Category: Dzienniki Londynskie

  • Fit!

    Minal nam tydzien zycia fit. Ciezko jest. Chodzimy tacy na wpol glodni czasami, ale sie trzymamy. Podobno mowia, ze po 2 miesiacach zaczyna byc latwiej bo wchodzi to w nawyk. Ale wez i wytrzymaj dwa miesiace!

    Na razie sie nie poddajemy, Gosia dzielnie trzyma diete z niewielkimi odstepstwami na kolacje Richowe i cwiczenia. Ja dzielnie licze kalorie i cwicze i nawet znowu do pracy rowerkiem zasuwam no i jak zwykle w siatke gram.

    Oprocz tego bez w zasadzie wielkich nowin. Ot, praca, jedna wizyta kino. Dzisiaj zabraklo wody, ale to chyba niewielki problem w porownaniu z kolejnym wypalaniem komina w Liskach. Na szczescie nic sie nie stalo – oprocz popekanego komina.

  • Czy ja juz wspominalem o pociagach?

    Powoli chyba trzeba sie przyzwyczajac, ze transport publiczny w Londynie lubi sobie odwalac. Od dzisiaj zaczal sie strajk w metrze. Lawinowo padla cala komunikacja londynska. Autobusy – przepelnione. Pociagi? Moze i jezdza ale stacje zamykane i ewakuowane z powodu przeludnienia. Taxi? Uber z surgem 3.2 zarobil na nas pelno kasy bo ostatecznie wlasnie tak z Gosia, Mattem i Ioana dostalismy sie do pracy. Jutro rower, bo strajk chyba dalej trwa…

    Wspomne jeszcze cos o zeszlym tygodniu, w poniedzialek wizyta w Bialymstoku. Odwiedzielismy Anie z Piotrkiem, Justyne z Michalem i Maliny. Wszyscy z dziecmi. Wracajac z Bialego napotkalismy sniezyce i bylo to zapowiedzia prawdziwej zimy. Od srody przyszly mrozy po -20 stopni i utrzymywaly sie az do naszego wyjazdu. Bylo lekkim szokiem termicznym wystartowanie z -20 i wyladowania w +11. A pogoda tutaj juz typowo londynska – znaczy leje.

    Pozostala czesc tygodnia minela mi na pracy, a Gosi na wizytach u rodzicow. I tylko w piatek na siatke poszedlem.

    Sama podroz bez wrazen w zasadzie, samolot nie byl opozniony, na lotnisku na spokojnie. Tylko cholercia walizke nam popsuli w trakcie, ale na szczescie nie jest to jakis wielki problem, bo pewnie pieniadze zwroca.

    W weekend nie robilismy w zasadzie nic i to tak skutecznie, ze zapomnialem o napisaniu dziennika, dlategoz wpis w poniedzialek.

    Od dzisiaj zyjemy fit. Gosia na diecie narzeka, ja licze kalorie. Gadzety wspomagajace zakupione, cwiczenia pierwsze odbyte. Bedziemy jak mlodzi bogowie i mlode boginie ;)

  • Kolejny rok za nami

    Dzisiaj zaczelismy nowy 2017 rok impreza u Milosza. Byli oni, my, Kuba i Piotrek z Ola. Cala noc przegralismy w Cards Against Humanity i Sabotazyste. Zabawa byla fajna, o polnocy poszlismy ogladac fajerwerki, wypic szampana i zlozyc zyczenia. I mimo dosc spokojnego przebiegu spac poszlismy dopiero o 6. Ciezki dzien dalej, bo prowadzilem do domu, ale jakos wyszlo. Przy okazji obejrzelismy nowe mieszkania Kuby i Milosza. Obydwa fajne, wysokosc fajniejsza u Kuby, ale za to salon przestronniejszy u Milosza. Ale mimo wszystko – to jest mieszkanie w bloku i do tego w Warszawie. Ja podziekuje.

    A zeszly tydzien? We wtorek mialem wolne z okazji Swiat w weekend. Wykorzystalem wiec dzien, na wyprawe z Filipem do Ostrowi na drafta Magicowego. Gosia tym razem puscila mnie samego, bo oznajmila, ze 6 godzin czytania ona nie wytrzymie. Filipowi mimo choroby poszlo lepiej, ale i tak bylo zajebiscie. No i oprocz gry udalo nam sie spotkac z Markiem, Bezykiem i Magda. A do tego jak wrocilem, to jeszcze Kuba byl u nas i zagralismy szybko w jakies planszowki.

    Pozostale dni minely mi na pracy, a Gosia w srode spedzila dzien u rodzicow i dokonczyla puzzle z Damianem, w czwartek pojechala z mama do Elku do kosmetyczki, a w piatek wyciagnela mnie na wieczor do Ilony i Rafala, ktorzy oznajmili nam, ze kolejne dziecko w drodze. 15871006_1336792359705562_184566369_n

  • Potworrne swieta

    Mi tydzien minal dosc standardowo jesli nie brac pod uwage zmiany miejsca pracy. Zamiast siedziec i pracowac w biurze, siedzialem i pracowalem w domu. Przynajmniej do czwartku.

    Gosia miala bardziej urozmaicony tydzien, bo zalatwiala sobie latanie zabkow, pomagala w sprzataniu dwoch domow, wymieniala numery w komorce i ogolnie zalatwiala milion roznych spraw.

    W piatek wzialem wolne i szalenstwo wigilijne zaczelo sie i dla mnie. Zakupy choinkowe, ostatnie swiateczne a takze sprawunki inne zajely wieksza czesc piatku, co nie przeszkodzilo w sprzataniu i tradycyjnym wieczornym lepieniu 158 pierogow. Sami, bo wszyscy goscie sie wypieli i zjawili dopiero na Wigilie.

    Wigilia, ah Wigilia – 17 osob nas bylo, co roku bijemy kolejne rekordy oraz wymyslamy kolejne sposoby usadzania gosci przy stolach. Co roku z sukcesami. Nie bede wspominal ilosci jedzenia, wspomne tylko ze tata chyba uruchomil pompe ciepla, a dostalismy 2 gry planszowe i to dostosowane pod publike angielska – bardzo dobrze pomyslane.

    W niedziele aby walczyc troche z postepujaca ciaza spozywcza zebralismy sie i pojechalismy pograc w siate w skladach Szewczykow, Gaszczakow i Mazurkiewiczow +1. Czyli bylo nas 8 osob. Walka okazala sie na tyle skuteczna, ze wyeliminowala z mozliwosci powtorki niedzielnej Olafa i zrezygnowalismy.

    Oprocz tego obiad u tesciow, ukladanie puzzli u tesciow, a na koniec pol nocy pokonywania potworow i to z sukcesami.

    A dzisiaj, w ten piekny poniedzialek juz bardzo leniwie. Caly dzien przy komputerze, planszowkach (tym razem potwory bez sukcesow) i ogolnie przyjemnie.