Category: Dzienniki Londynskie

  • Karmimy angoli

    Znowu tytul odnosi sie do koncowki tygodnia, ale ja standardowo zaczne od poczatku – jakos mi tak latwiej pociagnac pozniej.

    Tak jak pisalem, niedziela zakonczyla sie planszowkami i w ten sam sposob zakonczyl sie poniedzialek. Oprocz tego zorganizowalismy tez siatke razem z Filipem i Grzesiem. A po siatce poszli sie kapac w jeziorze. Wariaci zupelni.

    Wtorek juz my na wariata, bo przed wylotem trzeba bylo odstawic Warszawiakow na powrotnego busa, pozniej odwiedzic nowozencow u nich w mieszkaniu i na koniec dojechac do Olsztyna. Dobrze, ze nam lot przelozyli z 17 na 20 to byl czas zalatwic wszystko. Moze oprocz znalezienia cydru lubelskiego – najlepszego jaki dotychczas probowalem, te angielskie tutaj sie nawet nie umywaja.

    W srode kolejna siatka w ramach ligi i niestety kolejny przegrany mecz. Slabiutko nam idzie, ale pograc mimo wszystko fajnie. A kiedy ja gralem to Gosia w wirze pracy najpierw pracowala pilnujac dzieci, a pozniej piorac, prasujac i doprowadzajac mieszkanie do porzadku. Dobra mam zone.

    Czwartek juz standardowa praca obojga, z tymze troche dluzsza dla Gosi. Z okazji piatej rocznicy Mark z Karolina zabrali Richa i Daniela na uroczysta kolacje. A w miedzyczasie Matt zdazyl nam mocno dopiec chlebek stojacy w piekarniku od rana. Ale jakos go zjemy.

    Piatek kolejna siatka, 3 w tygodniu. Niezle sobie daje czadu i trzeba przyznac, ze dzisiaj to czuje w miesniach.

    Weekend dzisiejszy minal nam pod znakiem lenistwa w sobote i w koncu tytulowego karmienia angoli. Jako, ze ostatnie w razy Rich fundowal na kolacje niedzielna to poczulismy sie w obowiazku odwdzieczyc sie tym samym. Zaprezentowailsmy zupe-krem z dymi, rolade z indyka i panna cotte. Sukces murowany!

    Dlugie te wpisy straszliwie… ale Gosia mnie obdziela zoltymi karteczkami z calym tygodniem wyliczonym, wiec jak pominac jakis dzien? Sie nie da, wszystko trzeba opisac…

  • Sezon na weselicha

    Chcialem zaczac od nawiazania do tytulu, ale nijak nie moglem sie zdecydowac jak dalej watek pociagnac – dlatego zaczne jednak grzecznie od wtorku w ktorym Gosia zaczela drugi sezon jogi. Wkrecila sie mocno, bo jak juz wspominalem sama tez juz kupuje ksiazki i ma zamiar cwiczyc (jesli tylko czas bedzie). A i ja sie bardzo z tego powodu ciesze, bo juz od dobrych paru lat ja namawialem ze wgledu na wady postawy ktore joga jednak jakos moze poprawi.

    W czwartek zebralismy sie na samolot i dotarlismy do Polski bez najmniejszych problemow. Polecielismy na Mazury, wiec i droga powrotna przyjemna i sie nie dluzyla zbyt mocno. Piatek mialem pracujacy, zeby zbyt duzo dni wolnych nie wykorzystac, a zaraz po pracy polecielismy wszyscy na siatkowke. Razem z Gosia, ktora tez dawala rade, choc okupila to pozniejszymi spuchnietymi przedramionami i kolejnym pieknym siniakiem na kolanie. Dobrze chociaz, ze sukienka weselna byla dluga…

    A propos wesela, w koncu nawiazanie do tytulu. Bo wlasnie w sobote od slubu i zabawy u brata Gosi- Roberta z Paulina rozpoczelismy tegoroczny sezon weselny. Sobota minela na przygotowaniach, ubieraniach sie i gonitwie. Gosia ze sliczna fryzura wygladala chyba najlepiej ze wszystkich gosci (i to wliczajac panne mloda ;)). Bawilismy sie mimo zmeczenia do samego konca, bo jako kierowcy rodzicow mlodego musielismy pomoc w sprzataniu po weselu i pakowaniu wszystkiego dobra.

    W niedziele natomiast po przespaniu sie wsiedlismy w samochod i pojechalismy do Ostrowi. Dziadek Franek wyladowal na poczatku tygodnia w szpitalu z powodu zapasci i wprowadzony w spiaczke farmakologiczna spi dalej. Mama juz od czwartku byla przy nim, pomagajac cioci i zajmujac sie babcia. Na szczescie srodek dlugiego weekendu spowodowal, ze droga w obie strony byla bardzo znosna.

    A po powrocie zaraz zbieramy sie posiedziec z Filipem, Grzesiem i Alicja, ktorzy przyjechali polenic sie u nas w sobote. Pogramy w bilarda, planszowki i pewnie sie czegos napijemy.

  • Maratony, maratony

    Cwiartki znaczy – przynajmniej dla Gosi. Od poniedzialku zaczela bowiem biegac po 10 kilometrow. Dumny jestem. A do tego sie chyba wkrecila w joge, bo zaczela kupowac o niej ksiazki. A oprocz tych dorwala jakas nowa ksiegarnie z promocjami i kupila wiecej ksiazek, tym razem nie o jodze, ale po angielsku dla siebie do czytania. Jeszcze bardziej dumny jestem.

    A maraton to w ten weekend w Londynie, Matt z Katie i Vicky wybrali sie kibicowac ich wspolokatorke, to jest wyczyn… Ciekawe, czy Gosia tez w przyszlym roku sie wybierze ;) Tiaaa, chyba popatrzec jak inni sie mecza :P

    Tydzien mielismy krotszy, bo poniedzialek swiateczny wolny – ale Gosia i tak wyrobila wiecej godzin niz w normalny tydzien pracy. Na szczescie nie zrobila tego wszystkiego w 4 dni, bo pare godzin przesiedzielismy wieczorem w niedziele u Hallerow, kiedy oni wybrali sie na wesele. Ale i tak od rana do wieczora pracowala.

    Tym razem ja sie troche pochorowalem, niestety, ale lepsza i cieplejsza pogoda oznacza mocniejsza klimatycje. A ta dmucha prosto na mnie zimnym powietrzem. Wystarczyly 2 dni i sa efekty… Katar mnie meczy, mam nadzieje tylko ze szybko przestanie. Mam ambitne plany na jutro, zeby zakryc te wyloty klimy ktore wieja na mnie.

    A dzisiaj kolejny z serii brytyjskich obiadkow. Rich tym razem zaserwowal nam kurczakowe i swinskie ciasto. Znaczy ciasto francuskie wypelnione nadzieniami – z kurczaka z pieczarkami i papryka i z miesa wolowego z cebula. Zaserwowane z ziemniakami i groszkiem. Ciekawe i smaczne danie, szczesliwie wczesniej gralem w siatke wiec nawet kalorie sie zgadzaly ;)

    Grzecznie chodzimy tez juz 3 tydzien do kosciola, ciekawe ile wytrzymamy. Trzeba przyznac, ze najbardziej przyjemne sa powroty do domu ktore robimy sobie spacerkiem nad rzeka, wiec moze wytrzymamy troche dluzej.

  • Ale nie o to chodzi, by zlapac kroliczka

    Drugi tydzien “urlopu” Gosiowego, juz nie chcialo jej sie tak gotowac, ale jest usprawiedliwiona przygotowaniami do Swiat. Bo Swieta przyszly i juz prawie przeszly. Paczka z Polski tez zdazyla dotrzec na czas, niestety ze stratami w postaci rozbitej butelki bimbru i peknietego sloiku majonezu :/ Poza tym przygotowujac Wielkanoc bardzo duzo sie nie narobilismy, ot pare salatek, zurek, sprzatanie domu. Pare wypraw do kosciola na swiecenie jaj i msze niedzielna. No i sniadanie niedzielne, na ktorym jednak nie bylismy sami – dolaczyli do nas Rich z Vicky i chyba im smakowalo.

    W pracy normalnie, nie liczac krotszego tygodnia (bo i piatek i poniedzialek sa tutaj wolne), jakies kino, siatka, cwiczenia. Te cwiczenia to ciezko…,bo swieta i nasze Polskie obfitujace w tradycyjne potrawy niestety nie sa zbyt zdrowe (niedopowiedziane), wiec niedziela spedzona na jedzeniu da sie nam troche we znaki.

    Dodatkowo w Wielkanoc od poludnia minela pod znakiem “pracy zarobkowej”, gdyz zgodzilam sie przyjsc z mezem i zajac dziecmi, by szefostwo w tym czasie moglo wybrac sie na wesele.