Category: Dzienniki Londynskie

  • The end.

    No i nastal koniec naszej Londynskiej przygody.

    Ostatni tydzien dosc szalony ze wzgledu na coraz wiekszy poziom spakowania, ale caly powrot poszedl idealnie z planem.

    W piatek ostatni dzien w pracy dla Gosi, a dla mnie pracy w biurze oraz planowana juz wczesniej impreza swiateczna. Jak co roku, wreczylismy sobie prezenty w biurze (dostalem jakis tandenty odrobine zestaw prezentowy), a pozniej poszlismy juz trzeci rok z rzedu do tej samej knajpy na obiad. Skonczylo sie jak zwykle na zejsciu do baru i piciu – tu niestety musialem juz ominac, bo w tle podroz powrotna juz trwala…

    W czwartek rano bowiem wyruszyl do nas tata. Na szczescie dal sie namowic na nocleg po drodze, bo podroz dluga i meczaca. W piatek wieczorem po pozegnaniu wszystkich wsiadlem w pociag do Dover i pojechalem sie z nim spotkac – tak, zeby nie musial prowadzic samochodu w Anglii. 

    Sobota pod znakiem pakowania – zapchalismy busa moze nie pod dach, ale rzeczy bylo calkiem sporo. Wczesnym popoludniem zjawili sie ludzie do sprzatania, a my pojechalismy do Richmond zamknac konta bankowe. Planowalismy ambitnie na wieczor pojechac jeszcze do centrum na pizze, ale Londym zegnal nas mrozem i deszczem – tak dajacym sie we znaki, ze przemarznieci ostatecznie skonczylismy na pizzy w Richmond. Tak dobrej, ze tata jeszcze wspominal ja 2 dni pozniej.

    W niedziele rano zapakowalismy ostatnie rzeczy do busa i zaczelismy podroz powrotna. I ogolnie rzecz biorac jesli nie liczyc jej dlugosci to nie bylaby nawet warta wspomnienia. 25 godzin w drodze z krotkimi przerwami na jedzenie i lazienki i kolo 11 rano bylismy w Liskach. 

    Teraz zostalo tylko przystosowanie sie do zimy, Lisek, rozpakowanie – zobaczymy jak to bedzie. Ale te i dalsze wpisy znajda sie juz w innej czesci dziennika – nie wiem jeszcze w jakiej formie…

    Over and out.

  • 1…

    Zaczynamy nasz ostatni tydzien w Londynie. I jak czasem czlowiek nostalgie czuje na mysl o poprzednich mieszkaniach, to juz sie boje jaka nostalgia ogarnie nas po powrocie. 

    Tydzien sie zaczal od przedostatniej siatki. Jako, ze piatki mi jakos przestaly wychodzic z powodu gosci (albo lenistwa) i innych spraw (albo lenistwa) to sie w koncu zebralem w poniedzialek.

    W czwartek Mikolajki. Ja w zasadzie ich nie obchodze, ale okazalo sie, ze Gosia tak. Dostalem czekoladki, ale sie podzielilem, wiec nie czuje sie az tak zle.

    Na weekend wpadli do nas Piotrek z Ola. Niezbyt oczekiwani, ale nie dalo sie ich zniechecic. Na szczescie radzili sobie sami, a my mielismy czas i poleniuchowac i zalatwic pare ostatnich sprawunkow i wybrac sie wieczorem do Jasona na ostatnie spotkanie planszowkowe.

    A dzisiaj prawdopodobnie ostatni raz poszlismy na szybki spacer do Kew Gardens. I nic tylko ostatnie rzeczy robimy. Ale dosc o tym, bo sie zbyt sentymentalnie robi.

    Nastepny  i ostatni (o zgrozo) wpis juz z Polski. Jeszcze nie wiem jak dokladnie, bo w niedziele bedziemy podrozowac… Wiec albo z trasy, albo opozniony.

  • 2…

    Coraz blizej swieta. I nie tylko. Odliczanie trwa.
    We wtorek pierwsze pozegniania, szefy zaprosili nas na kolacje. Poszlismy najpierw na drinka do MBaru w Twickenham, a pozniej do St Margarets do Crown na kolacje. Bardzo dobre jedzonko :)

    W ciagu tygodnia odezwal sie do Gosi Piotrek  z zapowiedzia przyjazdu razem z Ola. Troche nam to nie po drodze z roznymi planami, ale obiecuja ze Ola sie zmienila, ze im bajzel nie bedzie przeszkadzal i ze oni tez nie beda przeszkadzali – wiec jakos to chyba przezyjemy…
    A w ciagu weekendu kolejne etapy “pozegnan”. Po raz ostatni wybralismy sie na impreze do Granda. Tradycyjnie Gosia wygladala super seksi i tradycyjnie zakonczylismy klotnia o nic. I ja glupi i zona troszke tez…

    Wlasnie wrocilismy z wieczornej swiatecznej wizyty w Kew Gardens. Piekne dekoracje, ale najwieksze wrazenie zrobila chyba na nas instalacja i wykorzystanie fontanny jako ekranu. Jak dobrze pojdzie to za jakies pol roku wrzucimy filmik z wizyty, ale moze zona uraczy nas zdjeciami troszke wczesniej. I szkoda tylko, ze z tata nie damy rady pojsc.

  • 3…

    Zaczynamy ostatnie odliczanie, zostaly 3 tygodnie do wyprowadzki i wszystko powolutku sie wokolo tego kreci. W poniedzialek wzialem urodzinowe wolne ktore spedzilismy na ostatnich odwiedzinach centrum i zjedzeniu czegos na Borough Market. Po powrocie okazalo sie, ze tego wolnego tak naprawde nie mialem, wiec musialem odrobic caly dzien po godzinach w ciagu reszty tygodnia. Przynajmniej mam jeszcze jeden dzien wolnego do wykorzystania…
    W srode dostalismy zaproszenie na przyszlosciowa kolacje od Marka i Karoliny,  a takze wyszedl na jaw kolejny przeciek dachu (byla kolejna wizyta wlasciciela, zeby zatkac), a takze zamienilismy nasza zwykla koldre na zimowa- temperatury sie tego domagaly.
    W sam piatek, plany byly na wizyte w Wonderlandzie z Katie, Mattem, Vicki i Richem, ale odwolali. Z tego powodu moglem uczestniczyc w spotkaniu administratow ligi londynskiej. Co ciekawe, dalej zostane jednym z adminow, ale wylacznie na odleglosc. Jak widac wszystko da sie teraz zrobic przez internet.
    W weekend dalsze zalatwianie sprawunkow przedwyjazdowych. Bardzo nieskuteczne zreszta. W sobote w banku w Richmond okazalo sie, ze musimy to zrobic na sam koniec pobytu, bo nie da sie zamknac z wyprzedzeniem. Umowilismy sie na sobote przed wyjazdem. A pozniej wrocilismy spacerem nad rzeka do domu. Dzisiaj wybralismy sie do Kingston zamienic nasze abonamenty na doladowania. Na miejscu okazalo, ze w sklepie tego nie robia… musimy dzwonic. W zamian wrocilismy z torba zakupow do Polski – ale autobusem tym razem.