Category: Dzienniki Londynskie

  • Duze cycki – duzy problem?

    Przynajmniej na razie, Gosia jest bardziej zmeczona nowymi piersiami niz zachwycona. Koniecznosc noszenia “babcinego” stanika uciskajacego szwy i brak mozliwosci spania w pozycji innej niz na plecach skutecznie sprawia, ze jest marudna i niezbyt zadowolona.

    Moze chociaz zrazi sie do stanikow ogolnie i kiedy juz nie bedzie musiala ich nosic to po prostu nie bedzie?

    Ogolnie natomiast dawala sobie rade wspaniale. W poniedzialek sama poleciala na badania, w srode juz ze mna na sama konsultacje i operacje. I juz w srode wieczorem moglem sobie pomacac co nowego na klacie zony sie dzialo.

    Natomiast moje przewidywania mowia, ze juz niedlugo Gosia mi oznajmi, ze jednak mozna bylo wieksze zrobic.

    Oprocz tematu piersi nie dzieje sie nic szczegolnego. W sobote pochodzilismy troche po Szczecinie, ale tak to siedzimy w domu.

  • Szczecin po cichaczu

    Jestesmy w Szczecinie od wczoraj. O tym, ze jedziemy do Polski wiedza tylko ludzie z roboty, bo musialem jakos zalatwic sobie 2 tygodnie pracy zdalnej. O tym, ze w Szczecinie jestemy na operacje plastyczna wie chyba tylko Martyna, bo Gosia musiala miec kogos kto by ja wspieral i kto nie bylby mezem.

    Lot bez wiekszych problemow, tylko z godzinnym opoznieniem. Do mieszkania dotarlismy bez opoznien, dzisiaj wybralismy sie na zakupy spozywcze i jestesmy gotowi do “studenckiego” przezycia najblizszych kilkunastu dni.

    Staramy sie tez wyleczyc, ostatnia impreza bowiem objawila sie w zeszlym tygodniu w postaci przeziebienia – i znowu kichamy i kaszlemy. Problem w tym, ze Gosia nie moze… Dlatego dzisiaj po zakupach zaladowalem ja do lozka i nie wypuszczam. Jutro wypuszcze, bo musi zalatwic badania krwi i usg piersi, ale jak tylko wroci to znowu ja zapakuje. Tak, zeby w srode wszystko bylo ok na konsultacjach i podczas operacji.

    Wszystko tak po cichu, wszystko w konspiracji heh :) To tylko dodam, ze w piátek moje robocze dziecko Harus :) obchodzil swoje pierwsze urodziny :)12509634_10153203951171058_9122376007685856623_n

  • Cykliczny tydzien

    Na poczatek szybkie wytlumaczenie braku polskich znakow. Dostalem nowego laptopa. Ultrabook z mniejszym ekranek i angielska klawiatura. Co oznacza brak ogonkow. Dostales?? Chyba kupiles :P za darmo jakos nikt Ci go nie dal :P

    Tydzien minal bez wiekszych wydarzen, zgodnie z planem codziennie do pracy dojezdzalem rowerem. W ciagu tygodnia wyrobilem ponad 100 kilometrow. Niezly wynik jesli o mnie chodzi.

    Piatkowy wieczor natomiast obfitowal w wydarzenia. Zaraz po drinkach w biurze chlopaki zadecydowali, ze idziemy na drinki na miasto. Jakos bardzo z nimi nie walczylismy i zaraz po powrocie do domu rozpoczelismy przygotowania do wyjscia przy pomocy bimbru (i innych alkoholi). Zaliczylismy jeden pub, potem drugi z tenisem stolowym, a nastepnie do klubu tanecznego. Pierwsze tego typu odwiedziny dla mnie i Gosi i bylo calkiem fajnie. Nawet chyba lepsza muzyka od polskich dyskotek, bo przynajmniej bez disco polo. Gdyby tylko nie to, ze zona znowu zdenerwowala mnie podczas powrotu… to w ogole wyjscie byloby zupelnie udane.

    Sobota z tego wzgledu byla baardzo powolna, z bolami glowy, wstaniem po poludniu i w ogole. Robic nie chcialo sie tak bardzo, ze ostatecznie kolacje zamowilismy. Zarcie chinskie, bardzo dobre i na tyle duzo ze mam chyba lunch.

    Niedziela juz troche lepsza dla wszystkich oprocz Richa, ktory w sobote wybral sie na kolejna impreze i w miedzyczasie zgubil portfel. My wybralismy sie na kolejne zakupy na ktorych zaopatrzylismy sie w chlebak, kurtke dla Gosi i rekawiczki rowerowe dla mnie. Jak rowniez zestaw do ping-ponga, na naszym domowym kuchennym stole :P

    A niedlugo konczy sie film i kolejny raz bede farbowal wlosy zonie, powoli przywracajac ja do naturalnego koloru.

    I znowus jestesmy wujostwem, gdyz wczoraj przyszedl na swiat Leos :) syek Justyny i Michala :) Takze kolejna psiapsiola z dzieckiem.

  • Sportowa niedziela

    Ależ ciężko sobie przypomnieć co się w ciągu tygodnia działo, a znowu za mało się dzieje, żeby było uzasadnione pisanie dziennika codziennie. I by mi się nie chciało pisać go codziennie.

    Wspólnie z kochaną żoną, udało nam się jednak chyba uzupełnić wszystkie białe plamy pamięci!

    Więc od początku – Rich wrócił z wojaży połamany (żebro) i chory, ale pracował więc i tak było lepiej. Oprócz tego w końcu dostaliśmy dostawę nowych komputerów, nie muszę już nosić laptopa, a pracuję na szybkim kompie z ssd i mnóstwem ramu. Niebo, a ziemia.

    W środę oddaliśmy klucze do mieszkania. Mandana na szybko sprawdziła działanie i czystość wszystkich rzeczy, zaakceptowała i teraz czekamy tylko na zwrot depozytu. Który to zresztą już chyba wydaliśmy, bo w weekend wpadliśmy w prawdziwy szał zakupów.

    Pierwszy zakup to nowy telefon dla Gosi. Ten od Anny niestety nie wchodzi w grę, bo okazało się że jest zablokowany… i za mały. Ostatecznie Gosia otrzyma  iPhone’a 6 – czyli będzie miała nowocześniejszy telefon ode mnie :P. Ja natomiast jak zobaczyłem ile kasy wydaję na podróże pociągiem uznałem, że nie ma co czekać na rekonwalescencję Gosi po operacji, tylko wsiądę na rower od razu. No i znalazłem fajną ofertę, w niedzielę spotkałem się ze sprzedającym i od dzisiaj jestem właścicielem roweru. A już od jutra do pracy na rowerze, co niestety oznacza znacznie wcześniejsze pobudki, przynajmniej do czasu dokładnego określenia czasu przejazdu. 7:30 wyjazd do roboty. Mam nadzieję, że uda się to trochę przesunąć w następnych dniach.

    A skoro mam już rower, no to musieliśmy wybrać się też na zakupy okołorowerowe, czyli kask, zapięcie, lampki i całą resztę badziewia. Ale i tak te zakupy powinny się zwrócić w przeciągu 2 miesięcy.

    Oprócz mojej przejażdżki, mieszkanie wybrało się dzisiaj na biegi poranne. Gosię zamęczyli już po pierwszym kilometrze, która uznała, że więcej już z Richem nie biega. I rano też nie biega. Jeśli już to sama i wieczorem. Matt też wrócił wymęczony, a kiedy wróciłem z rowerem okazało się, że Rich zrobił 20! kilometrów. Gupi jest.

    Weekend minął też pod znakiem dobrego jedzenia. W sobotę Gosia przyszykowała nam faszerowane bakłażany w ilościach wojskowych (żeby wystarczyło na lunch w poniedziałek), a w niedzielę Rich podjął się przygotowania prawdziwej angielskiej pieczonej kolacji. I poszły pieczone i gotowane warzywa, sosik, nadzienie i ponad kilogram pieczonego schabu. Pyszne!

    12625924_1069526243097386_708930330_n (1)