. Wszystko popakowane w zgrabne pudła i walizki – oby tylko tak to wyglądało jak będziemy się zwozić do Polski.WP_20160109_15_58_24_Pro

    WP_20160109_15_58_04_ProPrzy pomocy Richa zapakowaliśmy wszystko do wynajętego vana i godzinkę później byliśmy już przeprowadzeni. Rozpakowanie zajmie więcej czasu, choć nie z naszej winy. W poniedziałek mają nam wymienić dywany w pokojach, co oznacza konieczność wystawienia wszystkich mebli, co z kolei oznacza, że Gosia nie może zapełnić wszystkich szuflad w szafce. Będzie bajzel, ale wytrzymamy, bo w tej chwili dywany są tak okropne, że Gosia brzydzi się po nich chodzić boso.

    A o tym, ze swoje winy juz splacilam to nic? :P Otoz splacilam i maz juz zadowolony i sie nie gniewa :)

  • Tym razem Wiedeń…

    My to chyba jakiegoś pecha mamy z lotami transferowymi. We Frankfurcie biegiem, a w Wiedniu to nawet na noc zostaliśmy. Znowu zaczęło się fajnie, dojazd na lotnisko bez problemów, przejście przez bramki i wejście do samolotu też. Po czym okazało się, że system wodny w samolocie zamarzł (o tym za chwilę) i ostatecznie po dwóch i pół godzinach i zmianie samolotu wystartowaliśmy. W Wiedniu oczywiście żadnych samolotów do Londynu już nie było więc dostaliśmy voucher na hotel i bilet na 6:40 rano następnego dnia. Głodni i dość źli wylądowaliśmy w hotelu gdzie okazało się, że kolacje są tylko do 22:30 (a byliśmy w restauracji o 22:35) i już nas nie obsłużą. I śniadania też nie bo wychodzimy za wcześnie. Paranoja. Poprosiłem tylko o list z hotelu o tym że nie dali nam kolacji i zamówiłem pizzę na którą właśnie czekamy. Będzie na koszt linii lotniczych.

    A propos zamarzania, to się w Polsce zima zrobiła. 31 grudnia bodajże wskoczyła na minus, a później już tylko spadała tak, że w nocy z 1 na 2 stycznia było chyba z -20 stopni. Co spowodowało zamarznięcie większości rurek w łazience i w wyżej wspomnianym samolocie. No i jeszcze padnięciu akumulatora w jaguarze.

    Sylwester minął bez większych niespodzianek. Pojechaliśmy do Białegostoku i spędziliśmy go przy stole jedząc, pijąc i grając w Dixita i karteczki. Rzutem na taśmę udało mi się uruchomić Spotify z listą sylwestrową, więc muzyka była dobra. Następnego dnia na trochę czasu udało mi się uruchomić też Toplistę Wszechczasów, którą to przełączyli na disco polo. Nie wierzę, że można to włączyć świadomie żeby “posłuchać” muzyki. I wszyscy znali słowa! Przynajmniej okazało się, że chyba wychowuję żonę i już jej disco nie odpowiada. I słów też nie znała do najnowszego hitu. Jestem z niej bardzo dumny, wydoroślała mi kobieta!

    P1060354P1060379

    Przy okazji Sylwestra okazało się też, że zmieniając plany i odmawiając Kubie na 2 tygodnie przed Sylwestrem postąpiliśmy bardzo kulturalnie (jeszcze bardziej, bo kupiliśmy mu za tę zmianę flaszkę), bo u Kuby Sylwestrem odbył się w gronie pięciu osób (z planowanych 15). Pozostali zadzwonili w dzień imprezy, już po zakupach Kuby…

    I w sylwestra rowniez udalo sie nam zakupic  duze, twarde walizki, ktore zapewne baardzo sie przydadza :)

    A, i żona mnie próbowała ugłaskać za nie wzięcie szpilek i spódniczki do Polski – częściowo jej się to udało, ale jeszcze nie do końca. I będę pamiętał!

     

  • Ciche dni

    Była cicha noc, bo święta minęły w tempie standardowym błyskawicznym. Zgodnie z planami, najpierw pełno sprzątania, przygotowywania po to, żeby przez ostatnie dni nie móc się ruszać pomiędzy posiłkami.

    Wigilia na 13 osób, byli wszystkie Olafy, wszystkie warszawskie Szewczyki i nawet Ola się załapała. Było pełno jedzenia, śmiania, gier i zabaw i w zasadzie tak samo mijały następne dni. Razem z Gosią wędrowaliśmy tylko pomiędzy domami, bo a to u mnie jacyś goście, a to u niej i ze wszystkimi trzeba się przywitać. I wszędzie coś zjeść… Będzie co spalać jak wrócimy do Londynu!

    A ciche dni nastąpią dopiero, bo Gosia mnie strasznie wkurzyła. Okazało się dzisiaj, że mimo swoich obietnic nie wzięła do Polski ani szpilek, ani spódniczki które jej kupiłem. Odechciewa się wszystkiego po prostu z tą babą. I pewnie jeszcze wyjdzie moja wina, bo się niepotrzebnie wkurzam.

    I żeby się więcej nie wkurzać, tylko wspaniale pozytywnym fragmentem się pożegnam.

     

    P.S. A do tego mi nie wychodzi aktualizacja wordpressa na serwerze, problemy z klientem itp.