Category: Dzienniki Londynskie

  • Upalona trzydziestka

    Ha, tym razem pamietalem, ze musze napisac dziennik i nawet sie przygotowalem. Po raz pierwszy chyba w samolocie. Ale wiedzialem, ze w domu zjawimy sie na tyle pozno, ze na pewno nie bedzie mi sie nic chcialo.
    Tydzien… Full inclusive. Prazenie na plazy codziennie, trzy posilki dziennie codziennie i tyle alkoholu ile sie w czlowieku zmiesci. Dobrze ze tylko tydzien, bo po dwoch to watroba by wysiadla. Doszlismy tez do wniosku, ze i lenistwa tydzien to zbyt duzo. Jesli dluzsze wakacje to tylko z dodatkowymi aktywnosciami, a nie lezenie plackiem na plazy.
    Hotel bardzo fajny, wielka wanna w lazience, taras z widokiem na ocean… Sama Fuerteventura nas troche zaskoczyla krajobrazem. Ot pustynia z bardzo nieliczna zielenia. No ale nie przyjechalismy tam dla wyspy. Codziennie prawie zamiast nad basenami hotelowymi goscilismy na plazy oceanicznej. Bo Gosia opalala cycki. I wyszlo jej to wspaniale i super bylo sobie popatrzec na te polkule skapane w sloncu. Zeby tylko woda taka slona nie byla.
    Gosia zaczela tez jesc ryby i pomidory. Chyba to slonce jej zaszkodzilo. Albo alkohol, bo pomidory chwalila tylko pijana. Ja jak zwykle jadlem wszystko. Oboje boimy sie troche co nam pokaze waga jutro rano…
    Oczywiscie nie obylo sie tez bez spiec na tle ubiorowym. W moich myslach wyjazd urodzinowy na sloneczne wakacje wiazal sie z calkowitym brakiem stanikow. Gosia szybko to zrewidowala, bo codziennie gdzies ten stanik wcisnela… I nic zupelnie sobie nie robila ze mnie.

    Dzisiaj juz powrot do zimnego Londynu razem z 30 latkami na karku. Dziwnie tak, ale jakos zupelnie tego nie czuje. Wspominalem tylko Gosi, ze mentalnie zatrzymalem sie chyba kolo 25 i wiecej mnie nie rusza. Ciekaweckiedy tylko nastapi mentalne zatrzymanie sie na kolejnym progu? Oby jak najpozniej!

  • Po pijaku

    Tydzien oczekiwania na wakacje. Nic tylko odliczanie kolejnych dni. Doczekalismy w koncu niedzieli, ale dziennik bedzie musial poczekac tydzien az zdam relacje z pelnego tygodnia. Dzisiaj pisany w stanie lekkiego rauszu… No bo jak nie korzystac z full inclusif?!

    Aby sprawiedliwosci dziennikowej stala sie zadosc krotkie wspomnienie zeszlego tygodnia: praca, praca i jeszcze wiecej pracy. Z niewielkim urozmaicehiem w postaci fotografa ktory robil nam przez caly czwartek zdjecia. W zalozeniu do wykorzystania na strone, ale jestem ciekawy czy cos fajnego wyszlo.

    A tymczasem, zona bez stanikow caly tydzien w skapych strojach kapielowych bedzie przyprawiala o zawaly pozostalych gosci hotelowych, a teraz po kolacji i zawiani po paru drinkach idziemy na zwiedzanie hotelu.

  • Cisza przed…

    …wakacjami! Nie wiem czy przyszly wpis uda sie zrobic. No chyba ze jakos na tablecie. Zobaczymy.

    W zwiazku z tym nie dzialo sie nic. Wiemy tylko ze pojawily sie zdjecia ze slubow Oli (I Milosza) i Oli (i Michala), Grzes z Alicja i jakims znajomym przyjezdza na weekend do Londynu (ale ze wzgledu na wyjazd damy rade spotkac sie tylko na cydr w jakims pubie) i standardowa praca, cwiczenia i cala reszta normalnego zycia.

    We wtorek mielismy to prawidlowe Halloween. Dodatkowo byl final Bakeoff. Dodatkowo Matt dostal nowa prace. Tyle okazji, wiec postanowilismy uswietnic je wycietym ananasem swieczka, chinszczyzna na wynos i Carcassonne. 

    Niedziela to Bonfire night. Ale glupi Ci Brytyjczycy. Wieczory spedzilismy na “tarasie” ogladajac fajerwerki i zone. W spodniczce i bez stanika. Alez ona seksi…

    Over and out.

  • Halloween po raz drugi

    Gosiowy tydzien minal pracowicie chociaz nie w pracy. Karolina z Markiem i dzieciakami wybrali sie gdzies na polnoc Anglii na tygodniowe wakacje. Z tej okazji znowu mialem gotowane obiadki codziennie i zupelnie nie narzekalem. Oprocz tego Gosia czas spedzala bardzo aktywnie, sprzatajac, pracujac i cwiczac zeby zrzucic ostatnie kilgramy przed wakacjami (co natychmiast zaprzepascilismy w weekend…)
    Spedzala czas dzielac mieszkanie z Mattem, okazalo sie bowiem ze rzucil prace w Gravytrain (firmie w ktorej zaczal pracowal po LogicSpot). Na szczescie duzo czasu nie szukal nowej i juz od pierwszego listopada zaczyna nowa prace. Na razie wiec problemow z platnosciami nie ma.
    Wtorej dzielila mieszkanie tez ze mna, bo zrobilem sobie okazyjna prace zdalna korzystajac z tego, ze szefow nie bylo w biurze.

    W weekend przyszla pora na halloweenowe imprezowanie. Wieczorem po wypiciu butelki Tii Marii (i czesciowo Baileys) wyladowalismy jak zwykle w Grandzie. Po raz drugi, bo wykorzystalismy stroje z zeszlego roku. Dzieki temu mamy jednak porownanie i wypadamy z zeszlym rokiem znacznie korzystniej, a juz w szczegolnosci Gosia z jej idealnie zgrabnymi nogami.

    Niestety, zywieniowo weeken byl porazka. W sobote po przepysznym indyku (to bylo zdrowe), tak strasznie zawiedlismy z silna wola i wyladowalismy z lodami, ciastkami, herbatnikami na wieczor. A po imprezie na kacu z dowiezionym McDonaldem…

    Na szczescie udalo nam sie (znaczy mi) odrobinke powalczyc z roznymi rzeczami czekajacymi na dokonczenie. Skonczylem w koncu montowanie filmiku z Rough Runnera i ciagnac serie dorobilem szybki film z wioslowania po Tamizie. Pouczylem sie troche. Ale jednak wieksza czesc dnia zostala spedzona przed tv ogladajac Gold Rusha, Dine with me, Four in a bed, Masterchefa i grajac na tablecie w Fallouta. Straszne.