Category: Dzienniki Londynskie

  • Gdanszczanie

    Jako ze tydzien obfity w wydarzenia wszelakiej masci, tedy nie przedluzajac wstepu.
    Gosia zaczela chodzic do biura. Pare godzin tygodniowo, z bardzo niewielka zaplata, ale niech sie wdraza w srodowisko biurowe. I pozostajac przy pracy, w czwartek wybralismy sie na kolacje firmowa z ludzmi z Boodles – strony internetowej ktora stworzylismy. Skonczylo sie jak zwykle na siedzeniu w pubie do polnocy i nawet Gosia dolaczyla na pare drinkow. Drinki zakonczyly sie zakladem z Anna, kto bedzie potrafil wiecej wypic. Nie wiem tylko kiedy zaklad zostanie sprawdzony.

    Caly tydzien goscil u nas Milosz i z tej okazji pofolgowalismy sobie troche z jedzeniem odwiedzajac Sushi Cafe w poniedzialek i Bradys na Fish&Chips w piatek. Poza tym wieczorne drinki, jakies planszowki i tym podobne rozrywki.

    A skoro juz o rozrywkach, to zamrazarka i kurczak postanowily zapewnic nam jej calkiem sporo. Chcielismy wyjac torebke z kurczakiem, a zostalismy z osmioma kilogramami i rozmrozona zamrazarka. Okazalo sie bowiem, ze nie jest dobrym pomyslem wkladanie torebek ze swiezym kurczakiem na scisk przy sciankach, bowiem maja one tendencje do przymarzania. Kompletnego. No nic tam, alesmy narobili cale kilogrmay jambalayi i pulled chickena i z powrotem do zamrazarki. Teraz jak nam sie nie bedzie chcialo gotowac, to zawsze cos sie znajdzie.

    I pozostajac przy rozrywkach, weekend caly uplynal nam pod znakiem Gdanska. Na lotnisku z samego rana pojechalismy z Miloszem i tam rozdzielilismy sie na rozne samoloty. W ramach rewanzu z zeszlorocznej wizyty, tym razem my zjawilismy sie u Wioli i Piotrka. Wizyta udana i zaplanowana w kazdym calu, w sobote Gdynia, klify, molo i dwa Dary (przepiekne!) + domowka i Ewy (siostry Wioli). W niedziele troche kulturalniej Westerplatte i muzeum II Wojny Swiatowej. Szkoda tylko, ze takie wielkie i po 3 godzinach przeglodzenia sie, czlowiek zamiast dalej uczyc sie co sie to kiedys dzialo, myslal tylko o jedzeniu. Zakonczylismy niedziele nieco mniej kulturalniej, Piotrek zmyl sie do rodzinki, a Wiola zabrala nas na objazd po barach i pijalniach Starowki. W poniedzialek ostatni dzien na spokojniej juz molo w Sopocie, obiad i lot powrotny do Londynu. I juz z domku odliczamy kolejne miesiace do powrotu do Polski i nie dajemy sie zwariowac szefom i wspollokatorom.

  • Szorstkie sprawy

    Od jakichs 2 tygodni wtorki sa wyjete z diety. Zaczal sie nowy sezon The Great British Bake off. No nie da sie tego ogladac bez jakiegos ciasta czy innych slodkosci… W tym tygodniu Gosia zaserwowala ciasto czekoladowe ktore z dodatkiem kremu umilalo nam wtorek (i pare pozniejszych dni).
    Reszta tygodnia minela bez wydarzen wartych wspomnienia.

    W sobote… bawilismy sie genialnie biegnac w Rough Runnerze. Takim 10 kilometrowym biegu z roznymi przeszkodami. Na poczatku bylismy dosc niepewni idac tam, szczegolnie ze reszta teamu sie na nas wypiela – natomiast po paru pierwszych przeszkodach do samego konca dobry nastroj juz nas nie opuszczal. Gosie opuscila tylko troche cieplota ciala, bo niestety nie dala rady na kilku przeszkodach i wyladowala w zimnej wodzie. A jak Gosia laduje to na calego – razem z wlosami. I pozniej dygocze Ci taka mokra ;).
    Ale bieg zakonczylismy, medale dostalismy i tylko kolejne godziny filmow do przegladania.

    W niedziel natomiast z samego rana przyjechal do nas Milosz. Praca wyslala go jako konsultanta do Londynu na caly tydzien. Wiec zaczelismy od sniadania w Jacku, pozniej milej siatkowki na dworze i proby wybrania sie do kosciola. Zakonczonej niepowodzeniem, bo ruch byl niesamowity…

  • Telefony, telefony

    Telefony w mojej glowie. Tak w zasadzie mozna na szybko podsumowac moj ostatni tydzien. Z wielu powodow. Po pierwsze z jakiegos powodu caly tydzien w zasadzie dzwonilo mi w glowie. We wtorek rano na tyle mocno, ze napisalem do biura i zostalem w domu. Na szczescie prochy i godzinka dluzej spania pomogly na tyle, ze zdalnie przepracowalem caly dzien. Gosia zasugerowala, ze to dlatego ze za malo jem, wiec od weekendu zamiast 150g kurczaka na porcje, jem juz 200g. To juz 800g kurczaka dziennie! Jak dalej bedzie mnie bolalo, albo bede chudl… cos trzeba bedzie zmienic ;).
    A po drugie, z powodu wyjazdu Daniela znowu wrocilem do oczojebnej Nokii. Nie moge sie doczekac pazdziernika i kupna nowego telefonu…

    W Gosi glowie przede wszystkim polmaratony. W poniedzialek dostala nowe buty i w ramach testow przebiegla 18 kilometrow. Buty okazaly sie zbyt male… Dystans na szczescie byl bardziej imponujacy, bo wystarczy dolozenie 3 kolejnych i juz za miesiac bede pekac z dumy! Jesli chodzi o prace, to po paru dniach przerwy z szefami wakacjujacymi sie w srode wrocila do dzieci i od razu wyrobila dobrych kilka godzin. Dostala tez zapewnienie stalosci zatrudnienia na przyszlosc, wiec pracy na razie nie musimy szukac.

    Jako ze nareszcie przyszly do nas tokeny z Tesco, ktore mielismy zamiar wykorzystac na wejscie do Zoo, to w sobote wybralismy sie do Tower of London. Musze powiedziec, ze to jedna z najlepszych atrakcji, przepiekne budynki, swietne eksponaty no i klejnoty koronne.

  • Kaczor Donald

    Chociaz z drugiej strony miejmy nadzieje, ze nie, bo mysmy go zezarli podwojnie w ten weekend. Jakos chcialo mi sie kaczki, wiec zakupilismy i w ramach eksperymentow kulinarnych jedlismy piers z kaczki i w sobote i w niedziele. Bardzo dobra, z sosem winno sliwkowym, ziemniaczkami i szpinakiem.
    W sobote wybralismy sie na krotkie zakupy i lunch do Kingston, a wieczorem wzielismy sie w koncu za porzadkowanie zdjec. Pierwszy raz od roku… a teraz jeszcze filmy dochodza ktorych tak naprawde nie mamy nawet jak obrobic, bo na Linuksie sie nie da, a Gosi komputer za slaby. Plan jest na kupno tabletu na swieta, ale jednak oszczedzac troche na to mieszkanie wiec nie wiadomo co wyjdzie… Podczas tego przebierania zdjec Gosia obalila cala butle wina i nabrala ochoty na tance, wiec skonczylismy w Grandzie. Tylko na kwestie ubierania sie spuscmy zaslone milczenia…

    Z tego powodu w niedziele w kosciele bylismy pozniej niz zwykle, a z racji rozpoczynajacej sie jesieni znowu przeniesli mi siatke na niedziele wiec dzien spedzilem aktywnie. No pozniej troche mniej, bo przesiedzielismy caly wieczor ogladajac MasterChefa i gotujac wlasne potrawy.

    W kwestiach pracowych dosc powoli i spokojnie. Szefy wyjechali na tydzien wakacji, co niestety oznacza ze Gosia ma wolne. Ma jednak czas pocwiczyc i pogotowac wiec moze to jest nie tak zle? Tylko nie zarabia… Jakby tak mogla zarabiac cwiczac, albo gotujac… ;)