Ten tytul w innych okolicznosciach oznaczalby ogromne zmiany. Tym razem, to Gosia dostala propozycje podpisania umowy z Karolina. Poczatkowe propozycje w ogole wygladaly super, bo miala dostawac bardzo ladna gwarantowana miesieczna wyplate, wiec i platne wolne. Niestety, standardowo – ostateczna propozycja z mniejsza kwota powoduje, ze praktycznie nic sie nie zmieni. Ale my mili ludzie, nam umowa nie przeszkadza, wiec jesli Karolina chce, to Gosia ja podpisze.
Telewizja niedobra… znowu zaczela BakeOffa we wtorki. I znowu z ciastami bedziemy przesiadywac. I tyc. A juz powolutku tluszczyk zaczal zjezdzac w dol…
W weekend udalo nam sie zorganizowac kolejny wieczor planszowkowy, tym razem u Michaela i Ellen. Pierwszy raz w ich mieszkaniu (bardzo przyjemne choc malutkie) w piatke zagralismy w nowa planszowke. Ja jako fan bardzo lubilem, dziewczyny chyba troszke mniej. Matt z Katie sie na nas wypieli, co obsmialismy rowno – bo glownym powodem ich braku obecnosci bylo to, ze Matt nie ma dalej pracy. Nikt nie rozumial co ma jedno, do drugiego.
Dzisiejszy dzien spedzilismy poza domem. Z okazji dnia matki Katie znowu wyprawiala rodzinny lunch w mieszkaniu. Nijak nam sie nie chcialo spedzac czasu z ich rodzinkami, na przedpoludnie poszlismy do kosciola, pozniej kino, kolacja, a jak wieczorem wrocilismy to juz bylo pusto.
Zona juz podrzuca mi tylko kalendarz z wypisanymi wydarzeniami, nawet nie chce powiedziec. Wiec w kalendarzu widze, ze w tygodniu byl dzien kobiet i dzien mezczyzn. Gosia dostala kwiatka (nie podzielila sie), a ja dostalem czekoladki (i sie podzielilem) – wnioski pozwole wyciagnac czytelnikowi.
Category: Dzienniki Londynskie
-
Kontrakty
-
Zima
Podobno jestem przewidywalny i Gosia od poczatku wiedziala jaki bedzie tytul. No, ale jak inny jak to nasza pierwsza (i pewnie ostatnia) prawdziwa Londynska zima. Snieg i mrozy (no… powiedzmy) przez caly tydzien sprawily spore problemy komunikacyjne, ale jednoczesnie uruchomily prawdziwy nastroj zimowy. I troche nostalgii za Polska, kiedy rano w sniegu szlo sie do pracy.

Poniedzialek sie zaczal bardzo leniwie dla mnie. Po niedzielnym rozlozeniu sie uznalem, ze jeden dzien odpoczynku dobrze mi zrobi i spedzilem go w lozku ogladajac seriale i grajac na konsoli. Moglbym byc chory czesciej…
We wtorek juz niestety do pracy musialem isc. Spotkania i popracowa rozmowa kwalifikacyjna z włochem poszla dobrze, ale i tak nie wiadomo, czy gosc zdecyduje sie na prace u nas.
Skoczymy teraz do weekendu. Zaczal sie wczesnie od popoludniowej imprezy Twin Cup. Vicky z bratem blizniakiem i jeszcze jedna para blizniakow co roku organizuja impreze w ktorem razem z zespolami probuja dowiedziec sie kto jest najlepszy. W tym roku mialo to postac tzw. Beer Mile, czyli odwiedzaniem ogromnej ilosci malutkich piwiarni w Bermondsey. Byloby lepiej, gdybym tylko lubil piwo.
Widze jeden calkiem dobry powod dla ktorego wczesne zaczynanie imprez jest dobre. Juz o 9 bylismy z powrotem w domu. Nawet weekendowy McDonald i spanie na kanapie nie przeszkodzilo nam, zeby w niedziele isc grzecznie do kosciola.
A pozniej swietowac. Bo oto, ni stad ni zowad Gosia skonczyla kolejny roczek. Cheesecake, kaczka na obiad, 2 godzinna pogadanka z rodzicami, a na wieczor kieliszek babelkow ktore przyniesli Matt z Katie. Nic specjalnego, mam nadzieje tylko ze jest ok. W przyszlym tygodniu poswietujemy troche bardziej – plany na kino i obiad na miescie. Szkoda tylko, ze wymuszone kolejnym obiadem rodzinnym u nas. -
Jak pies z kotem?
Mąż dziś coś nie w formie, na wieczór mu się chorować zachciewa, tak wiec dla odmiany piszę ja! A co!
Cały tydzień (choć mowa była o 3 dniach…) salon nasz okupowany był przez KOTA i Jacke (niestety), która zjawiła się wieczorem by doszkolić Matta w prowadzeniu autem na rzecz środowego egzaminu na prawko, który to zdał przy pierwszym podejściu.
Celebracja była i owszem ale bez naszego udziału. Raz – że chamy, bo nie zaproponowali nawet lampki polewanych alkoholi, a dwa – ja się tego dnia pochorowałam na jakąś wirusówkę-jednodniówkę, załapaną najpewniej od szefuncia (być może dopada teraz Kamila i temu zaniemógł) i o ile dziarsko nafaszerowana różnymi tabletkami poszłam do pracy, o tyle w samej robocie wysiedziałam o 2h krócej, by wrócić rozkładać się z gorączką w łóżku. Dodatkowo w środy Kamil zaczął chodzić na siatki bardziej zaawansowane, rezygnując tym samym z sobotnich luźnych spotkań. Tak więc całe weekendy znów możemy spędzać wspólnie.Przechodząc do weekendu… w którym to mogliśmy się cieszyć wolną chatą, postanowiliśmy w sobotę wieczorem wybrać się do kościoła, gdyż obstawiliśmy, że w niedzielę po imprezie może być z tym problem. Niestety (i stety) problemów by nie było. Mimo wystrojenia się i bycia gotowym, do owego wyjścia nie doszło… z powodu tytułowego podarcia się psa z kotem i kota z psem… Jednakże rano nastąpiła w przyjemny sposób zgoda, śniadanie niemal francuskie (crossanty z miodkiem i truskawkami), tak więc konflikt definitywnie zażegnany.
Dodatkowo dziś na obiad Kamil zaserwował nam typowy Sunday Roast Dinner, czyli że noge owcy z pieczonymi warzywkami i własnorecznie wykonanym greyvi. MNIAM!

-
Walentynki
O. Wpisujac tytul nie spodziewalem sie, ze jeszcze takiego nie bylo. Widac w poprzednich latach bylem bardziej kreatywny.
A dzisiaj mi sie nie chce.
Na szczescie nie ma duzo do pisania, bo tez sie nie chce. Weekendowe lenistwo. Musimy sie w koncu z tego marazmu wyrwac, bo ktorys weekend z rzedu praktycznie przelezany razem z zamawianiem jedzenia. I ani to zdrowe, ani to tanie. Udalo nam sie tylko do kosciola wybrac, bezbozniki jedne, pierwszy raz w tym roku.
Nie udalo sie natomiast wybrac na piatkowa impreze do Granda. Zona po calym dniu pracy i paru kieliszkach odpadla w przedbiegach. Zdazyla sie tylko wyszykowac i napic. Zaluje, bo to miala byc impreza w stylu lat 80-tych, wiec muzyki sie spodziewalem dobrej.
W srode wypadly Walentynki. Pierwszy raz od niepamietnych czasow zdecydowalismy sie spedzic je w domu. Z wlasnorecznie przygotowana kolacja, a pozniej filmem w lozku. Jedno i drugie dosc pikatne, ale nie narzekalismy. (dla potomnosci, jak to sie jadlo: zapiekany camembert, dorsz w panczetcie z soczewica i pana kota na deser)
Pracowo dosc standardowo w zasadzie. Gosia narzeka, bo jej szefu w domu siedzial z “angina” – a jak on w domu to cisza musi byc i najlepiej jakby dzieciaki, ktore mialy ferie byly poza domem. A u mnie w biurze we wtorek pojawila sie nowa pracownica, Paulina z Polski na stanowisku Account Managera. I zakonczyla kariere na wlasna prosbe w piatek kolo poludnia. Chyba pobila rekord.
Okazalo sie tez, ze kiedy juz zadecydowalismy o powrocie, to znajomi i rodzina obudzili sie z reka w nocniku. Nie bedzie Szewczykow w Londynie, nie bedzie u kogo sie przespac, albo chociaz poprosic o przewodnictwo. I nagle rodzice zaczeli dostawac telefony w stylu: “A nie chcielibyscie sie z nami wybrac do tych Waszych dzieci w Londynie?”. A tu psikus, bo rodzice juz za miesiac z kawalkiem u nas beda. Ciekawe co bedzie dalej?