Category: Dzienniki Londynskie

  • Lo matko, bilety…

    W ciagu tygodnia chyba nic ciekawego, w czwartek tylko poszlismy do przychodni zalatwic dostep online do rejestracji. Oprocz tego standardowo, praca, jakies kino, jakies cwiczenia. Normalka.

    Odrobinke wiecej dzialo sie w weekend, w sobote w ramach dalszego ukulturawiania sie odwiedzilismy National Gallery. Pelno pieknych obrazow i fajnie tak na zywo zobaczyc obrazy Van Gogha, Moneta, Maneta i calej reszty zgrai.

    Niedziela natomiast zostala spedzona pod znakiem wydawania ogromnej ilosci pieniedzy. Jako, ze nie doczekalem sie zadnej odpowiedzi od Filipa w sprawie kawalerskiego Milosza uznalem, ze nie ma co czekac i kupilem bilety tylko na wesela. Po czym kupilem bilety na powrot. Po czym kupilem bilety znowu do Polski i znowu na powrot. Te pozostale to ze wzgledu na Gosie, ktora zabiera Damiana na 2 tygodnie tutaj i odwozi go z powrotem i pozniej wraca. Dobrze chociaz, ze mnie nie ciagnie w to odwozenie…

    Jutro juz tylko bede musial poprosic o urlopy i je dostac.

  • Hakuna matata!

    Standardem juz stalo sie to, ze ja opisuje, ale pamieta to Gosia. Ja zapominam co sie dzialo 2 dni wczesniej, wiec chyba codziennie musialbym ten dziennik pisac… A, az tak to mi sie nie chce. Na szczescie Gosia pamieta, wiec lecimy z tym koksem.

    Poniedzialek zakonczyl sie popijawa Skypowa. Martyna mial wolne wiec na caly wieczor zasiadly przed komputerami, kazda z butelka wina i sie nabzdryngolily. Gosi standardowo sie agresor na meza wlaczyl – sie mam ja z ta zona…

    Wtorek znowu Gosi, bo pierwszy raz poszla na joge. Jakas relaksacyjna podobno i chyba dalej bedzie chodzic. Zestresowana byla niesamowicie, tez juz standardowo.

    Czwartek to juz ja. Ostatni dzien w pracy Alexa – okazalo sie ze odchodzi, bo jego zona jest w ciazy. A ze maja jakies plany zrzucenia calej opieki nad dzieckiem na opiekunke, to potrzebuje wiecej pieniedzy. Dlatego odchodzi z firmy, zeby szybko zarobic na kontraktach. Ze wzgledu na jego ostatni dzien z chlopakami zostalismy dluzej pogadac, pograc w Magica i zjesc pizze. Przyjemny wieczor i rozstalismy sie jako przyjaciele ;).

    I wracamy znowu do Gosi i jej urodzinowego weekendu. Zaczal sie od popsucia sukienki, ale pozniej bylo tylko lepiej – no bo gorzej chyba nie moglo byc. Wczesnym popoludniem pojechalismy do centrum na musical Krol Lew. Niesamowite wrazenia, kostiumy, piosenki na zywo, aktorzy. Genialne przedstawienie, ja pod nosem spiewalem Hakune Matate, a Gosia na przemian sie chichrala, albo plakala. Potem obiadokolacja we wloskiej knajpie za rogiem i powrot do mieszkania na pare kielonkow bimberku przed wyjsciem na impreze. Standardowo Grand, standardowo duzo tanca i powrot po pijaku. Jak nigdy Gosia prawie trzezwa chociaz wiec tym razem obylo sie bez awantury.

    A niedziela do dogorywanie po imprezie. Sniadanko na wyjsciu, zaraz potem siatka, kolacja dowozona. Lenie z nas straszliwe.

    To ja tylko dodam, ze w tym roku znow w piatek dostalam ciacho od szefunciow, ktore posluzylo w sobote za tort :) a maz naprawil u jubilera (po 2 latach od zgubienia oczka) moj pierscionek zareczynowy :) kurde… to juz 7 lat minelo, kiedy powiedzialam Tak! 

  • Wolnosc

    Ale tylko w sensie kucharskim. Znaczy korzystajac z Richowego wyjazdu na wakacje okupujemy slow-cookera na potege. I tak, mielismy fasolke, kurczaka korme, pomidory nadziewane miesem kraba i jutro bedzie kurczak z kuskusem. Plany sa na zamrozenie wiekszosci, zeby pozniej miec gotowe lunche i kolacje tylko do odgrzania.

    A oprocz kucharzenia wolnego, to jeszcze zona zazyczyla sobie ciasta i diete szlag trafil. Nie powtrzymalismy sie i w dniu dzisiejszym skonczylo sie na 3 kawalkach i przekroczeniu zapotrzebowania cukru na 30g. No nic. Spali sie. Moze :)

    Oprocz tego w sobote wybralismy sie do muzeum. Jeszcze nigdy nie bylismy w British Museum i bylo naprawde fajne. Kamien z Rosetty, mumie i cala masa kosztownosci. Zawsze sie zastanawiam, czy to jest prawdziwe, czy oni tylko pokazuja jakies repliki.

    Pozniej pizza i obowiazkowa klotnia z zona na temat ubioru. Ja, bo za duzo wymagam i sie nie zmieniam, ona bo sie nie ubiera jakbym chcial i sie nie zmienia. Ot, normalnosc malzenska.  (mhm…)

    W pracy sie sporo dzieje. Mamy zewnetrzna “kontrole” ktora probuje firmie pomoc sie odbic i zaczac zarabiac pieniadze. To oznacza sporo szybkich zmian i sporo nowosci, ale mam nadzieje, ze wszystko pojdzie jak trzeba

    A o tym, ze ostrzyglam,, ze Ci POMIDORY podjadlam, ze sprzataczke nowa mamy tez nie? no coz… 

  • Walentynkowe lenistwo

    Gosia miala caly tydzien wolnego, bo okazalo sie, ze tesciowie Karoliny jednak nie na dwa dni, a na caly tydzien przyjezdzaja. Ostatecznie okazalo sie, ze w piatek moglaby isc do pracy, ale slusznie zauwazyla, ze nie bedzie robic za awaryjna nianie i wymowila sie zaplanowanym dniem.

    W tytule napisalem o lenistwie, ale tego to duzo nie bylo. Bylo natomiast mnostwo jedzenia – golabki, nalesniki, rosoly i cos jeszcze chyba… Ja samemu tez nie proznowalem, bo zrobilem pulled pork. Swietna sprawa i jaka zdrowa i tania. A do tego sprzatala, prala, prasowala. A propos sprzatania, to wyglada na to, ze niestety stracilismy juz na stale sprzataczke i jest dodatkowy problem bo nie ma jak sie z nia skontaktowac, zeby chociaz odebrac klucze do mieszkania. Miejmy nadzieje, ze nic sie nie stanie…

    W kwestii zywieniowej to dostalismy rowniez zamowienie z musclefood. Pelno zdrowego miecha, ktore od razu poszlo do zamrazarki. I skoro juz o zdrowiu pisze to mamy spore sukcesy na tle fitnesowym. Gosia moze sie pochwalic czterema zrzuconymi kilogramami, a ja osmioma. Sukcesy na tyle duze, ze ja powolutku zaczynam myslec nie tylko o zrzucaniu, ale dodatkowo o zrzucaniu celowym. Nie tylko kilogramy, ale chetniej sam tluszczyk, tak zeby miesni przybylo ;).

    Wracajac do tytulu, w tygodniu mielismy walentynki. Wybralismy sie do pobliskiej restauracji francuskiej (Gazzette) na kolacje i calkiem przyjemnie sobie podjedlismy. Zakonczylismy kolacje w lozku, wiec walentynki nalezy uznac za udane :)

    W piatek, zona sie zbuntowala przeciwko domowi i zazyczyla wyjscia do klubu. Niedobry to byl pomysl, bo zaczela od wina, ciagnac bimbrem i dokonczyla jednym ginem juz w klubie. I musialem ja odprowadzic do domu jak zwykle narazajac sie na gryzienie i wyzywanie… przynajmniej ladna koszulke zalozyla i milo mi bylo na nia popatrzec.

    Na weekend byly plany ambitne, spacer jakis albo muzeum… Kacyk je jednak szybko zrewidowal i spedzilismy sobote w domu, a w niedziele ruszylem sie tylko na standardowa siatke.