Tydzien minal nam spokojnie do czwartku, w ktory to zapakowawszy sie w autokar dojechalismy na lotnisko i polecielismy do Polski. Po raz pierwszy ladowalismy na lotnisku w Szymanach – bardzo fajny, malutki terminal no i o poltorej godziny blizej do domu. Mysle, ze bedziemy czestszymi goscmi, szczegolnie ze zarzad robi dobra robote i otwiera coraz wiecej polaczen.
W sobote natomiast wesele.
Gosia ubrala sie znowu w dluga czerwona sukienke i zlote obcasy i musze powiedziec ze byla chyba najfajniejsza laska na calym weselu. Niestety nie skonczylo sie ono bardzo dobrze i tu wlasnie dochodzimy do tytulowego béc. Zona, jak zwykle po wiekszej ilosci alkoholu wpadla w nastroj buntowniczy przeciwko mnie i kiedy przyszedl czas sie zegnac ledwo zmusilem ja do wstania od stolu. A kiedy mi sie to w koncu udalo, to wierna w swoje sily wstala i wywinela takiego orla, ze sala po wszystkim wygladala jak miejsce zbrodni… Bilans strat i zyskow? Zyskane 5 szwow na brodzie, zyskana reputacja weselna do konca zycia, stracone powierzchnie dwoch zebow, stracona spora ilosc krwi malowniczo rozlanej na sali weselnej i koszuli Mariusza.

No zapewnila mi i swoim rodzicom przyjemna rozrywke na koniec. Ale dzisiaj obiecala, ze bedzie sie mnie teraz sluchac we wszystkim, a jesli nie bedzie to mam to sila wymuszac.
A dzisiejsza niedziela minela dosc nietypowo. Po wyspaniu sie pojechalismy z rodzicami i Zebrowskimi na kawe w ramach ich cotygodniowej wizyty w innych restauracjach naokolo Elku. I wyladowalismy w burdelu. Doslownie. Zebrowscy wywiezli nas do Czarnego Pajaka, motelu/baru oficjalnie, a mniej oficjalnie nightclubu polaczonego z domem publicznym. Okazalo sie, ze wlascicielami sa jacys znajomi Zebrowskich z lat dawnych i w ramach zartu tam wlasnie nas zabrali. Po wejsciu i poproszeniu o kawe (sic!) okazalo sie, ze wywolalismy spora panike – mysleli ze jestesmy z Urzedu Skarbowego :D. Dosc nietypowa wycieczka, ale teraz mozemy sie z Gosia pochwalic pierwsza wizyta w agencji towarzyskiej. I to wspolnej!