Category: Dzienniki Londynskie

  • Tytuly

    Zazdraszczam troche czcigodnemu ojcu jego datowych tytulow kronikarskich i zlorzecze cichutko na siebie, zem sie porwal jak glupi. I spedzam teraz 3/4 czasu pisania na wymysleniu tytulu ktory dobrze by oddawal co sie dzialo (lub nie dzialo) w tygodniu, a jednoczesnie sie nie powtarzal. Oj glupi ja.

    A tymczasem kolejny tydzien nam minal nie wiedziec kiedy. Dluzy sie strasznie, a pozniej jakos tak szybko. Tydzien minal na pracy (niespodzianka!), znajdowaniu kostiumu dla Gosi na impreze halloweenowa (tez niespodzianka, bo jednak idziemy) i montowaniu laweczki do cwiczen. Rich po kursie na trenera personalnego ocenil, ze atlas jest be. I kupil laweczke. I teraz mamy i atlasa i laweczke.

    Gosia sie cieszy bo zarabia dobrze – pod warunkiem ze ma prace. A z tym bywa problem, szczegolnie kiedy szefuncie jej komunikuja w srode, ze kolejny tydzien ich nie ma. No i sie bedzie lenic. Obiadki mezowi gotowac. I moze przygotowywac na impreze?

  • 30 koni

    w czerwonej stajni stoi. Klapie, tupie, a czasem ze strachu dzwoni.

    Cale szczescie, ze Gosia dalej je wszystkie posiada, niektore tylko bedzie musiala zakoronkowac. Tydzien minal nam bowiem pod znakiem codziennych wypraw do dentysty i prob ratowania jej ukruszonych fatalnym upadkiem zebow. Tymczasowe pozalepianie i naprawienie kosztowalo 1000 zlotych, ale prawdopodobnie ponad drugie tyle pojdzie w swieta na zrobienie jej koronek.

    Ja przepracowalem pozostale dni jakie bylismy w Polsce, a w czwartek po krotkiej i przyjemnej podrozy wsiedlismy do samolotu w Szymanach i wyladowalismy w Londynie.14804794_1262657030452429_201664594_n

    14826259_1262656693785796_2019791849_nDzien w pracy i weekend minely spokojnie. Zarejestrowalismy sie u lekarza, poszlismy do agencji zostawic breloczek i pozostale czesci spedzilismy przed tv ogladajac seriale.

    Tylko zona juz mnie nie slucha i w zwiazku z tym niestety nie idziemy jednak na impreze Halloweenowa…

  • Bęc.

    Tydzien minal nam spokojnie do czwartku, w ktory to zapakowawszy sie w autokar dojechalismy na lotnisko i polecielismy do Polski. Po raz pierwszy ladowalismy na lotnisku w Szymanach – bardzo fajny, malutki terminal no i o poltorej godziny blizej do domu. Mysle, ze bedziemy czestszymi goscmi, szczegolnie ze zarzad robi dobra robote i otwiera coraz wiecej polaczen.

    W sobote natomiast wesele.14619944_1255411657843633_1838620971_n

    Gosia ubrala sie znowu w dluga czerwona sukienke i zlote obcasy i musze powiedziec ze byla chyba najfajniejsza laska na calym weselu. Niestety nie skonczylo sie ono bardzo dobrze i tu wlasnie dochodzimy do tytulowego béc. Zona, jak zwykle po wiekszej ilosci alkoholu wpadla w nastroj buntowniczy przeciwko mnie i kiedy przyszedl czas sie zegnac ledwo zmusilem ja do wstania od stolu. A kiedy mi sie to w koncu udalo, to wierna w swoje sily wstala i wywinela takiego orla, ze sala po wszystkim wygladala jak miejsce zbrodni… Bilans strat i zyskow? Zyskane 5 szwow na brodzie, zyskana reputacja weselna do konca zycia, stracone powierzchnie dwoch zebow, stracona spora ilosc krwi malowniczo rozlanej na sali weselnej i koszuli Mariusza.

    14699906_1255411991176933_843825292_n

    No zapewnila mi i swoim rodzicom przyjemna rozrywke na koniec. Ale dzisiaj obiecala, ze bedzie sie mnie teraz sluchac we wszystkim, a jesli nie bedzie to mam to sila wymuszac.

    A dzisiejsza niedziela minela dosc nietypowo. Po wyspaniu sie pojechalismy z rodzicami i Zebrowskimi na kawe w ramach ich cotygodniowej wizyty w innych restauracjach naokolo Elku. I wyladowalismy w burdelu. Doslownie. Zebrowscy wywiezli nas do Czarnego Pajaka, motelu/baru oficjalnie, a mniej oficjalnie nightclubu polaczonego z domem publicznym. Okazalo sie, ze wlascicielami sa jacys znajomi Zebrowskich z lat dawnych i w ramach zartu tam wlasnie nas zabrali. Po wejsciu i poproszeniu o kawe (sic!) okazalo sie, ze wywolalismy spora panike – mysleli ze jestesmy z Urzedu Skarbowego :D. Dosc nietypowa wycieczka, ale teraz mozemy sie z Gosia pochwalic pierwsza wizyta w agencji towarzyskiej. I to wspolnej!

  • Jaki tu spokoj

    nananana…

    Nic sie nie dzieje… nananana?

    Cala piosenke moznaby przespiewac. Bo praca w tygodniu (Gosia wyrabiajaca wiecej godzin ode mnie) i lenistwo w weekend (z jakimis zakupami do Polski).

    Moze wspomne jedynie o zakupowym szalenstwie ktore nas ogarnelo mimo coraz czestszych wspomnien Gosi o tym, ze powinnismy chyba oszczedzac. Po pierwsze zestaw to paznokci zelowych. To mozna zaliczyc do inwestycji, bo dzieki temu Gosia nie bedzie musiala chodzic do kosmetyczki na paznokcie. Drugi to prezent, w koncu udalo mi sie zakupic medialnego boksa do domu w Liskach – mam nadzieje ze rodzicom sie spodoba. A trzeci to decyzja o zakupie kamery, a dokladniej GoPro. Jacys wielce aktywni nie jestesmy, ale na pare razy by sie przydalo szczegolnie kiedy oglada sie jakie fajne filmy wrzuca Kuba. No i bedzie w ramach wczesnego prezentu swiatecznego (bo mozliwe ze kupimy jakos w listopadzie ;)).

    I tyle, nananana.